Zbrodnie polskiego przygranicza

Zbrodnie polskiego przygranicza

Polskie służby mundurowe znajdują kolejne ciała uchodźców na granicy polsko-białoruskiej. Wydawało się, że ubiegły wiek nauczył nas, że ludzie potrzebują pomocy i mają prawo ją otrzymać. Dziś z premedytacją wyrzucamy tę lekcję na śmietnik historii.

W dniu, w którym na terenie przygranicznym z Białorusią odnaleziono ciała trzech osób, a czwarte zwłoki kilka metrów za linią graniczną, gdzie być może je przeciągnięto i porzucono (ktoś konkretny przeciągnął, na rozkaz kogoś, kto wykonywał polecenia kogoś z samej góry, nad kim stoi jakiś Kamiński czy Wąsik, a nad nimi jeszcze ktoś)… otóż w tym dniu premier Mateusz Morawiecki powiedział: „Nie wiemy, kim byli ci ludzie zmarli na terenie Polski, ale zrobimy wszystko, by nie były to osoby anonimowe. Chcemy, by każdy w sposób godny został potraktowany”.

Premier 40-milionowego kraju zadaje pytanie, w którym jest już zawarta odpowiedź, ale premier jej we własnym zdaniu nie słyszy. Ta odpowiedź powinna wystarczyć za wszystko: to byli LUDZIE. Nie ideologia, nie prowokacja, nie operacja, nie wojna hybrydowa – ludzie.

Mieli imiona, nazwiska, rodziny, mieli swoją drogę. Nie zmarli. Mamy bardziej adekwatne słowa: zostali zamordowani, zabici, wygnani na pewną śmierć. Zostali zagnani w noc, zimno, głód, pragnienie i chorobę. Kolbami, kopniakami, wrzaskiem i ciosami. Widzieliśmy ich z daleka, poznaliśmy ich imiona, a czasami historie. Zrobili to ludzie „w służbie” polskiego państwa.

Ale tak przecież nie wolno o tym opowiadać. To takie płaczliwe, moralniakalne, a tu idzie o poważne, męskie, wojskowe sprawy, idzie o politykę, rozumiecie, geopolitykę, o tyranów i despotów. Obrona granic, mówi to wam coś?

To nie uchodźcy, to zasłona dymna, za którą czają się bataliony Łukaszenki, czyli Putina. Wy tego może nie rozumiecie, ale rozumieją to ci rozsądni, niezacietrzewieni politycy i komentatorzy, którzy właśnie wczoraj obudzili się znawcami polityki wschodniej, meandrów operacji o durnych kryptonimach, od których tylko oni sami są głupsi. A ci, którzy biegali z siatkami, z butelką wody, śpiworem? To dziecinada, brak powagi.

Bo przecież granica jest święta. A świętości granicy bronić należy jak świętości życia. Ale uwaga, nie każdego. „Polacy, kiedy pada słowo »granica«, »terytorium«, »państwo polskie«, to trzymają kciuki za Straż Graniczną i żołnierzy, zrozumcie to” – a to już nie Morawiecki, to słowa Donalda Tuska.

Jestem obywatelem polskim i tego nie rozumiem, a właściwie rozumiem zupełnie inaczej. Trzymam kciuki za uciekających, za szukających schronienia i azylu, za tych, którzy wciąż mają prawo wygłosić formułę: „Zwracam się o opiekę międzynarodową”. To zaklęcie powinno przecież działać. Ale w Polsce już nie działa. Przestało, bo tak postanowił polski premier, prezydent, rząd, szef partii, generał całej tej armii armatnich rąk do podniesienia na rozkaz, na znak, bez sprzeciwu, bez refleksji, bez żadnej własnej myśli. Las poselskich rąk rośnie na żądanie. Te ręce, kiedy już opadną, wyciągają się po nagrodę, po kasę, po posadę, po radę nadzorczą. Ręce, które są tylko narzędziem. Ręce bez głowy.

Chyba najgorszym doświadczeniem osoby, która musi coś o tym publicznie powiedzieć, jest ta skrajna bezradność, że nie ma do kogo mówić ani po co. Słowa nie przekonują, obrazy nie działają, argumenty nie są traktowane serio. Współczucie, empatia, człowieczeństwo – nie ma ich w kodeksie uczuć religijnych, których do upadłego bronią ci sami, którzy kolbami zaganiają uchodźcze grupy w noc, zimno i głód. To są zbyt poważne sprawy, proszę państwa, żeby jacyś ateiści, wątpiący, innowiercy odwoływali się do chrześcijańskich mitów. Żadne modły nie sięgają ludzi cierpiących na granicy, bo władzy udało się ich odczłowieczyć – Łukaszenką, bezpieczeństwem, Putinem, islamem, terroryzmem, ajfonem, dżinsami Lee, językiem.

Nasza bezradność sięga po wiersz. Jakby poezja mogła ocalać ludzi. Jakby mogła ich ogrzać, dać dach nad głową, wodę, spokój, ciszę, intymność. Jakbyśmy uczyli się historii, a nie robimy tego – powtarzamy, raz za razem, krok za krokiem, dawne obłędy. I wtedy wystawiamy jako transparent przed siedzibą Straży Granicznej wiersz Antoniego Słonimskiego:

 

Mówią o Polsce silnej. Już dziś liczą sztaby,

Jak ją ziemią okopać, oprzeć na bagnecie.

Lecz ja, wybaczcie, bracia, pragnę Polski słabej,

Ja pragnę Polski słabej, lecz na takim świecie,

Gdzie słabość nie jest winą, gdzie już nie ma warty,

Ryglów u bram i nocą dom bywa otwarty,

gdzie dłoń nieutrudzona okrutnym żelazem

I gdzie granica wita tylko drogowskazem.

 

Wystawiamy wiersz, bo wciąż łudzimy się, że to znak wspólnoty, języka, który rozumiemy i przez który rozumiemy Polskę, życie – a tak nie jest. I my stoimy tu, a większość Polaków stoi tam, gdzie Straż Graniczna, Morawiecki, Kaczyński, Tusk. Bo taka jest potęga strachu. Nie wolno tylko powiedzieć, że ten strach jest irracjonalny, bo to przecież byłoby naigrawanie się z tych, którzy mają prawo, święte prawo się bać.

Wielki polski strach nie jest żadnym wyjątkiem. Jest przeciętny, jak wcześniej strach Włochów, Greków, Hiszpanów, Komisji Europejskiej. Jak cała procedura frontexowa, odsyłania, odpychania łodzi, czasami zatapiania, nieudzielania pomocy na morzu, karania tych, którzy tę pomoc niosą. Dwie kobiety, które dowodziły statkami ratującymi uchodźców na morzu, aresztowano, zostały oskarżone we Włoszech o „handel ludźmi”. Morze Śródziemne jest cmentarzyskiem i hańbą Europy, a teraz my też mamy własny, polski cmentarz dla tych, którzy szukali u nas schronienia.

Ludzie uciekają, potrzebują pomocy i mają prawo ją otrzymać. Nie zniesie tego prawa żaden nieludzki rozkaz. Taką naukę, wydawało się, wyciągnęliśmy z ubiegłego stulecia. Dziś – powtarzam – wyrzucamy ją na śmietnik historii.

Do tego, jak dzisiaj odbieramy wydarzenia na granicy, przygotowywaliśmy się latami. Obojętnieliśmy raz za razem: ruszając na bezsensowne wojny w Iraku oraz Afganistanie, bagatelizując (w najlepszym razie) lub akceptując tortury od Kiejkut po Guantánamo – amerykańskie eksterytorialne i pozaprawne łagry funkcjonujące na oczach świata nigdy nie spędzały Polakom snu z powiek. Podobnie jak moment, kiedy odmawialiśmy udziału w europejskich próbach przyjęcia uchodźców z Morza Śródziemnego.

Rozmawiałem kiedyś z grupą 20-latków o polskości. Chciałem usłyszeć, czym dla nich jest, co w niej jest takiego, co ich kształtuje, wpływa na decyzje, zachowania, na ich życie. Padały kolejne dookreślenia: tradycja. Tradycja, czyli święta. Jak święta, to Boże Narodzenie. I wtedy, na pytanie, co w tych świętach można wyczytać, czego są busolą – usłyszałem, że najważniejsze jest 12 potraw. Oto 12 potraw jako etyczny imperatyw.

Kiedy zapytałem, czy może ta tradycja niesie w sobie istotniejsze, symboliczne przesłanie, kiedy zostawia się pusty talerz dla nieznanego nam przybysza (przybyszki) – sala odpowiedziała śmiechem. „Nie wpuścilibyśmy obcego”. To święto rodzinne, polskie, katolickie.

Nie oglądamy na granicy niczego nowego. Polska zasiadła do wrześniowej wigilii – 12 potraw i na razie cztery trupy. Do deseru będzie więcej.

Politycznie rzecz biorąc, jeśli to, co robią polskie władze na granicy, podyktowane jest tym, że trwa wojna, to śmierć tych uchodźców na polskiej ziemi jest zbrodnią wojenną. Zabijaniem cywilów, bez konieczności marnowania amunicji.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Tekst opublikowała przed kilkoma dniami „Krytyka Polityczna”.

Wydanie: 40/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy