Tag "Donald Tusk"
Tusk nie ufa Trumpowi, Kaczyński i Nawrocki wierzą mu całkowicie
Ameryka Trumpa czy Europa? Spór o polską politykę zagraniczną, który znów rozgorzał po wywiadzie Donalda Tuska dla „Financial Timesa”, wykracza poza codzienną polityczną bijatykę.
Zacznijmy od Tuska. Powiedział w wywiadzie, że „największym i najważniejszym pytaniem dla Europy jest to, czy Stany Zjednoczone są gotowe być tak lojalne, jak opisano to w naszych traktatach”. Tłumaczył: „Dla całej wschodniej flanki, moich sąsiadów… pytanie brzmi, czy NATO jest nadal organizacją gotową, zarówno politycznie, jak i logistycznie, do reagowania, np. przeciwko Rosji, gdyby ta próbowała zaatakować”. I podkreślał: „To naprawdę poważna sprawa. Mam na myśli perspektywę krótkoterminową, raczej miesiące niż lata”.
Zaznaczył przy tym, że Waszyngton traktuje Polskę jako jednego z najlepszych i najbliższych europejskich sojuszników. „Jednak kluczowe byłoby, jak zadziałałoby to w praktyce, gdyby »coś się wydarzyło«. Chciałbym wierzyć, że art. 5 NATO nadal obowiązuje, ale czasami, oczywiście, mam z tym pewne problemy”, kontynuował, zastrzegając, że nie chce być zbytnim pesymistą, lecz dziś potrzeba też „praktycznego kontekstu”.
Jakiego? Premier przypomniał przypadek wejścia w polską przestrzeń rosyjskich dronów. „Miałem pewne problemy tej wrześniowej nocy, kiedy doszło do tej dość poważnej prowokacji z użyciem dronów ze strony Rosjan. Nie było mi łatwo przekonać naszych partnerów z NATO, że nie był to przypadkowy incydent, lecz dobrze zaplanowana i przygotowana prowokacja”.
Na te wypowiedzi zareagował Jarosław Kaczyński, pisząc na platformie X: „Kolejny raz Tusk dał się podpuścić i wykonał dyspozycje z Berlina, atakując Amerykanów i de facto podważając sens art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, który gwarantuje wzajemną, sojuszniczą obronę. Tusk niszczy relacje polsko-amerykańskie, a w tym czasie Niemcy zacieśniają współpracę z Amerykanami nad koncepcją NATO 3.0”.
Tuska zaatakował również Karol Nawrocki – domagając się informacji, czy Rosja zagraża Polsce w perspektywie najbliższych miesięcy…
By ten spór lepiej naświetlić dodajmy jeszcze jedną wypowiedź, tym razem prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Podczas rozmowy z premierem Grecji Kiriakosem Mitsotakisem wezwał Europę do odrodzenia się i odbudowy swoich wpływów. „Nie powinniśmy lekceważyć faktu, że to wyjątkowy moment, w którym prezydent USA, prezydent Rosji i prezydent Chin są zdecydowanie przeciwni Europejczykom”, mówił.
Macron ma rację. Mamy nową rzeczywistość międzynarodową i musimy się do niej dostosować. Stany Zjednoczone Donalda Trumpa de facto zerwały solidarność transatlantycką. Polityka sojuszy została zastąpiona polityką transakcyjną. Trump nazywa NATO „papierowym tygrysem”, nic nieznaczącym bez USA. Nie ukrywa rozczarowania tym, że Europa nie poparła go w wojnie z Iranem.
Warto zwrócić uwagę na komentarz Białego Domu po wywiadzie Tuska. Po pierwsze, pomija on sprawę art. 5. Po drugie, zawiera ciąg pretensji. „Prezydent Trump jasno wyraził rozczarowanie NATO i innymi sojusznikami. Stany Zjednoczone utrzymują w Europie tysiące
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Nielegalne wpływy. Lobbing po polsku
Szara strefa prawa z politykami prawicy w tle
Premier Donald Tusk na konferencji prasowej, która odbyła się 7 kwietnia, powołując się na ustalenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, poinformował, że założona przez Zbigniewa Ziobrę Fundacja Instytut Polski Suwerennej otrzymała od Przemysława Krala, prezesa giełdy kryptowalut Zondacrypto, 450 tys. zł.
Część tych środków miała zostać przeznaczona na adwokatów reprezentujących Dariusza Mateckiego oraz ks. Michała Olszewskiego.
Z kolei powiązana z Kralem czeska spółka Expofér Servis House (w niektórych źródłach występuje jako Expo Fair Service House – przyp. M.C.) przekazała 70 tys. euro Fundacji Dobry Rząd powiązanej z posłem Przemysławem Wiplerem. Donald Tusk sugerował, że istnieje związek między przekazanymi środkami a negatywnym stosunkiem PiS i Konfederacji do rządowych projektów ustaw mających na celu poddanie rynku kryptowalut w Polsce kontroli.
Zarówno ziobryści, jak i konfederaci zaprzeczyli. Przy tej okazji na Wiejską wrócił temat lobbingu.
Na początku był „grabbing”
Pod koniec grudnia 1997 r. rząd premiera Jerzego Buzka wprowadził całkowity zakaz importu żelatyny. Oficjalnie w trosce o zdrowie społeczeństwa, gdyż na Zachodzie stada bydła dziesiątkowała choroba szalonych krów. Sprawą zainteresowały się media, ponieważ zakaz objął także żelatynę wieprzową, a o chorobie szalonych świń nikt nie słyszał.
Okazało się, że zakaz importu gwarantował ogromne zyski Kazimierzowi Grabkowi, biznesmenowi nazywanemu „królem żelatyny”, bo – jak sugerowali dziennikarze – dzięki koneksjom politycznym potrafił on forsować korzystne rozwiązania prawne, które zapewniały jego zakładom monopol sprzedażowy na krajowym rynku. Jego sposób działania nazwano „grabbingiem”. To była pierwsza wielka afera lobbingowa w Polsce. W konsekwencji burzy medialnej rząd cofnął zakaz importu żelatyny wieprzowej i obniżył cła, a Grabkiem zainteresowała się prokuratura.
O wiele większy rozgłos zyskała tzw. afera Rywina z 2002 r. Producent filmowy Lew Rywin zażądał od redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika „prowizji” w wysokości 17,5 mln dol. w zamian za korzystne zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji, które pozwoliłyby spółce Agora na przejęcie jednej ze stacji telewizyjnych. Mówiło się wtedy, że
Demokratyczna Polska wyrosła na fundamentach PRL
Lewica nie powinna się wstydzić ani Polski Ludowej, ani III RP
Czy 1 maja to data jeszcze cokolwiek znacząca w naszym życiu społecznym? Dla przeciętnego Polaka to jedynie początek majówki, czyli wiosennego długiego weekendu, podczas którego można grillować i bez ograniczeń spożywać alkohol. Znaczenie tego dnia jako Święta Pracy skończyło się wraz z końcem Polski Ludowej i nastaniem kapitalizmu, czyli systemu, w którym praca najemna zawsze stoi niżej od kapitału, biznesu i przedsiębiorczości.
W trudnym położeniu
Historycznie rzecz biorąc, o pierwszomajowe święto powinna się upominać lewica. Tyle że lewicy dziś w Polsce nie ma. Jest za to „lewactwo”, bo taki epitet narzuciła dominująca w polityce i mediach (zwłaszcza internetowych) prawica, określając nim wszystkie siły i środowiska, które nie podzielają wyrażanej coraz bardziej radykalnie prawicowej wizji świata. „Lewakiem” jest zatem i Czarzasty, i Tusk, i Trzaskowski, a nawet Kosiniak-Kamysz i Hołownia. Trudno znaleźć kogoś na lewo od PiS, wobec kogo jeszcze takiego wyzwiska nie rzucano.
W ślad za prawicową propagandą o „lewackich ideologiach” mówi coraz większa liczba Polaków, wkładając do jednego worka wszystko, co nie jest skrajnym nacjonalizmem, antykomunizmem i klerykalizmem. Nic zatem dziwnego, że „lewacka” jest także Unia Europejska, choć dominują w niej partie chadeckie i liberalne – podobnie zresztą jak w naszym parlamencie.
W czwartej dekadzie istnienia III RP lewica znajduje się więc w trudnym położeniu. Można wręcz zapytać, czy w ogóle jest Polakom potrzebna. Co prawda, w obecnym rządzie zasiada troje ministrów i kilkanaścioro wiceministrów reprezentujących Nową Lewicę, a jej lider od kilku miesięcy pełni funkcję marszałka Sejmu, lecz to wyłącznie wynik arytmetyki sejmowej i sprytu politycznego Włodzimierza Czarzastego, którego lojalność wobec Donalda Tuska zapewnia lewicowej elicie bezpieczne korzystanie z owoców władzy. Ale tak będzie przecież tylko do najbliższych wyborów parlamentarnych, które – wszystko na to wskazuje – wyłonią najbardziej prawicowy parlament w dziejach Polski, w dodatku pod patronatem najbardziej prawicowego z prezydentów, Karola Nawrockiego. Oczywiście można się łudzić, że będzie inaczej, ale niby dlaczego miałoby tak się stać, skoro obecna koalicja rządowa cieszy się coraz mniejszą akceptacją społeczną, premier zaś należy do polityków z rekordowo niskim zaufaniem.
Bardzo prawdopodobne jest zatem, że udział Czarzastego i jego partii we władzy okaże się tylko czteroletnim epizodem w dziejach polskiej lewicy. A przecież są to dzieje bardzo długie, sięgające początkami XIX w. Czołowi historycy polskiego ruchu socjalistycznego, Adam i Lidia Ciołkoszowie,
Pollicitatio nad Wisłą
Debata publiczna karleje i ulega dramatycznej trywializacji
Pojęcie res publica w pierwotnym, rzymskim rozumieniu wykraczało daleko poza proste, instytucjonalne określenie ustroju państwowego czy formy rządu. Res publica to przede wszystkim „rzecz wspólna”. To domena publiczna, której nienaruszalnym fundamentem jest concordia – zgoda obywatelska – oraz libertas, wolność rozumiana jako brak arbitralnej dominacji, tyranii i zniewolenia. Rzymska republika nie była jedynie zbiorem martwych praw i suchych przepisów. Funkcjonowała jako specyficzny sposób zarządzania państwem oparty na nieustannym poszukiwaniu konsensusu, szacunku dla uświęconych tradycją procedur (antiqua forma) i racjonalnej debacie angażującej elity oraz obywateli. To w owych „sposobach działania”, w gotowości do współpracy ponad podziałami dla dobra ogółu, tkwiła istota republikańskiego etosu. Niestety, poddając chłodnej ocenie współczesną polską scenę polityczną, trudno oprzeć się wrażeniu, że owa antyczna forma ulega postępującej, głębokiej i być może nieodwracalnej erozji. Debata publiczna, będąca krwiobiegiem każdej dojrzałej demokracji, karleje i jest dramatycznie trywializowana. Ustępuje miejsca zjawisku, które w rzymskiej tradycji prawnej określano mianem pollicitatio.
W starożytności pollicitatio oznaczała jednostronne przyrzeczenie obywatela wobec miasta lub społeczności. Najczęściej dotyczyło ono ufundowania monumentalnej budowli użyteczności publicznej, zorganizowania igrzysk lub przekazania znacznych środków finansowych. Obietnica ta była składana zazwyczaj w zamian za objęcie zaszczytnego urzędu (ob honorem) lub z czystej chęci zyskania poklasku i ugruntowania swojej pozycji społecznej. Choć w pierwotnych założeniach mechanizm ten miał służyć dobru wspólnemu i budowaniu infrastruktury miejskiej, z czasem zaczął odsłaniać swoje mroczne oblicze. Stał się narzędziem kupowania przychylności tłumu i korumpowania sfery publicznej.
Współcześnie mechanizm ten uległ daleko idącej degeneracji, stając się głównym, a nierzadko jedynym orężem w arsenale politycznego populizmu. Dzisiejsza pollicitatio to obietnica absolutnego bezpieczeństwa, dobrobytu, mocarstwowej potęgi i bezbolesnych rozwiązań skomplikowanych problemów. Jest składana przez decydentów nie na podstawie realnych możliwości makroekonomicznych państwa, lecz wyłącznie w celu maksymalizacji krótkotrwałego kapitału politycznego i wyborczego. W miejsce merytorycznego sporu o dobro wspólne otrzymujemy niekończącą się licytację na slogany, w której racjonalne argumenty ekonomiczne, prawne i strategiczne toną w zgiełku emocjonalnej polaryzacji. Upadek debaty publicznej nie polega bowiem na tym, że politycy zamilkli,
Polska w ogniu paliwowym
Trzy tygodnie szoku cenowego na stacjach benzynowych
W ubiegłym tygodniu Stanisław Barna, rolnik z woj. zachodniopomorskiego, nagrał w trakcie pracy w polu film z apelem do rządu. „Dzisiaj robię zabieg na robaczka w rzepaku i podaję mikroelementy. Ale nie o tym chciałem mówić. Otóż czekamy na reakcję ministerstwa. Na naszym terenie nie ma nawozów azotowych. A jeśli już są, to w bardzo wysokich cenach. Mamy paliwo już po 9 zł. Panie ministrze Stefanie Krajewski, nie gadajcie, tylko reagujcie”, apelował rolnik.
Vox populi, vox Dei
Dziś prawdziwy barometr nastrojów społecznych to nie sondaże IBRiS ani komentarze niezależnych ekspertów w studiu TVN 24. To media społecznościowe – platforma X, Facebook, fora internetowe – gdzie Polacy niezwiązani z żadną partią i nieopłacani przez żadną redakcję wyrażają opinie bez skrępowania i cenzury. A opinie w marcu 2026 r. są druzgocące. „Na dwóch prawie codziennie mijanych przeze mnie stacjach przy ul. Puławskiej w Warszawie benzyna 95 już po 6,98 i 6,94 zł. Przypominam, że prawie połowa ceny litra benzyny to podatki. Rząd ma w ręku narzędzia, żeby cenę obniżyć, ale tego nie robi, bo dzięki podwyżkom kroi nas na VAT”, napisał użytkownik serwisu X. Jego wpis polubiło ponad 1,1 tys. osób, udostępniło 141.
Historyczny moment uwiecznił internauta z Sandomierza: „Rekord!! Rekord!! Mamy rekord!! Brawo, panie premierze Donald Tusk. Najwyższa cena paliwa w historii Polski. Na stacji w Sandomierzu dziś, w niedzielę 22 marca 2026 r., musimy zapłacić już ponad 9 zł. Uśmiechamy się”.
Wpis został opatrzony hashtagami: #paliwo #tusk #polska i dokumentował moment przełamania psychologicznej bariery 9 zł za litr oleju napędowego. Bariery, o której jeszcze miesiąc temu mówiono wyłącznie w najczarniejszych scenariuszach.
Na serwisie X pojawiały się też głosy pełne czarnego humoru: „Typowy komunizm. Jak benzyna droga, to rząd uczy oszczędnej jazdy. Jak tramwaje od Niemca popsute, to Dzień Pieszego Pasażera. Jak jedzenie w sklepach drożeje, eksperci radzą, jak się odchudzać”. To gorzka diagnoza systemu,
Siewcy polexitu. Antyunijne fejki są skuteczne
Straszenie Unią pozwala zbijać kapitał polityczny
Unia Europejska nie jest dziś w Polsce krytykowana – jest systematycznie w debacie politycznej obrzydzana. Nie przez poważną rozmowę o reformach, ale przez kpinę, kłamstwo i cyniczne straszenie, które mają jedno zadanie: produkować polityczne zasięgi oparte na emocjach. To nie jest już margines internetu. To zorganizowany strumień przekazów, w którym Unia rzekomo zakazuje gotowania obiadu i odbiera suwerenność, przytwierdzając nakrętkę do butelki. Absurd goni absurd, ale każdy z nich celnie trafia w poczucie zagrożenia.
Dziś polska prawica, w tym duża część PiS, dmie w tę antyunijną trąbę, aby zbijać kapitał polityczny przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. Politycy, którzy zapewniają, że „nie chcą polexitu”, jednocześnie robią wszystko, by oswoić społeczeństwo z myślą, że Unia jest wrogiem. Grają na granicy odpowiedzialności, licząc, że nad ogniem da się zapanować. Brytyjczycy już się poparzyli. Polska może wypaść z Unii nie dlatego, że tego chce, lecz dlatego, że zbyt długo rozum przegrywa z cynizmem, a fakty z algorytmami.
Dziś do wyjścia z Unii, o czym pisał na łamach „Przeglądu” Robert Walenciak, wystarczy zwykła większość parlamentarna.
Rozum uśpiony
– Antyunijną narrację w kontekście dezinformacji można podzielić na kilka kategorii. Pierwsza z nich to reakcja na bieżące decyzje urzędników lub Unii jako całości. W ten sposób narodził się np. fałszywy przekaz o tym, że UE będzie zmuszać obywateli do jedzenia robaków. Wszystko zaczęło się od rozporządzenia wykonawczego Komisji Europejskiej zezwalającego na wprowadzenie na rynek częściowo odtłuszczonego proszku ze świerszcza domowego. Wywołało to dyskusję, że już niedługo będziemy zmuszeni jeść owady, nie wiedząc o tym, co oczywiście było nieprawdą. Unijny dokument wymagał, aby informacja o tego typu dodatkach do żywności znalazła się na etykiecie – mówi „Przeglądowi” Mateusz Cholewa, zastępca redaktora naczelnego portalu Demagog.
Unia pozbawiła już twarzy połowę polskiej prawicy. Można tak wywnioskować, kiedy przejrzy się internetowe wpisy polityków i zwolenników prawicy, którzy wywołali legendarną już burzę po wprowadzeniu dyrektywy Single-Use Plastics, w konsekwencji której, m.in. nie da się oderwać zakrętki od plastikowej butelki. Problem jak z popularnego żartu: „Panie doktorze, mam problem z okiem”. „Jaki?” „Jak piję herbatę to mnie oko boli”. „Proszę przed piciem wyciągać łyżeczkę z kubka”. Butelkę tymczasem wystarczy obrócić.
Można się śmiać, ale to jeden z elementów strategii obrzydzania Unii, który trafia do milionów Polaków jako realny argument. Jednocześnie wielu osobom umyka fakt, że siewcy tych antyunijnych treści są dziś często europosłami.
Można śmiać się z argumentów, ale nawet ta głupkowata w przekazie strategia działa. W miediach społecznościowych poprzez algorytmy, które karmią się polaryzacją społeczną, część baniek informacyjnych, w których są zamknięci prawicowi odbiorcy,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
O co chodzi w wojnie Nawrockiego z rządem?
Walczy z Tuskiem i marzy o Rzeczypospolitej prezydenckiej
To widzimy: istniejący w Polsce system władzy Karolowi Nawrockiemu nie wystarcza, rozpycha się więc w nim, uzurpując sobie coraz więcej kompetencji.
„Prezydentowi Nawrockiemu wyraźnie uwiera gorset nałożony przez Konstytucję. Chciałby być rządem, sądem i prokuratorem”, komentował te starania na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński. I nie są to zarzuty na wyrost.
Nawrocki chciałby być nad-rządem. Pilnować premiera, narzucać mu program działania i go rozliczać. Temu służyły zwoływane przez niego rady: Rada Gabinetowa i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Skończyły się dla prezydenta klapą. 27 sierpnia, podczas pierwszej (i ostatniej) Rady Gabinetowej, w zderzeniu z Donaldem Tuskiem Nawrocki poległ. Próbował rozliczać rząd, ale szybko mu przypomniano, jakie ma uprawnienia. Dyscyplinowaniu rządu i koalicji miała też służyć Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnia miała miejsce 11 lutego. I jeżeli ją pamiętamy, to z awantury między Nawrockim a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.
Nawrocki chciał też kierować armią i służbami specjalnymi. Wzywał więc do Pałacu Prezydenckiego szefów służb. To też skończyło się klapą, szefowie na spotkanie nie przyszli. W rewanżu Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszom ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.
Ostatecznie doszło do spotkania szefów służb z prezydentem, ale zaproszono na nie również ministra obrony i ministra koordynatora ds. służb specjalnych. A co do nominacji oficerskich, prezydent zapowiedział, że każdy wniosek będzie rozpatrywał „indywidualnie”.
Karol Nawrocki ingeruje także w obszar trzeciej władzy. Odmówił podpisania nominacji sędziowskich 46 sędziom. Chce mieć władzę nad sędziami, by się pilnowali, czy ich orzeczenia spodobają się prezydentowi, czy nie.
W tym kontekście jego weto do ustawy o KRS można uznać za detal. Natomiast detalem na pewno nie będzie to, czego się spodziewamy w związku z wyborem przez Sejm sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A spodziewamy się – mówią o tym politycy PiS – że prezydent odmówi przyjęcia ich ślubowania. To będzie oznaczało, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego eskaluje i że Nawrocki jest tej eskalacji głównym winowajcą.
Prezydent chce też rządzić polityką zagraniczną. Nie podpisuje nominacji ambasadorskich i żąda uzgadniania z nim nazwisk ambasadorów. Do tego deklaruje, że niektórym nominacji nigdy nie podpisze. Próbuje kształtować polską politykę zagraniczną, zarówno jeśli chodzi o stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w ramach Unii Europejskiej. Pałac Prezydencki wciąż usiłuje zmonopolizować kontakty z USA i z Donaldem Trumpem. Wmawiając nam przy tym, że Karol Nawrocki ma znakomite relacje z amerykańskim prezydentem. To oczywista bujda, ale służy do rozpychania się.
Jeśli chodzi o Unię Europejską, prezydent już wiele razy dał się poznać jako jej przeciwnik i polityk podgrzewający antyunijne nastroje. Podczas wizyty w Czechach, w listopadzie, wygłosił na Uniwersytecie Karola referat na temat przyszłości UE. Krytykował w nim obecną Unię za zbytnią „centralizację” i m.in. opowiadał się za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i za zmianą w systemie głosowania w Radzie UE. To była ta powtarzająca się fraza o Unii jako luźnym związku,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Trzy Konfy w łódce (nie licząc Psa)
Miarą zbydlęcenia polskiej prawicy jest fakt, że spośród trzech partii konkurujących (pozornie, po wyborach zewrą koalicyjne szeregi i wsiądą do jednej łódki) o władzę teraz Konfederacja sprawia wrażenie ugrupowania najbliższego politycznej ogłady.
Bosak i Mentzen, do niedawna symbole oszołomstwa, młodej fali radykałów, wszechpolackiego narodowego wzdęcia z jednej strony i libertariańskiego fundamentalizmu z drugiej, to chłopcy wygadani. Można, a nawet trzeba się ich światopoglądowi sprzeciwiać, ale w sporze z nimi człowiek musiałby się poważnie wysilić, zgrabnie stosują bowiem erystyczne pułapki, no i są swojej ideologii szczerze oddani. Tymczasem pirackie oko Brauna łypie już zupełnie obłąkańczo na autorską wizję wschodnioeuropejskiego faszyzmu, a w drodze do uczynienia z Polski Królestwa Bożego brauniści gotowi są wejść w spółkę choćby i z samym diabłem. Kaczyzm zaś to czysta demagogia w XX-wiecznym stylu, trącąca niewietrzoną zakrystią i przymulająca dziaderskimi perorami rodem z plenarnych posiedzeń Komitetu Centralnego.
I oto prezes zwąchał ducha czasu – na przyszłego premiera namaścił mrożkowego Edka; nie nowoczesnego bankstera ani smęcącą katechetkę, ale swojskiego Wuja, co Lepiej Wie. Wierny „Pies” Terlecki musiał ustąpić miejsca w sejmowej ławie po prawicy wodza, inteligenckie pochodzenie i hippiesowska przeszłość okazały się zbyt obciążające, teraz nadszedł czas Chama. Kaczor zapatrzony w Trumpa, uosobienie politycznej bandyterki, uznał, że to musi zadziałać także na rodzimym gruncie – lud się znudził politycznym teatrem,
Robimy to, co najważniejsze dla pacjentów
Zależy mi na czytelnym systemie i na tym, żeby każdy umiał się w nim sprawnie poruszać
Jolanta Sobierańska-Grenda – doktor nauk społecznych, prawniczka i urzędniczka samorządowa, prezes zarządu spółki Szpitale Pomorskie (2017-2025), minister zdrowia w trzecim rządzie Donalda Tuska (od 2025).
Dokąd płynie łódź zwana Ministerstwem Zdrowia? My – pacjenci, dziennikarze – mamy poczucie chaosu. Wrażenie, że ministerstwo nie tylko nie rozwiązuje problemów systemu, ale coraz częściej samo staje się ich źródłem. Na przykład są problemy z płynnością finansową rządowego programu in vitro.
– Program in vitro ma płynność finansową. Sprawdzaliśmy jego efektywność, skuteczność, wskaźniki jakościowe. Bardzo nam na tym programie zależy. Dzięki niemu urodziło się już 10,5 tys. dzieci. W 2025 r. przeznaczyliśmy na jego finansowanie 600 mln zł, a w 2026 r. budżet został utrzymany na tym samym poziomie. Podział środków na 2026 r. jest powiązany z efektami leczenia oraz poziomem wydatkowania dotacji, a co za tym idzie – potencjałem realizatorów w roku poprzednim. Podobnie jak w ubiegłym roku ośrodki mogą występować o dodatkowe finansowanie, jeśli wykażą większe zapotrzebowanie. Kryteria są jednakowe dla wszystkich, nie jest to mechanizm uznaniowy. Na razie rozdysponowaliśmy 509 mln zł, więc do dyspozycji pozostaje jeszcze 90 mln zł. Wierzę, że dzięki rządowemu programowi będzie coraz więcej ciąż.
Pytałam o chaos w Ministerstwie Zdrowia. Rozumiem, że powyższą odpowiedzią uspokaja pani, że panujecie nad wszystkim?
– Kieruję resortem siedem miesięcy, a sektor ochrony zdrowia ma przed sobą wiele wyzwań. Dzięki temu, że mam wokół siebie osoby doświadczone w zarządzaniu, mamy uchwycone strategiczne wątki, ważne z punktu widzenia pacjentów. Pierwsze miesiące w Ministerstwie Zdrowia poświęciłam na identyfikowanie wyzwań, które są najpilniejsze, i nadałam im priorytety. Zachęcamy interesariuszy i podmioty lecznicze do patrzenia na zmieniającą się demografię i wyzwania w związku ze starzejącym się społeczeństwem. A to jest zawsze dłuższy proces. Przychodząc tutaj, mówiłam, że ważne dla mnie jest, żebyśmy nie wzbudzali niepotrzebnego niepokoju wśród pacjentów. Zależy mi na czytelnym systemie i na tym, żeby pacjenci umieli sprawnie się w nim poruszać.
Które to są „wątki strategiczne dla pacjenta”?
– Na pewno dziś jest to e-rejestracja. Widzimy, że zadziałała w pandemii, że możemy zapanować nad odwoływanymi wizytami, zarządzać czasem. To jest powiązane z profilaktyką. A właśnie na tym polu mamy najwięcej do odrobienia w stosunku do innych krajów europejskich. Chodzi o stworzenie przyjaznego systemu profilaktyki z łatwym dostępem do badań. Potrzebna jest edukacja, bo profilaktyka jest bardzo ważna. To nasz duży priorytet.
Ważne jest dla nas również profilowanie podmiotów leczniczych zgodnie z potrzebami pacjentów. Tworzymy różnego rodzaju zachęty, ale decyzje na temat konkretnych zmian muszą zapadać po dyskusjach w regionach i to jest dla mnie priorytet, z którym przyszłam do ministerstwa.
„Regiony” przyjechały pod gmach MZ. Mówię o proteście dyrektorów szpitali. Frekwencja nie była wprawdzie taka, jakiej oczekiwano, ale głos dyrektorów był słyszalny. Macie więc kłopoty z dogadaniem się.
– Rozumiem emocje towarzyszące dyrektorom, bo doświadczyłam podobnych 15 lat temu, kiedy zmienialiśmy szpitale na Pomorzu. Widziałam u siebie w regionie, że mamy dużo szpitali, że konkurują między sobą, że mamy problemy finansowe, że nie wiadomo, co nas czeka za 5-10 lat, bo zmienia się demografia, społeczeństwo się starzeje. Było sporo nerwów. Nie było łatwo przekonać wszystkich do zmian, ale dziś z satysfakcją mogę powiedzieć, że się udało.
Protest przed ministerstwem dotyczył szpitali powiatowych, które już dzisiaj mogą np. przeprofilować się zgodnie ze zmianami potrzeb pacjentów w kierunku opieki długoterminowej i geriatrycznej. Do szpitali powiatowych trafiły środki z KPO i z Funduszu Medycznego. Za kilka miesięcy,
W stanie przedwojennym
Zmarł sędziwy Robert Duvall, aktor, któremu do miejsca w filmowym panteonie wystarczyło siedem lat z czterema powstałymi w tym czasie arcydziełami Francisa Forda Coppoli – zagrał bowiem w obydwu częściach „Ojca chrzestnego”, „Rozmowie” i „Czasie apokalipsy”. W tym ostatnim zapadł w pamięć jedną z najsłynniejszych, ale i najbardziej mrocznych fraz w historii kina: „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”, wieńczącą brawurową sekwencję nalotu kawalerii powietrznej na wioskę zajętą przez partyzantkę Wietkongu.
Przez lata byłem ślepo zachwycony fantazją sceny helikopterowego ostrzału przy dźwiękach wagnerowskiego „Cwału Walkirii”, dzisiaj, w dobie obłąkanego trumpizmu, patrzę inaczej i widzę więcej. Jak Trumpowi marzy się amerykańska riwiera w zrównanej z ziemią Gazie, tak podpułkownik Kilgore, życiowy epizod aktorski Duvalla, chce po prostu posurfować w delcie Mekongu, gdzie tworzą się największe fale. Kiedy wśród żołnierzy napotyka mistrza surfingu, idée fixe staje się zadaniem bojowym – trzeba zapakować deski na pokład i przysposobić zatokę do zabawy. A że jest mocno obsadzona przez wietnamską partyzantkę, do zadania wykorzystuje się eskadrę śmigłowców, myśliwców i grad bomb zapalających. Trup ścielący się gęsto i artyleryjski ostrzał nie stanowią dla Kilgore’a przeszkody, dopiero kiedy pożar wzniecony przez rzeczony napalm zmienia termikę powietrza i powoduje zanik fal, podpułkownik musi się pogodzić z tym, że ch… bombki strzelił, surfowania nie będzie.
Psychopatyczni bogowie wojen






