Tag "Donald Tusk"

Powrót na stronę główną
Felietony Jerzy Domański

Partia ministrów i prezesów

Kto raz był premierem i zakosztował tak ogromnej władzy, ten do końca życia będzie myślał o powtórce. Najbardziej skrajnym i niezwykle przy tym widowiskowym przypadkiem tej obsesji jest Mateusz Morawiecki.

Premierem był marnym. W ciągu wielu lat na posadzie złożył tyle obietnic bez pokrycia, że miano Pinokia polskiej polityki pasuje do niego jak weto do Nawrockiego. Tak bardzo przywiązał się do premierowania, że po wyborach przegranych przez PiS stanął na czele dwutygodniowego rządu kabaretowego. Po to tylko, żeby partia Kaczyńskiego, zaskoczona wynikami wyborów, mogła w ekspresowym tempie pozałatwiać swoje biznesowe i kadrowe interesy. Z wielu zabetonowanych wtedy układów nowy rząd do dziś nie potrafi się wyplątać.

Morawiecki, który uwierzył, że premier to jego zawód, uwierzył też, że ma cechy męża stanu. I że jest gotów do zastąpienia prezesa Kaczyńskiego. Jest takie powiedzenie: z kim się zadajesz, takim się stajesz. Na przypadku Morawieckiego można prześledzić, jak to się stało, że grupa ministrów,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

O prezesie NFZ, który się wszystkim ministrom kłania. I trwa

To NFZ tworzył patologiczny system i zatwierdzał wyceny

Środa, 1 lipca 2026 r. Od piątku 26 czerwca nie działa eWUŚ, system Narodowego Funduszu Zdrowia, w którym pracownik ochrony zdrowia może sprawdzić, czy pacjent jest ubezpieczony. Chorzy w przychodniach podpisują więc oświadczenia, że są ubezpieczeni. Wielka informatyczna rewolucja i jej dziecko – eWUŚ. To bodaj najkrótsza definicja tego, co może, a czego nie może NFZ.

Wbrew pozorom to nie jest jedynie wielki księgowy, który od wszystkich patologii systemu ochrony zdrowia może się odciąć i powiedzieć: nie, to nie my, nie nasza sprawa, my tylko płacimy. Ma w ręku narzędzia kontroli, z których korzysta w sposób wielce umiarkowany. Ba, od czerwca 2019 r. działa korpus kontrolerski, czyli zespół podlegający prezesowi NFZ, który zastąpił regionalne działy kontroli. Placówka medyczna jest zawiadamiana o kontroli siedem dni przed jej rozpoczęciem, ale jednocześnie kontroler może się pojawić bez zapowiedzi. I co z tego wynika? Dla pacjenta – nic.

Świadczymy usługi dla ludności 😉

Ministrowie zdrowia pojawiają się i znikają, a prezes NFZ Filip Nowak trwa. Pełni swoje obowiązki od sierpnia 2020 r., a więc od czasów rządu PiS (początkowo jako p.o., a od 2021 r. jako powołany prezes). Zarządza największą kwotą publicznych pieniędzy w kraju. Główne źródła przychodów NFZ to składki zdrowotne – ok. 184,3 mld zł, oraz dotacje z budżetu państwa – 26 mld zł. Pacjenci wreszcie zrozumieli, że to są ich pieniądze. I że nie można nimi dowolnie szastać. Dlatego żądają urzędniczych głów, kierują też gniew na lekarzy milionerów.

W 2025 r. pensja Nowaka wynosiła 33 367 zł miesięcznie brutto, czyli ok. 400 tys. zł rocznie. Jego trzech zastępców zarabia po 31 104,87 zł. Za ostatni rok nikt z tej trójki nie otrzymał nagrody rocznej. Nowak nie otrzymał jej również za 2024 r., ale za PiS otrzymał w 2022 r. dodatkowe 75 tys. zł, a rok później – 48 tys. zł.

Filip Nowak jako prezes NFZ chętnie spełniał liczne prośby ministra Adama Niedzielskiego, który scentralizował system i nakładał na szpitale i przychodnie obowiązek dodatkowej sprawozdawczości. Nowak nie sprzeciwił się, gdy jesienią 2022 r. rząd PiS zrobił kontrowersyjną wrzutkę do nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza, co pozbawiło NFZ w kolejnym roku 13 mld zł z puli, która przeznaczona była na leczenie. Na posiedzeniu komisji w Senacie przekonywał nawet: „Jesteśmy organizacją sprawną i z dużą elastycznością”.

A potem? „Szefem NFZ jest prezes Filip Nowak i nie zamierzam tego zmieniać. Myślę, że współpraca układa się wzorowo”, powiedziała minister Leszczyna w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Prezes zaś w 2024 r. w czasie Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach prawił, że NFZ nie jest liderem, tylko pracuje na lidera, którym bezwzględnie, formalnie i praktycznie powinien być minister zdrowia.

Sprawując funkcje kierownicze w NFZ, Nowak dorabiał. Od 2020 r. do lutego 2024 r. zasiadał w radzie nadzorczej spółki PMT Linie Kolejowe należącej do KGHM Polska Miedź. A od grudnia 2022 r. do pensji doszło mu 33 tys. zł miesięcznie, bo stał się członkiem rady nadzorczej Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego PZU.

Na stronie internetowej NFZ możemy przeczytać, że jest „doktorem nauk o zdrowiu, MBA. Absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocławskiej Akademii Ekonomicznej, Uczelni Łazarskiego, Wielkopolskiej Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej”.

Warto się zatrzymać przy doktoracie prezesa. Stopień naukowy uzyskał w Poznaniu za rozprawę „Wpływ wprowadzenia »pakietu onkologicznego« na realizację procesu leczenia”. Promotorką jego pracy została prof. Monika Urbaniak, prawniczka z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego. Jak zauważyła

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Nieznośna lekkość uogólniania

Przepisuję swoje dzienniki, pod datą 31 stycznia 1978 r. zanotowałem: „Dzisiaj Daniel ukończył trzy lata. Przyszły znajome dzieci. Daniel dzielnie zdmuchnął trzy świeczki wetknięte w tort. Kilka dni temu oddałem korektę tomiku wierszy »Bez usprawiedliwienia«. Dzisiaj byłem w PiW-ie w sprawie cenzury. Jak na razie usunięto jeden wiersz »Dłużnicy«, zaczynający się od słów: »O tylu rzeczach zabroniono pisać«”. A teraz proszę, PIW kierowany przez Łukasza Michalskiego stosuje bardziej drastyczne formy cenzury.

Cała ta bardzo niefortunna, bardzo nieszczęśliwa decyzja Zełenskiego, by pozwolić nazwać jednostkę ukraińską imieniem UPA, nie była jego inicjatywą, tylko żołnierzy. Ale to on zrobił głupstwo, że na to pozwolił. W ukraińskim parlamencie nie ma jednak chyba partii nacjonalistycznej, prezydent ma żydowskie pochodzenie, więc u nas nie mógłby piastować tej funkcji, a u nich może. Ukraińcy mają inną pamięć historyczną niż my, czego my nie rozumiemy, oni też tego nie rozumieją. Pamięć mają krótszą, nie mniej dramatyczną, teraz niesioną na fali wojennych emocji. 3 mln Ukraińców Stalin zagłodził na śmierć. Miliony zginęły na frontach. Dla nich Bandera to ten,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Prezydent dla swoich

Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS

Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś.
– Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym.

Zwolennikom prawicy się podoba.
– Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy.

A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji?
– To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii.

Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi?
– Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji.

Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam.

Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące.
– Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Rok po klęsce

Zwycięstwo Karola Nawrockiego było nie tyle sukcesem partii Kaczyńskiego, ile triumfem IPN

Podobno czas leczy rany, ale tego powiedzenia nie da się zastosować do rany, jaką zadały Polsce ostatnie wybory prezydenckie. Wiosenna kampania 2025 r. okazała się definitywnym rozwianiem ogromnych nadziei, które obudziła niespodziewana „rewolucja październikowa” z 2023 r. Tamte wybory bowiem tylko formalnie stanowiły zwykłą elekcję parlamentarną. W rzeczywistości 15 października 2023 r. odbyło się referendum – lecz nie to wymyślone przez rząd Mateusza Morawieckiego, które większość Polaków zbojkotowała, ale faktyczny plebiscyt nad ośmioletnimi rządami PiS. I plebiscyt ten ówczesna władza przegrała, choć żadne sondaże nie były w stanie przewidzieć skali społecznej determinacji, by tę partię od władzy odsunąć.

Warto o tym przypominać szczególnie politykom, którzy dzięki tej rekordowej w historii Polski frekwencji i mobilizacji uzyskali większość w obecnym parlamencie. Politycy bowiem mają naturalną skłonność do przypisywania sobie post factum zasług dotyczących zdarzeń, na które w istocie nie mieli większego wpływu. I tak jest z wynikiem wyborów z 2023 r., którego od początku nie należało interpretować jako powszechnej chęci powrotu do rządów PO-PSL z lat 2007-2015.

Tamte rządy stanowią zamkniętą raz na zawsze epokę, która powinna być raczej przestrogą dla wszystkich rządzących – zaczęła się od ogromnych nadziei związanych z odsunięciem PiS od władzy w 2007 r., potem były sukcesy wyborcze w latach 2010-2011: zdobycie prezydentury dla Bronisława Komorowskiego i reelekcja koalicji rządowej, co zapewniło Platformie i ludowcom kolejne lata rozleniwiającego spokoju, a zakończyła spektakularną, podwójną klęską – prezydencką i parlamentarną – w 2015 r. z jej niespodziewanym efektem w postaci monopolu PiS na władzę przez osiem lat.

Politycy, jako się rzekło, lubią sobie przypisywać nie swoje zasługi, za to bardzo nie lubią rzetelnego analizowania przyczyn własnych niepowodzeń. A przecież przejęcie pełni władzy przez PiS 11 lat temu miało główne przyczyny w działaniach i zaniechaniach poprzedniej ekipy, gwoździem do trumny okazały się zaś nieoczekiwane podwyższenie wieku emerytalnego po wyborach w 2011 r. i wyjazd Donalda Tuska do Brukseli w 2014 r. Dodajmy do tego żenującą słabość personelu politycznego Platformy, z prezydentem Bronisławem Komorowskim i premier Ewą Kopacz na czele, oraz fatalne poprowadzenie kampanii wyborczych PO w 2015 r. Ale także zdumiewające błędy lewicy: wystawienie absurdalnej kandydatury Magdaleny Ogórek na prezydenta, a potem utworzenie zupełnie niepotrzebnej koalicji wyborczej z partią Janusza Palikota, przez co lewica po raz pierwszy znalazła się poza Sejmem.

Oczywiście zadziałały też inne czynniki, m.in. pojawienie się nowych ugrupowań, które w jakimś stopniu przejęły głosy wyborców rozczarowanych władzą PO-PSL (Kukiz’15, Nowoczesna Ryszarda Petru, partia Razem), jak również sprytna taktyka Jarosława Kaczyńskiego, by w pierwszym szeregu marszu po władzę wystawić ludzi nowych i niemal nieznanych: Andrzeja Dudę i Beatę Szydło.

Fala sprzeciwu

O tym wszystkim należy pamiętać, żeby nie ulegać złudzeniu, że wyborcza „rewolucja październikowa” z 2023 r. była osobistym sukcesem Donalda Tuska, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Włodzimierza Czarzastego. W rzeczywistości skorzystali oni z gigantycznej fali społecznego sprzeciwu wobec rządów PiS,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nawrocki. Od awantury do awantury

Kancelaria Prezydenta wiedziała wszystko o traktacie z Wielką Brytanią

Czy to jest zwykła wojna Karola Nawrockiego z rządem w kolejnej odsłonie, czy coś ważniejszego?

Było o tym głośno od kilku dni. Gdy Donald Tusk podpisał w środę, 27 maja, w Northolt pod Londynem, bazie Dywizjonu 303, traktat obronny z Wielką Brytanią, jeszcze tego samego dnia odezwał się Karol Nawrocki: „Dobrze byłoby przed podpisywaniem zobowiązań w imieniu narodu polskiego informować Kancelarię Prezydenta i samego prezydenta o tym, że takie rozwiązania są przygotowywane”. I dodał, że informacje na ten temat pozyskiwał wyłącznie „z opinii publicznej”.

Dzień później szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz napisał na portalu X, że treść traktatu „trafiła do Kancelarii Prezydenta 26 maja br. na dzień przed podpisem w Northolt”.

Czy tak było faktycznie? Tego samego dnia rzecznik MSZ Maciej Wewiór przedstawił harmonogram informacji, które ministerstwo przekazywało Kancelarii Prezydenta w sprawie traktatu. I okazuje się, że już w styczniu, przed wizytą prezydenta RP w Londynie, MSZ przygotowało i przekazało do Kancelarii Prezydenta „specjalną, pogłębioną informację na temat Traktatu oraz przebiegu negocjacji”. A w marcu na prośbę Kancelarii Prezydenta „odbyło się spotkanie robocze na poziomie ekspertów, podczas którego przedstawiciele KPRP zostali szczegółowo poinformowani o przebiegu negocjacji, treści oraz celach Traktatu”. Rzecznik zaznaczył też, że „MSZ od początku procesu regularnie informowało Kancelarię Prezydenta RP o stanie negocjacji i planowanej treści traktatu”.

O cóż więc chodzi? Czy odkryliśmy gigantyczny bałagan w Kancelarii Prezydenta i to, że jej urzędnicy spotykali się z urzędnikami MSZ, ale prezydenta o tym nie informowali? Żadne papiery z MSZ nie docierały na jego biurko? Czy po prostu Nawrocki celowo wywołuje awanturę? A jeżeli tak, to dlaczego?

Awantura z rządem ma jeszcze odnogę – zupełnie niespodziewanie do grona swoich wrogów Nawrocki włączył wicepremiera, szefa MON, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wszystko zaczęło się od wypowiedzi Kosiniaka-Kamysza, który podczas wizyty w Kanadzie gorzko skomentował

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nowe czasy, nowe traktaty

Czy Polska wskoczy do światowej ekstraklasy?

Ta umowa to znak czasu. W środę, 27 maja, Donald Tusk podpisał z Keirem Starmerem Traktat o Partnerstwie w Dziedzinie Bezpieczeństwa i Obronności. Traktat obejmuje 14 projektów obronnych. Zapowiada, że Polska i Wielka Brytania będą „wspólnie zwiększać swoje zdolności w zakresie uzbrojenia typu powietrze-powietrze, naziemnych systemów obrony powietrznej oraz zdolności lądowych”. Mają także działać na rzecz wzmocnienia wschodniej flanki NATO.

Na stronie Kancelarii Premiera możemy przeczytać: „Celem Polski i Wielkiej Brytanii jest skuteczne odstraszanie potencjalnego agresora – Rosji.

– Nie ma dla nas większego wyzwania niż rosyjska agresja. Widzimy to nie tylko w samej Ukrainie, ale też poza jej granicami. Podpisany traktat jest naprawdę pokoleniowym wzmocnieniem relacji w zakresie bezpieczeństwa i obronności pomiędzy naszymi krajami – ocenił szef brytyjskiego rządu Keir Starmer”.

Rok temu, 9 maja, podobny traktat – o wzmocnionej współpracy i przyjaźni – Polska podpisała z Francją. Przewiduje on wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i zawiera klauzulę wsparcia militarnego na wypadek ataku na którekolwiek z państw.

– Od dziś Francja i Polska będą mogły naprawdę liczyć na siebie w każdej sytuacji. Dajemy sobie wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i możecie być państwo pewni, że intencją prezydenta Francji i moją jest śmiertelnie poważnie traktować ten zapis – mówił Donald Tusk podczas wspólnej konferencji prasowej z Emmanuelem Macronem. Nancy, w którym podpisano polsko-francuską umowę, nie jest miejscem przypadkowym. To dawna siedziba króla Polski i księcia Lotaryngii Stanisława Leszczyńskiego.

Traktat polsko-brytyjski również podpisywany był w historycznym miejscu – w bazie lotniczej Northolt na północnych przedmieściach Londynu, w której w czasie bitwy o Anglię stacjonowały polskie dywizjony myśliwskie, w tym Dywizjon 303.

Dodajmy jeszcze jedno – te dwie umowy wkrótce ma uzupełnić trzecia, z Niemcami, planowana na 17 czerwca. I teraz pytanie: w jakim mieście będzie podpisana?

Odłóżmy jednak to pytanie na bok. Ważniejsze jest, że wewnątrz Europy tworzy się system zacieśnionej współpracy – militarnej, przemysłów zbrojeniowych. Zanim Wielka Brytania podpisała umowę w Northolt, podobne zawarła z Francją, Niemcami i Norwegią. Ten system tworzy się z przymusu. Jest odpowiedzią na nową sytuację międzynarodową. Na działania prezydenta Putina, który siłą militarną próbuje odbudować dawną pozycję imperium, i na działania prezydenta Trumpa, który parokrotnie zdążył ogłosić, że Ameryka NATO nie potrzebuje, a jeśli chodzi o Europę, to on umywa ręce.

Dorzućmy do tego wypowiedzi ludzi z administracji Trumpa, że Europa jest dla Ameryki przeciwnikiem. No i plany NATO 3.0, z których wynika, że wojska amerykańskie radykalnie ograniczą obecność na naszym kontynencie czy wręcz z niego się wycofają. Jest to zapisane w amerykańskiej

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Tusk nie ufa Trumpowi, Kaczyński i Nawrocki wierzą mu całkowicie

Ameryka Trumpa czy Europa? Spór o polską politykę zagraniczną, który znów rozgorzał po wywiadzie Donalda Tuska dla „Financial Timesa”, wykracza poza codzienną polityczną bijatykę.

Zacznijmy od Tuska. Powiedział w wywiadzie, że „największym i najważniejszym pytaniem dla Europy jest to, czy Stany Zjednoczone są gotowe być tak lojalne, jak opisano to w naszych traktatach”. Tłumaczył: „Dla całej wschodniej flanki, moich sąsiadów… pytanie brzmi, czy NATO jest nadal organizacją gotową, zarówno politycznie, jak i logistycznie, do reagowania, np. przeciwko Rosji, gdyby ta próbowała zaatakować”. I podkreślał: „To naprawdę poważna sprawa. Mam na myśli perspektywę krótkoterminową, raczej miesiące niż lata”.

Zaznaczył przy tym, że Waszyngton traktuje Polskę jako jednego z najlepszych i najbliższych europejskich sojuszników. „Jednak kluczowe byłoby, jak zadziałałoby to w praktyce, gdyby »coś się wydarzyło«. Chciałbym wierzyć, że art. 5 NATO nadal obowiązuje, ale czasami, oczywiście, mam z tym pewne problemy”, kontynuował, zastrzegając, że nie chce być zbytnim pesymistą, lecz dziś potrzeba też „praktycznego kontekstu”.

Jakiego? Premier przypomniał przypadek wejścia w polską przestrzeń rosyjskich dronów. „Miałem pewne problemy tej wrześniowej nocy, kiedy doszło do tej dość poważnej prowokacji z użyciem dronów ze strony Rosjan. Nie było mi łatwo przekonać naszych partnerów z NATO, że nie był to przypadkowy incydent, lecz dobrze zaplanowana i przygotowana prowokacja”.

Na te wypowiedzi zareagował Jarosław Kaczyński, pisząc na platformie X: „Kolejny raz Tusk dał się podpuścić i wykonał dyspozycje z Berlina, atakując Amerykanów i de facto podważając sens art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, który gwarantuje wzajemną, sojuszniczą obronę. Tusk niszczy relacje polsko-amerykańskie, a w tym czasie Niemcy zacieśniają współpracę z Amerykanami nad koncepcją NATO 3.0”.

Tuska zaatakował również Karol Nawrocki – domagając się informacji, czy Rosja zagraża Polsce w perspektywie najbliższych miesięcy…

By ten spór lepiej naświetlić dodajmy jeszcze jedną wypowiedź, tym razem prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Podczas rozmowy z premierem Grecji Kiriakosem Mitsotakisem wezwał Europę do odrodzenia się i odbudowy swoich wpływów. „Nie powinniśmy lekceważyć faktu, że to wyjątkowy moment, w którym prezydent USA, prezydent Rosji i prezydent Chin są zdecydowanie przeciwni Europejczykom”, mówił.

Macron ma rację. Mamy nową rzeczywistość międzynarodową i musimy się do niej dostosować. Stany Zjednoczone Donalda Trumpa de facto zerwały solidarność transatlantycką. Polityka sojuszy została zastąpiona polityką transakcyjną. Trump nazywa NATO „papierowym tygrysem”, nic nieznaczącym bez USA. Nie ukrywa rozczarowania tym, że Europa nie poparła go w wojnie z Iranem.

Warto zwrócić uwagę na komentarz Białego Domu po wywiadzie Tuska. Po pierwsze, pomija on sprawę art. 5. Po drugie, zawiera ciąg pretensji. „Prezydent Trump jasno wyraził rozczarowanie NATO i innymi sojusznikami. Stany Zjednoczone utrzymują w Europie tysiące

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Na Cyprze bez zmian

Premier Donald Tusk nie wytrzymał i podczas szczytu Unii Europejskiej na Cyprze oznajmił w mediach społecznościowych: „Po raz pierwszy od lat na sali nie ma Rosjan. Ogromna ulga”. To à propos tego, że na szczycie nie pojawił się Viktor Orbán. Tak oto Tusk wykazał polski temperament.

Do tej radości dodajmy jeszcze jedną – pierwszy raz od długiego czasu mógł liczyć na obecność ambasadora RP, a nie chargé d’affaires a.i. Chodzi o Marka Szczepanowskiego, jednego z nielicznych ambasadorów, którzy po przejęciu MSZ przez Radosława Sikorskiego nie zostali wycofani do Warszawy.

To dość symboliczna scena – otóż Szczepanowski był zatwierdzany przez sejmową Komisję Spraw Zagranicznych na tym samym posiedzeniu, na którym zatwierdzani byli Jakub Kumoch (Pekin), Arkady Rzegocki (Dublin) i Jarosław Guzy (Kijów).

Gdy przyszła nowa władza, Rzegocki z Guzym zostali wycofani do Warszawy. Nikt się nie dziwił – Rzegocki przyszedł do MSZ w czasach PiS, był szefem służby zagranicznej. Dla Guzego też była to pierwsza posada w MSZ. Skazani więc byli na powrót. Zrobiło się z tym trochę zamieszania. Szczególnie walczył Guzy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nielegalne wpływy. Lobbing po polsku

Szara strefa prawa z politykami prawicy w tle

Premier Donald Tusk na konferencji prasowej, która odbyła się 7 kwietnia, powołując się na ustalenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, poinformował, że założona przez Zbigniewa Ziobrę Fundacja Instytut Polski Suwerennej otrzymała od Przemysława Krala, prezesa giełdy kryptowalut Zondacrypto, 450 tys. zł.

Część tych środków miała zostać przeznaczona na adwokatów reprezentujących Dariusza Mateckiego oraz ks. Michała Olszewskiego.

Z kolei powiązana z Kralem czeska spółka Expofér Servis House (w niektórych źródłach występuje jako Expo Fair Service House – przyp. M.C.) przekazała 70 tys. euro Fundacji Dobry Rząd powiązanej z posłem Przemysławem Wiplerem. Donald Tusk sugerował, że istnieje związek między przekazanymi środkami a negatywnym stosunkiem PiS i Konfederacji do rządowych projektów ustaw mających na celu poddanie rynku kryptowalut w Polsce kontroli.

Zarówno ziobryści, jak i konfederaci zaprzeczyli. Przy tej okazji na Wiejską wrócił temat lobbingu.

Na początku był „grabbing”

Pod koniec grudnia 1997 r. rząd premiera Jerzego Buzka wprowadził całkowity zakaz importu żelatyny. Oficjalnie w trosce o zdrowie społeczeństwa, gdyż na Zachodzie stada bydła dziesiątkowała choroba szalonych krów. Sprawą zainteresowały się media, ponieważ zakaz objął także żelatynę wieprzową, a o chorobie szalonych świń nikt nie słyszał.

Okazało się, że zakaz importu gwarantował ogromne zyski Kazimierzowi Grabkowi, biznesmenowi nazywanemu „królem żelatyny”, bo – jak sugerowali dziennikarze – dzięki koneksjom politycznym potrafił on forsować korzystne rozwiązania prawne, które zapewniały jego zakładom monopol sprzedażowy na krajowym rynku. Jego sposób działania nazwano „grabbingiem”. To była pierwsza wielka afera lobbingowa w Polsce. W konsekwencji burzy medialnej rząd cofnął zakaz importu żelatyny wieprzowej i obniżył cła, a Grabkiem zainteresowała się prokuratura.

O wiele większy rozgłos zyskała tzw. afera Rywina z 2002 r. Producent filmowy Lew Rywin zażądał od redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika „prowizji” w wysokości 17,5 mln dol. w zamian za korzystne zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji, które pozwoliłyby spółce Agora na przejęcie jednej ze stacji telewizyjnych. Mówiło się wtedy, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.