O przyjaźni

O przyjaźni

Czy znajomość zaledwie półtoraroczną, utrzymywaną wyłącznie przez telefon i mejle, można nazwać przyjaźnią? Czy kogoś, kto nie jest rodziną, kogoś starszego o pokolenie, można uznać za rodzinę i rówieśnika? Czy można mieć przyjaciółkę, której nigdy nie widziało się na oczy? Wszystko to możliwe – przykładem Ewa.

Poznaliśmy się przez anons w izraelskiej gazecie – ubiegłej jesieni. Ale przed wielu laty urodziliśmy się w tej samej krakowskiej kamienicy, przy ulicy Dietla 99. Ewa była jej współwłaścicielką i mieszkała tam przed wojną. Ja w PRL mogłem być tam tylko lokatorem. Skoro jednak pochodziliśmy „z Dietla”, natychmiast uznaliśmy, żeśmy się odnaleźli. I od razu mówiliśmy sobie „ty”.

Ten kontakt spadł mi jak z nieba. Kończyłem właśnie pisanie książki „Pamięć gromadzi prochy”, gdzie pomieściłem rozdział o dziejach tej kamienicy. Gdyby nie Ewa i jej syn Ami, rozdział wyglądałby inaczej. Ewa mieszkała w Zurychu, lecz gadaliśmy przez telefon całymi godzinami. I wymienialiśmy mejle, czasem co parę dni. Ewa wróciła do polszczyzny, języka jej dzieciństwa. Opowiadała nie tylko o kamienicy, lecz o całym swoim życiu.

Kamienicę opuściła jako 11-latka – we wrześniu 1939 r. Pożegnała się z ojcem, który, zmobilizowany do Wojska Polskiego, pomaszerował na Wschód (umrze potem z wycieńczenia, po dotarciu do armii Andersa). Z matką rozpoczęła tułaczkę, która zakończyła się w warszawskim getcie. Przeszmuglowane na aryjską stronę, uczestniczyły obie w powstaniu warszawskim. Ciekawe jednak: rodzina Ewy ucierpiała w sumie bardziej od ZSRR niż od III Rzeszy – piszę o tym w mojej książce. Czy ucierpiała też od Polaków? Gdy w roku 1945 matka z córką wróciły „na Dietla”, nowi lokatorzy kazali im się wynosić. A gdy w grupie ocalałych Żydów udały się do krakowskiej synagogi, otoczył ich tłum, szemrzący: „Ilu to ich jeszcze zostało?!”.

Ewa mówiła o tym bez złości. Chyba nie umiała nienawidzić. Miała w domu w Zurychu nagranie hejnału mariackiego. I nadesłała mi film „Krakowska jesień”, w którym polsko-izraelski pisarz i reżyser Natan Gross wspomina nostalgicznie nasze miasto. Snuliśmy więc z Ewą marzenia: ona i Ami przyjadą do Krakowa, siądziemy na kawie w Rynku, popatrzymy na Sukiennice, posłuchamy hejnału… Wiedziałem, że to się nie spełni, i Ewa też chyba wiedziała, ale zawsze wpadała w entuzjazm i obiecywała przyjechać do Krakowa.

Była spokrewniona z krakowską rodziną Aleksandrowiczów, przed wojną właścicieli sklepu papierniczego w domu Pod Globusem u wylotu ulicy Długiej. Róża Aleksandrowicz, muza krakowskich malarzy, portretowana przez Jacka Malczewskiego, Teodora Axentowicza czy Vlastimila Hofmana, była jej ciotką. Ja sam w dzieciństwie często bywałem w sklepie, o którym jeszcze wtedy mówiło się „u Aleksandrowicza”. Również więc na tym terenie splatały się nasze krakowskie tropy – polskie i żydowskie.

W czasie pandemii, gdy kontakty międzyludzkie tak bardzo się rozrzedziły, my przyjęliśmy się nawzajem do swych rodzin. To, że „należę do rodziny”, powtarzała mi Ewa kilkakrotnie, i nawet zazwyczaj nie dodawała, że należę „w sensie duchowym”. Ona też zawsze wypytywała o moją rodzinę, interesując się zwłaszcza mą trzyletnią wnuczką Elizą – sama miała tylko synów. Nie zdziwiłem się, gdy mi powiedziała: „Myślałam o tobie nawet wtedy, gdy cię nie znałam”, bo przecież ja też myślałem o niej, nieznajomej, gdy przez tyle lat usiłowałem znaleźć ślad ludzi, którzy „na Dietla” żyli przede mną.

W październiku „Neue Zürcher Zeitung” zrobił z Ewą wywiad – była ostatnim w Szwajcarii świadkiem Holokaustu. Ale nie tylko Zurych, lecz i Kraków usłyszał o niej w minionych miesiącach. Wspomniany rozdział w mojej książce został jej i Amiemu dedykowany, o nich obojgu pisałem w miesięczniku „Kraków”, skontaktowałem też Ewę z autorem albumu o Róży Aleksandrowicz, prof. Aleksandrem Skotnickim, on zaś natychmiast odszukał i przesłał do Zurychu przedwojenny numer telefonu jej „dietlowskiego” mieszkania. Tymi nawiązanymi po latach krakowskimi kontaktami Ewa ogromnie się cieszyła. Natomiast – doświadczona wojną – przeżywała wojnę obecną, w Ukrainie. „Pamiętasz tę starą pieśń »Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki…« – pisała w ostatnim mejlu, wieczorem 28 lutego. – Ja teraz sobie powtarzam »Boże, coś światu…«. Andrzeju, życzę ci zdrowia i siły, a naszemu całemu światu łaski Boskiej – jak najprędzej. Śpij zdrowo, Ewa”.

Ewa Heller-Toren zmarła w Zurychu 24 kwietnia. Miała 94 lata. Z jej śmiercią urwała się jedna z ostatnich nici łączących mnie z dzieciństwem.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 20/2022

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy