Korporacje internetowe i władza nad światem

Korporacje internetowe i władza nad światem

Zyski korporacji internetowych są coraz większe. W żaden sposób pandemia tym firmom nie zaszkodziła. Wręcz przeciwnie, potrafiły na niej skorzystać. Ich właściciele siedzą na górach gotówki. Dysponują zasobami większymi niż budżety wielu państw. To wszystko rzeczy powszechnie znane. Można by więc zapytać: i co z tego? Jeśli historia uczy nas czegokolwiek, to tego, że ludzie dysponujący potęgą finansową czują pokusę, aby sięgać po władzę. Niekoniecznie w jej postaci formalnej, to może być władza zakulisowa, ale rzeczywista. Teza mojego felietonu jest następująca: właściciele największych korporacji internetowych już ją de facto mają. Czyż bowiem nie uzależniły od swojego działania miliardów ludzi na świecie? Czy nie doprowadziły do sytuacji, gdy ludzie ci radośnie i z oddaniem przyczyniają się do ich potęgi ekonomicznej, klikając i spędzając godziny przed ekranami komputerów? Z entuzjazmem oddając się dobrowolnemu niewolnictwu cyfrowemu?

Ten typ władzy nad naszymi umysłami i działaniami jest już zatem faktem. Ale z Doliny Krzemowej dochodzą głosy wskazujące, że jej rządcom to nie wystarcza. Marzy im się władza jeszcze wyrazistsza i bardziej tradycyjna. Nie ukrywają oni niezadowolenia z demokracji i polityków. Mnożą oskarżenia o ich brak kompetencji i umiejętności szybkiego działania. Pojawiają się tęsknoty do zastąpienia nieudolnych i opieszałych tymi, którzy pokazali, że potrafią zarządzać, skutecznie działać, realizować ambitne plany i nie bać się ryzyka. Może zatem to niezły pomysł, aby pozwolić królom Doliny Krzemowej przejąć władzę polityczną? Najpierw nad Stanami Zjednoczonymi, a potem nad światem.

Jasne, to scenariusz mało prawdopodobny i raczej nieziszczalny, ale kto wie. Z pewnością warto wiedzieć, jaki świat chcieliby nam zgotować. W co wierzą i czego chcą. Analizując ich różne wypowiedzi, można bez trudu zrekonstruować idee, które podzielają. Łącznie składają się one na coś, co określiłbym mianem utopii technokratyczno-libertarianistycznej. Jest to połączenie entuzjastycznej wiary w postęp technologiczny z ideą zaniku państwa i pozostawienia wszelkich relacji międzyludzkich logice działania rynku kapitalistycznego. Wszystkie problemy społeczne okazują się w tej perspektywie problemami technicznymi rozwiązywalnymi za pomocą stosownych technik o charakterze nadzorczym (już dziś sieć jest de facto wielką machiną inwigilacji i nadzoru pachnącą miękkim totalitaryzmem), przez panowanie nad informacją i ludzkim zachowaniem, użycie nauki (przede wszystkim informatyki i modelowania komputerowego) w celu wyznaczania optymalnych sposobów radzenia sobie z rzeczywistością przyrodniczą i społeczną, połączenia w jednym hybrydowym bycie elementów technologii informatycznej i ludzkiego ciała (chipy wszczepione do mózgu lub innych organów). Państwo jest zaś tworem niepotrzebnym i jedynie przeszkadzającym, ograniczającym ludzką wolność i z definicji opresyjnym. Zbierane przez nie podatki to niepotrzebne pozbawianie ludzi części ich zasłużonych dochodów (nic dziwnego, że korporacje internetowe to mistrzowie świata w ich unikaniu). Ich użycie w celu pomocy potrzebującym to niepotrzebne zdawanie się na instytucje, które mogą być zastąpione indywidualną filantropią.

W podejściu tym nie ma klas społecznych, barier awansu społecznego, zrozumienia dla słabszych i przegrywających nie ze swojej winy, dla gorzej wykształconych ani dla wspólnot ludzkich pielęgnujących wartości pozamaterialne i pozatechniczne. Jest jedynie zbiór jednostek wchodzących w relacje rynkowe, dbających o możliwość wyrażania indywidualnych potrzeb, nieograniczonych w dążeniu do szczęścia, rozumianego przede wszystkim jako możliwość zarabiania pieniędzy i ich wydawania w najbardziej nawet dziwaczny sposób. Utopia, o której mówię, to zatem mieszanka kultu techniki, hiperindywidualizmu, niewrażliwości na złożoność świata, bezwzględności, pychy i arogancji, podlana obroną praw do różnienia się, tolerancją dla odmienności i gotowością do łaskawego współczucia, jeśli komuś może ono poprawić nastrój (tak jak pewnie poprawia nastrój Billowi Gatesowi, który najpierw zasłynął bezwzględnością, a teraz pozuje na zbawcę ludzkości).

Postępowi w sferze praw mniejszości i uznania dla odmienności są oni zarazem niezwykle wsteczni w uwielbieniu dla rynku kapitalistycznego i pogardzie dla państwa. Zakochani w technice i zarazem nieczuli na jej nieprzewidziane i często fatalne skutki uboczne. Dążący do prywatyzacji dóbr wspólnych (to oni wszak dokonali tzw. drugiego grodzenia, wtedy gdy pierwotne dobro wspólne w postaci sieci i internetu sprywatyzowali i skomercjalizowali, tak jak onegdaj angielscy właściciele ziemscy ogrodzili i sprywatyzowali pastwiska, kiedyś własność gminną, zmuszając wielu mieszańców wsi do emigracji) i bezwzględnego zamieniania tego, co jeszcze nieutowarowione, w towar (np. naturalnej ludzkiej chęci do rozmawiania w pasożytujące na niej tzw. media społecznościowe), znakomicie wpisują się w nurt turbokapitalizmu zapoczątkowany rządami Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. W ich rękach marzenie pierwszych fanów internetu i jego faktycznych założycieli, wywodzących się z ruchu kontrkultury z lat 60. XX w., że oto stworzą narzędzie pozwalające na nieograniczoną komunikację w imię rozwoju człowieka, braterstwa, urzeczywistnienia demokracji i możliwości swobodnego kształtowania swojego losu, zamieniło się w jeszcze jedną maszynkę do zarabiania pieniędzy.

Wydanie: 52/2020

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy