„Silni, zwarci, gotowi” i „jakoś to będzie”

„Silni, zwarci, gotowi” i „jakoś to będzie”

To pierwsze hasło już raz Polacy słyszeli. Nie baliśmy się Niemców. Bolszewików pogoniliśmy już w 1920 r., więc tym bardziej ich się nie baliśmy. Wedle rządowej propagandy byliśmy „silni, zwarci, gotowi!”. Nawet przez myśl nikomu, chyba łącznie z Rydzem-Śmigłym, nie przeszło, że jednak trzeba się bać i Niemców, i bolszewików równocześnie. Naród był przekonany, że „nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły-Rydz”. 1 września 1939 r. nawet poważni, mogłoby się zdawać, ludzie zakładali się w lwowskiej kawiarni, czy w Berlinie nasze zwycięskie wojska będą już za tydzień, czy trochę dłużej im zejdzie. No i zeszło. Pięć lat, w dodatku wkroczyli do Berlina w bardzo złym towarzystwie żołnierzy Armii Czerwonej. W szybki sukces wierzyli najmocniej młodzi porucznicy, wychowani w kulcie zwycięskiej armii w 1920 r. Żegnali się z narzeczonymi na tydzień lub dwa… Tylko starsi i doświadczeni dowódcy dobrze wiedzieli, że nie damy rady. I jeśli coś sami obronimy, to zaledwie „przedmoście rumuńskie”, kawałeczek górzystej ziemi między Sanem, Dniestrem, Zbruczem i grzbietem Karpat. Optymistycznie nastawieni sądzili, że na tym kawałku ziemi, zasilani przez aliantów poprzez Rumunię w sprzęt i amunicję przetrwamy zimę, dotrwamy do wiosny, kiedy ofensywa Francuzów i Anglików rozbije Hitlera. Nie zdążyliśmy nawet wycofać się na to „przedmoście rumuńskie”. Sowieci wkroczyli tam 17 września, Rumunia wycofała się z sojuszniczych zobowiązań (mówiąc przewrotnie, że dotyczyły one wojny z ZSRR, a nie z Niemcami), transportowiec aliancki, który nieśpiesznie płynął ze sprzętem wojskowym, nie dopłynął nawet do Konstancy i zawrócił.

Teraz sytuacja jest o tyle inna, że nikt nas nie napada. Ani ze wschodu, ani z zachodu. Zaatakował nas koronawirus, który do Europy został przywleczony z Chin. Do nas przyszedł chyba z Włoch, bo na dobrą sprawę nikt nie wie, skąd dokładnie. Rząd zapewnia nas, że wszystko jest pod kontrolą. Służba zdrowia jest przygotowana, rząd myśli i czuwa. Bój się, wirusie! Jesteśmy silni, zwarci i gotowi. W roli Rydza-Śmigłego obsadzono ministra zdrowia Szumowskiego. Po kilka razy dziennie na konferencjach prasowych i briefingach, czasem w towarzystwie innych ministrów, z ekranów telewizorów zapewnia nieodmiennie, że jesteśmy „silni, zwarci i gotowi”.

W kontraście do optymizmu ministra różni lekarze prywatnie mówią, że nasza służba zdrowia na epidemię kompletnie przygotowana nie jest. W szpitalach i przychodniach już brakuje środków ochrony, masek, rękawiczek… za mało jest respiratorów, nawet testów na koronawirusa, izolatek, a przede wszystkim miejsc na oddziałach zakaźnych i lekarzy specjalistów: anestezjologów i specjalistów chorób zakaźnych. Jak jest naprawdę, nie wiadomo, to dopiero się okaże. Obawy wzmacniane są informacjami, że szpitale ograniczają przyjęcia. Zrobił to nawet największy w Małopolsce Szpital Uniwersytecki w Krakowie. Ograniczył przyjęcia, z powodu braku środków higieny. Chyba więc ludzie nie bardzo ministrowi wierzą. W panice wykupują medykamenty, środki czystości, żywność.

Niezależnie od realnego zagrożenia koronawirusem rośnie zagrożenie psychologiczne. Uzasadnione lub nie, jest zjawiskiem realnym, kto wie, czy nie groźniejszym w skutkach społecznych i gospodarczych (a nawet politycznych!) od samej epidemii. Co więcej, nad rozprzestrzenianiem się wirusa można jeszcze, lepiej czy gorzej, zapanować. Nad paniką znacznie trudniej. W Krakowie wykupiono papier toaletowy, jakby wirus nie atakował dróg oddechowych, ale miał wywoływać biegunki. Tu i ówdzie brakuje mydła, także niektórych produktów spożywczych. Ludzie przygotowują się do kwarantanny. Ktoś rozpuścił plotkę, że większość lekarstw, zwłaszcza produkowanych w Niemczech, jest robiona na komponentach sprowadzanych z Chin. Ludzie czują się już całkiem zagubieni: kupować leki w aptekach czy nie kupować? Bo a nuż jakiś chiński koronawirus utajony wewnątrz pastylki aspiryny Bayera zostanie połknięty…

Odwołano zajęcia w szkołach i na uczelniach, odwołano imprezy masowe: sportowe, naukowe, kulturalne. Zamknięto żłobki i przedszkola. To zrozumiałe. Ale dlaczego np. sądy odwołały rozprawy? Tak jakby gromadziły się tam tłumy. Zamykają także biblioteki. No, tam, jak wynika ze statystyk, tłumów nie bywa. Koronawirus miałby się czaić między kartkami książek? Nie ma jasnego stanowiska Kościoła. Jedni hierarchowie ogłaszają dyspensę od obecności na niedzielnych mszach, drudzy – przeciwnie, chcą zwiększyć liczbę mszy, by trochę zdekoncentrować wiernych, a jeszcze inni chcą organizować tłumne pielgrzymki na Jasną Górę, by ubłagały Najświętszą Panienkę, aby powstrzymała epidemię. No i pytanie, czy koronawirus jest gorszy od gender, czy jednak gender nadal straszniejszy. Spór z medycznego stał się teologiczny i aksjologiczny.

Epidemię chcą też wszyscy wykorzystać politycznie. Szczególnie rząd (pod hasłem: „silni, zwarci, gotowi”). Próbuje, choć nieśmiało opozycja, bardzo delikatnie punktując niedociągnięcia administracji rządowej.

W tym wszystkim ginie rzecz najważniejsza. Zdrowy rozsądek. Nie ginie jednak rażone wirusem poczucie humoru. Pojawiły się memy, że w związku z epidemią majowe wybory prezydenckie odbędą się bez udziału wyborców.

Epidemia się skończy. Jej skutki i skutki lęku przed nią pozostaną. Na ogół negatywne. Rozregulowane będzie życie społeczne i gospodarcze. Kto i z czego pokryje straty?

Ale spróbujmy się dopatrzyć możliwych skutków pozytywnych. Może poprawi się poziom higieny? Może Polacy będą częściej myć ręce (w zależności od opcji politycznej metodą demonstrowaną przez marszałka Grodzkiego lub przez wicemarszałka Karczewskiego). Może w szkolnych toaletach na stałe pojawi się mydło? Może odejdzie do lamusa staropolski zwyczaj całowania rąk (brudnych czasem, niestety!) przez (czasem zasmarkanych) dżentelmenów?

Nie traćmy nadziei. „Jakoś to będzie” – to najstarsza polska filozofia. No, „jakoś to będzie”. Ale jak, dopiero się okaże.

Wydanie: 12/2020

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy