Śledztwo pokazowe

Postępowanie przed sejmową Komisją Śledczą wszczęte w celu wyjaśnienia sprawy Lwa Rywina jest wydarzeniem bez precedensu w historii polskiego prawa.
Osobliwość wspomnianego śledztwa polega przede wszystkim na tym, że została przełamana niewzruszalna do niedawna zasada, iż wstępne ustalanie okoliczności wskazujących na popełnienie przestępstwa należy zasadniczo do właściwości organów prokuratorskich. Komisja Śledcza powołana przez Sejm w powyższej sprawie ma umocowanie ustawowe (a nawet konstytucyjne), ale wyłącznie do badania działalności organów i instytucji publicznych objętych kontrolą Sejmu (pisałem już o tym w felietonie pt. „Prawnicy na bocznicy”, odwołując się do orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego). Nie należy do Komisji Śledczej prowadzenie postępowań przeciwko osobom fizycznym, które nie podlegają kontroli Sejmu.
Komisja Śledcza skoncentrowała swą uwagę na ocenie zachowań L. Rywina i osób, które występowały w sprawie w roli organów instytucji prywatnych, niepublicznych: firmy Heritage Films, Agory i „Gazety Wyborczej”. W kręgu zainteresowania komisji znalazła się słusznie rola kierownictwa telewizji publicznej w badanej sprawie.
Zastrzeżenia nasuwa zorganizowanie w tej sprawie monstrualnego jawnego śledztwa przed kamerami telewizyjnymi. Czegoś podobnego dotąd w mass mediach w żadnej sprawie nie było. To zły precedens. Powstał stan niezgodny z praktyką opartą na prawie prasowym. W telewizji i prasie upowszechnione zostały (i nadal są publikowane) dane osobowe oraz wizerunki osób uczestniczących w telewizyjnym spektaklu. Obraz L. Rywina jest pokazywany łącznie z przekazem informacji o jego danych osobowych, mimo że dopiero toczy się przeciwko niemu prokuratorskie postępowanie przygotowawcze. Czy to nie dziwne, że twarze i nazwiska ludzi oskarżonych o najcięższe zbrodnie są z reguły chronione w prasie i telewizji przed opublikowaniem, a w tej sprawie prywatność wszystkich świadków przesłuchiwanych przez Komisję Śledczą jest ujawniana wobec całego społeczeństwa?
Wbrew zakazowi wypowiadania w prasie opinii co do przyszłego rozstrzygnięcia w sprawie karnej (przed wydaniem orzeczenia przez sąd I instancji) L. Rywin jest traktowany tak, jakby już został skazany. Powtarzane są obraźliwe słowa wypowiedziane przez niektórych świadków pod jego adresem. Taśma nagrana przez redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” uważana jest powszechnie za niebudzący wątpliwości „dowód materialny” w sprawie. Z procesowego punktu widzenia, jest to ocena błędna, gdyż dopiero sąd jest władny uznać autorytatywnie dany dowód za podstawę do skazania. Nie ulega kwestii, że stenogram z tzw. spotkania korupcyjnego, w którym utrwalono tylko fragment tego spotkania, jest ułomnym dowodem w sprawie.
Upublicznienie śledztwa na tak wielką skalę, jak to się stało w sprawie L. Rywina, wytwarza w świadomości społecznej wyolbrzymiony obraz tego wydarzenia. Jest psychologicznie zrozumiałe, że każda pokazówka skłania do uproszczonych ocen ludzi postawionych pod pręgierzem całego narodu. Czy można się dziwić, że obywatele śledzący transmisje telewizyjne widzą w tej sprawie odsłonę największej afery korupcyjnej w Trzeciej Rzeczypospolitej?
Podejrzenie płatnej protekcji w sprawie rozpatrywanej przez Komisję Śledczą jest bez wątpienia zarzutem bardzo ciężkim. Nic więc dziwnego, że posłowie-członkowie komisji z niezwykłą dokładnością próbują odkryć prawdę we wszelkich możliwych szczegółach, często jednak niemających związku z przedmiotem sprawy, wskutek czego w masie pytań gubi się już jej istota.
Wykrycie ewentualnych inspiratorów propozycji ujawnionej przez „GW” wydaje się zadaniem niezwykle trudnym. Fałszywym oczywiście tropem jest szukanie winnych wśród osób, które pozostawały w stosunkach towarzyskich z Rywinem, były z nim na ty i spotykały się z późniejszym podejrzanym przy różnych okazjach (np. na przyjęciu w ambasadzie francuskiej, o które wypytywano prezesa telewizji w naiwnej nadziei, że jego zeznanie na temat tej rozmowy będzie dowodem korupcyjnego kontaktu).
Krytycznie należy ocenić też przedwczesne odwoływanie się do pomówień osób ze szczytów władzy, w szczególności premiera rządu RP. W prawidłowo prowadzonym śledztwie prokuratorskim jest nie do pomyślenia, aby pochopnie rzucone na osoby publiczne oskarżenie było podawane do wiadomości społeczeństwa bez jakiegokolwiek sprawdzenia. Pod tym względem zasada niejawności karnego postępowania przygotowawczego w stadium zbierania wstępnych dowodów ma zdecydowaną wyższość nad jawnością śledztwa będącego dopiero w powijakach. Trudno sobie również wyobrazić, aby doświadczony prokurator mógł żądać zawieszenia w czynnościach osoby, której nie zostały przedstawione jakiekolwiek zarzuty. Komisja Śledcza zapoczątkowała odmienną praktykę, domagając się zawieszenia prezesa telewizji publicznej na podstawie gołosłownego, niczym nieuwiarygodnionego przypuszczenia, że to on właśnie przysłał Lwa Rywina do Adama Michnika.
Namiętności szkodzą rozumowi. Dawno zwracali na to uwagę starożytni stoicy. Ta odwieczna prawda sprawdza się dziś co do joty w sprawie nazwanej przedwcześnie „aferą Rywina”, w której emocje sięgnęły zenitu. Jacek Kuroń dopatrzył się w niej wręcz zamachu na ustrój państwa!
Dotychczas nikt nie próbował się nawet zastanowić, jak bardzo szkodzą Polsce za granicą wiadomości o toczącym się gigantycznym śledztwie, które nie stanowi przecież jeszcze dowodu, że Polska jest krajem przeżartym do cna korupcją.
Pomówienie że w Trzeciej Rzeczypospolitej można „kupić” każdą ustawę, pojawiło się już przed trzema laty w raporcie Banku Światowego. Nad tą insynuacją, niepopartą żadnym dowodem, władze RP przeszły całkowicie do porządku dziennego. Nic dziwnego, że później, w 2002 r. Holandia podważała starania Polski o wejście do Unii Europejskiej jako kraju, w którym szerzy się niebywała korupcja. Taki był skutek lekceważenia przez nieodpowiedzialne środowiska opiniotwórcze naszej racji stanu.
Antykorupcyjna psychoza jednak trwa. Oto np. CBOS stwierdził ostatnio, że „skandal korupcyjny z udziałem Lwa Rywina nieoczekiwanie zweryfikował wyniki raportu Banku Światowego” („GW” z 21.02.br.). Jest to stwierdzenie naganne wobec braku sądowego uznania winy „skandalisty”. W dodatku jest ono nielogiczne, gdyż nieudana próba „kupienia ustawy” potwierdzałaby raczej tezę odwrotną.
Co będzie, gdy wszczęte z wielkim hukiem śledztwo zakończy się fiaskiem? Wtedy pojawią się oczywiście głosy, że winni okazali się nietykalni.

 

Wydanie: 10/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy