Dzieje się…

Dzieje się…

Lawina wydarzeń jest taka, że trudno nadążyć z komentowaniem. Spróbuję skrótowo odnieść się do rzeczy najważniejszych, choć obawiam się, że zanim ten numer PRZEGLĄDU znajdzie się w kioskach, wiele zdąży się wydarzyć.

Pierwsza sprawa to ułaskawienie Mariusza Kamińskiego i jego kamratów z CBA. Ma ona dwa aspekty. Prawny i polityczny. Zacznijmy od prawnego. Ułaskawienie polegające na zastosowaniu „prawa łaski” jest uprawnieniem przysługującym głowie państwa. To uzasadniony tradycją wyjątek od zasady trójpodziału władz. Nie kwestionując zasady, że wydawanie wyroków, czyli wymiar sprawiedliwości, należy do sądów, głowie państwa przyznaje się na zasadzie absolutnego wyjątku prawo ingerowania w wydane już wyroki w szczególnie uzasadnionych sprawach. Ingerencja ta może polegać na złagodzeniu kary (np. na zamianie orzeczonej kary śmierci na karę długoletniego więzienia), na uwolnieniu od kary albo nawet tylko na zmianie sposobu jej wykonywania – np. na zamianie kary bezwzględnego pozbawienia wolności na karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania. Prawo łaski przysługiwało prezydentowi RP w okresie międzywojennym, przysługuje i teraz. W PRL prawo łaski przysługiwało Radzie Państwa.

Konstytucja w rozdziale V „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej”, wymieniając uprawnienia głowy państwa, w art. 139 stanowi, że „Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”. Konstytucja raz jeszcze wymienia prawo łaski, mianowicie w art. 144 ust. 3 pkt. 18, zaliczając akt skorzystania z prawa łaski przez prezydenta do tych aktów, które nie wymagają kontrasygnaty premiera. Konstytucja nie określa trybu, w jakim prezydent ma realizować to swoje uprawnienie. Szczegółowa procedura ułaskawienia opisana jest za to w Kodeksie postępowania karnego, w rozdziale 59 „Ułaskawienie”. Kodeks przewiduje dwa tryby postępowania ułaskawieniowego.

Tryb pierwszy polega na tym, że skazany, lub jego pełnomocnik, składa prośbę o ułaskawienie do sądu, który wydał wyrok w pierwszej instancji. Sąd opiniuje prośbę i jeśli w sprawie orzekał też sąd odwoławczy, przekazuje sprawę i swoją opinię także temu sądowi. Następnie, gdy przynajmniej jedna opinia sądu jest pozytywna, prośbę o ułaskawienie przekazuje się prokuratorowi generalnemu, który po zbadaniu sprawy dodaje jeszcze swój wniosek popierający prośbę lub sprzeciwiający się jej i przekazuje sprawę prezydentowi.

Drugi przewidziany przez kodeks tryb polega na tym, że prośbę o ułaskawienie można przekazać bezpośrednio prezydentowi. Wówczas prezydent kieruje tę prośbę do prokuratora generalnego, który albo może od razu sam wnioskować do prezydenta o skorzystanie z prawa łaski, albo kieruje ją do zaopiniowania do sądów, które orzekały w sprawie.

Przyznać trzeba, że to procedura mało logiczna, ale została zapisana. Wśród prawników konstytucjonalistów i procesualistów nie ma zgodności co do tego, czy wobec nazbyt ogólnych przepisów konstytucji i braku konstytucyjnych procedur ułaskawienie może się odbywać tylko wedle opisanych w prawie procedur zawartych w Kodeksie postępowania karnego, czy jest jeszcze możliwy jakiś inny tryb, polegający na dowolnym stosowaniu przez prezydenta uprawnień wynikających wprost z konstytucji. Jednak nawet gdyby przyjąć, że prezydent może ułaskawiać wprost na podstawie przepisów konstytucji, nie oglądając się na kodeksowe procedury (co wydaje się mało logiczne, bo po co w takim razie cały rozdział w kodeksie), to i tak prezydent Duda nie miał prawa ułaskawiać Mariusza Kamińskiego ani jego współpracowników z tego powodu, że żaden z nich nie był prawomocnie skazany. Postępowanie w ich sprawie nie było zakończone, mieli zatem ciągle status oskarżonych, a nie skazanych. Z brzmienia przepisu art. 139 Konstytucji RP, jeśli czyta się cały ten przepis, zresztą krótki i jasny, wynika, że prawo łaski stosuje się do osób skazanych.

Tak więc pan prezydent naruszył przepis ustawy zasadniczej. Ale uzasadnienie tego aktu było jeszcze gorsze niż on sam. Przy okazji ułaskawienia prezydent powiedział, że „nasze sądy nie potrafią skazać bandytów z Pruszkowa, tymczasem ludziom, którzy chcą walczyć z korupcją, wymierzają drakońskie kary”. Pomijam kwestię, że w praworządnym państwie nikogo, nawet bandyty, nie wolno skazywać bez dowodów. Ale zasugerowanie, że osoba walcząca z korupcją nie jest krępowana żadnymi przepisami, że z tego tytułu jest bezkarna, że cel uświęca środki, w najwyższym stopniu demoralizuje służby państwowe.

Obawiam się, że na skutki nie będziemy długo czekać. Wszystkie służby policyjne i specjalne, także prokuratura, dostały czytelny sygnał: prowokujcie, podsłuchujcie, podglądajcie, nie oglądajcie się na przepisy. Możecie śmiało łamać wszelkie gwarantowane konstytucją i standardem międzynarodowym prawa i wolności obywatelskie, jeśli tylko działacie w słusznym celu. A słuszność celu ocenia władza wykonawcza. To już nie jest państwo prawa.

Przy okazji publicznie wypowiedziane przez prezydenta wotum nieufności dla sądownictwa też wyda owoc. Nasz wymiar sprawiedliwości, jak wiele dziedzin życia państwowego, z całą pewnością wymaga naprawy, może nawet reformy. Ale publiczne upokarzanie go, burzenie resztek jego autorytetu w społeczeństwie nie jest drogą do jego naprawy. Jeśli do tego dodać zabiegi wokół Trybunału Konstytucyjnego, jawnie zmierzające do podporządkowania go władzy politycznej i obniżenia jego autorytetu, jasno widać, że demolowane jest państwo prawa. A to dopiero początek kadencji.

Na koniec kilka słów o służbach specjalnych. Ich apolityczność zapisana w ustawach wydawała się ważną zdobyczą naszej transformacji. Założenie było takie: nadzorujący te służby rząd, premier czy ministrowie są z natury rzeczy polityczni. Taka jest istota systemu parlamentarno-gabinetowego. Szefami służb policyjnych i specjalnych powinni być apolityczni fachowcy. Tymczasem praktyka jest taka, że każda zmiana władzy pociąga za sobą wymianę szefów służb. To, co w tym zakresie zrobiło PiS, nie jest wyjątkiem, to tylko potwierdzenie złej praktyki, wykonane w stylu tej formacji. Zmiana szefów zawsze powodowała wymianę kadry kierowniczej, to pociągało za sobą wymianę średniej kadry… Służby zamiast sprawnie działać, zajmowały się sobą. Może w tym miejscu warto przypomnieć przykład amerykański. J. Edgar Hoover był szefem FBI przez 48 lat, od roku 1924 do 1972. W tym czasie zmieniło się ośmiu prezydentów, rządzili na przemian demokraci i republikanie. Szef CIA Allen Dulles też służył przemiennie republikanom i demokratom. Tak zbudowano potęgę amerykańskich służb.

Oszołomienie zwycięstwem politycznym tępi instynkt samozachowawczy. Każda władza przecież kiedyś się kończy i jest rozliczana przez następców. Bardziej lub mniej kulturalnie, bardziej lub mniej uczciwie. Co będzie, gdy kiedyś rządzących dziś rozliczać będą posłuszni już nowej władzy sędziowie, a dowody przeciw nim będą zbierać służby realizujące dyrektywę, że przecież wszystko wolno, bo cel uświęca środki? Państwo prawa potrzebne jest wszystkim: i rządzącym, i rządzonym, bo te role się zmieniają.

Wydanie: 48/2015

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy