Tag "Kraków"

Powrót na stronę główną
Historia

Ojciec czerwonych beretów

Życiorys gen. Edwina Rozłubirskiego wymyka się czarno-białym schematom

Czerwonych beretów nie trzeba przedstawiać nikomu. Formacja powstała w 1957 r. jako 6. Pomorska Dywizja Powietrznodesantowa z siedzibą w Krakowie i stała się jedną z najbardziej znanych jednostek Wojska Polskiego. Dołączenie do niej zawsze było chlubą, powodem do dumy, ale i zobowiązaniem. Wielką popularność zyskała m.in. dzięki filmowi „Czerwone berety” z 1962 r. w reżyserii Pawła Komorowskiego. Jedną z kluczowych postaci wojsk powietrznodesantowych, ukształtowaną przez wielu dowódców, a obecnie wygumkowywaną z kart historii, był gen. Edwin Rozłubirski. Postać barwna, ale dla wielu zbyt „niepoprawna”. Zwłaszcza dla tych, którzy go nigdy nie poznali.

Młodość generała w żaden sposób nie wskazywała na jego przyszłą drogę polityczną. Urodził się 4 maja 1926 r. w Białymstoku w polsko-żydowskiej rodzinie bez większych sympatii politycznych (o których byśmy wiedzieli). W 1939 r. wstąpił do Korpusu Kadetów nr 1 im. Józefa Piłsudskiego we Lwowie. W tym samym roku wybuchła wojna. Po latach generał krytycznie oceniał rzeczywistość polityczną sanacyjnej Polski. Państwo w jego oczach było wsteczne i nierozwijające się, opresyjne w stosunku do mniejszości narodowych i prowadzące absurdalną politykę zagraniczną: Polska najpierw konfliktowała się ze wszystkimi sąsiadami, by później szukać sojuszników daleko. Jakkolwiek oceniałby jednak swoje państwo, musiał szybko dorosnąć i walczyć. Nie tylko o życie swoje, ale i za naród.

Wojna zastała młodego kadeta we Lwowie, w którego obronie brał udział. Miasto zajęła Armia Czerwona. Okres wojny był w życiu przyszłego generała czasem trudnych wyborów. Miał tylko 15 lat i w tych ciężkich warunkach musiał sobie radzić zupełnie sam. Jak wspominał, szukał wtedy wyłącznie zemsty na okupancie. Ideologia kryjąca się za tą walką nie miała dla niego znaczenia. W końcu trafił do Gwardii Ludowej, gdzie dostał się na kurs podoficerski (lub coś, co go w tamtych warunkach przypominało), i walczył na Kielecczyźnie – obszarze ze szczególnie rozbudowanymi w skali kraju strukturami GL, a później i AL. To wtedy, jak wspominał, stał się jednoznacznie lewicowy, choć nie był w stanie jeszcze tego tak nazwać. Ogromna bieda tamtejszej prowincji sprawiła, że walka o wolną Polskę stała się dla niego także walką o postęp społeczny. Przedwojenna sanacyjna Polska nie była zdolna go zapewnić.

Wziął także udział w walkach w powstaniu warszawskim,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Kac po krakowsku

Demokracja bezpośrednia ma w sobie zawsze odcień szaleństwa. Demokracja bezpośrednia, odwołująca samorządowca z początkiem kadencji, jest szaleństwem sama w sobie. Łamiąc kontrakt zawarty na rządy pięcioletnie, nie stanowi żadnego „triumfu demokracji” – jest tejże demokracji karykaturą, faktycznym zaprzeczeniem. Większość Krakowian – ta, co na referendum nie poszła – ma prawo czuć się oszukana.

Aleksander Miszalski nie był moim bohaterem. Pracował na pół gwizdka, sporo energii wkładał w prezentację nowoczesnego stylu rządów, jego taniec na dachu magistratu bądź sprzątanie lokalu mopem budziły politowanie. A przecież nie ciążyły na nim żadne skandale, żadne malwersacje, żadne niejasności. Mimo to został odwołany – jako pierwszy prezydent w historii Krakowa.

Szaleństwo, lecz i niesprawiedliwość. Bo niby dlaczego referendum ma być batem tylko na samorządowców? A Sejm, Senat, rząd,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Olek Miszalski padł

Gra o tron Krakowa rozegra się w trójkącie KO-PiS-Gibała

W referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego, prezydenta Krakowa, głosowało 171 tys. obywateli i to wystarczyło do jego odwołania w mieście liczącym 810 tys. mieszkańców. W 2024 r. Aleksander Miszalski zwyciężył przy niskiej frekwencji, uzyskując 133 tys. głosów i pokonując kontrkandydata, Łukasz Gibałę, 5434 głosami. Gibała, wieczny kandydat na prezydenta Krakowa, siostrzeniec Jarosława Gowina, przegrał wybory po raz trzeci, zadając kłam powiedzeniu, że do trzech razy sztuka. To jemu przypisuje się sprawczość i główne finansowanie komitetu organizacyjnego referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. I on chciałby być głównym beneficjentem referendalnego sukcesu.

Rada miasta ocalała, choć niewiele brakowało, by podzieliła los prezydenta. W wyborach do rady miasta Koalicja Obywatelska, mająca na pokładzie kandydatów Lewicy, zdobyła 118 641 głosów. Na pozostałe komitety, z których część nie uzyskała mandatów, głosowały 177 133 osoby. Taki wynik dał Koalicji bezpieczną większość w radzie miasta.

Pierwszy rzut oka mógłby sugerować, że przeciwnicy prezydenta po prostu zmobilizowali swoich wyborców. Oznacza to również, że nawet gdyby prezydent przekonał do udziału w referendum wszystkich swoich zwolenników, efekt byłby taki sam. Porażka po części wynikała ze słabego mandatu wyborczego prezydenta i słabnącej pozycji PO/KO w Krakowie. Warto przypomnieć, że po upokarzających klęskach w kolejnych wyborach na prezydenta miasta PO w 2018 r. przyłączyła się do Jacka Majchrowskiego, tworząc wspólny z jego kandydatami komitet wyborczy.

W wyborach w 2024 r., po długo odkładanym zakończeniu rządów Jacka Majchrowskiego, KO nie przeprowadzała procesu prawyborów kandydata. Aleksander Miszalski, pełniący funkcję przewodniczącego partii w Małopolsce (od 2017 r.), sam się ogłosił kandydatem. Co prawda, musiał czekać prawie trzy miesiące na zatwierdzenie swojej kandydatury przez Donalda Tuska, ale nominację uzyskał i wybory, choć w niezbyt imponującym stylu, wygrał.

Jak się okazało, rządził w sumie tak, jak zgłosił się do wyborów. Samodzielnie.

Rządy rozpoczął od konfliktu ze swoim koalicjantem, Lewicą. Wbrew postanowieniom umowy koalicyjnej powołał wiceprezydentów bez konsultacji z koalicjantem, a jednego, a właściwie jedną – wbrew niemu. O tym, skąd w Krakowie na funkcji zastępczyni prezydenta znalazła się urzędniczka z Sopotu, współpracowniczka Jacka Karnowskiego, huczało od wiosny do wiosny, a nawet do jesieni. W efekcie radni Lewicy formalnie wyszli z klubu radnych i koalicji rządzącej. Faktycznie współpraca trwała, choć była raz bardziej, raz mniej szorstka.

Zrozumiałe więc, że w poniedziałek, tuż po ogłoszeniu wyników referendum, Włodzimierz Czarzasty ogłosił, że Aleksander Miszalski nie był w koalicji z Lewicą. Marszałek Sejmu i szef Lewicy zostawił odwołanego prezydenta samego ze swoją porażką. Można, a nawet trzeba się zastanawiać, co oprócz bardzo

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Z Częstochowy do Kossakówki w Krakowie

13 kwietnia br. w Częstochowie miało miejsce niezwykłe wydarzenie – przekazanie przez Mieczysława Wyględowskiego na rzecz przyszłego Muzeum Rodziny Kossaków w Krakowie wiedeńskiego zegara z połowy XIX w.

Lekarz, chirurg, senator RP, autor 23 książek i kolekcjoner śladów istnienia zakupił ten obiekt od Glorii Kossak, córki Jerzego Kossaka, w połowie lat 80. XX w. „Niezwykłą ciekawostką z tamtych lat w Polsce był handel adresami – wspomina Wyględowski. – Rozwinęła się sieć pośredników, którzy nie handlowali starociami ani ich nie posiadali. Za odpowiednią opłatą służyli adresami, pod którymi można było nabyć atrakcyjny kolekcjonerski »towar«. Za taki adres zapłaciłem i… nabyłem piękny kominkowy zegar”.

Neogotycki dom Kossaków zaprojektowany został w 1851 r. i przejęty przez Juliusza Kossaka w 1869 r. W Willi Wygoda,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Plus ratio quam zwis?

Muszę zacząć od wyjaśnienia. Plus ratio quam vis (rozum przed siłą) jest oficjalną dewizą Uniwersytetu Jagiellońskiego od czasu jego jubileuszu w roku 1964. Ta krótka sentencja zawiera wielką mądrość, że rozum znaczy więcej niż siła. Znaczy więcej, czyli więcej możemy osiągnąć myślą niż przemocą. W dewizie tej zawarta została też wskazówka co do hierarchii wartości. Myślenie i posługiwanie się rozumem nie tylko jest skuteczniejszym narzędziem działania niż stosowanie przemocy, ale również znajduje się wyżej w hierarchii wartości. A więc myślenie nie tylko ma wyższą wartość pragmatyczną niż siła i przemoc, lecz także góruje w sensie metafizycznym. Chodzi o wyższość moralną. Można to rozwijać dalej. Przemocą nie da się zniszczyć rozumu, rozum na koniec zwycięży itd.

Bardzo to mądre i piękne. Co więcej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Warszawa w Budapeszcie

Dwa dobre dni w Krakowie, jeden zimny, drugi bardziej łaskawy. Mieszkamy w Szarej Kamienicy przy Rynku, tuż obok Kościoła Mariackiego. Właścicielką kamienicy, gdzie znajduje się elegancka restauracja i ma siedzibę wiele firm, jest Krystyna A. Mieszka w Sztokholmie, ale część czasu spędza w Krakowie, doglądając swojej nieruchomości. Mówi, że to ogromnie stresujące zajęcie, ale myślę, że jeśli to dramat, to jednak luksusowy. Krystyna ma pokoje gościnne, więc nas ugościła. Nigdy nie myślałem, że będę mieszkał na krakowskim Rynku. Wernisaż w pięknym Pałacu Sztuki na Placu Szczepańskim. Trójka artystów, w tym Danusia Jaworska, też ze Sztokholmu, ma domek w pobliskiej Lanckoronie. Tytuł wystawy zaczerpnięty z mojego wiersza „Co po mnie zostanie”. Krótki wiersz, jak krótkie jest życie.

Wojtek Ornat stworzył niezwykłe wydawnictwo, specjalizuje się w tematyce żydowskiej, ale wydaje wiele innych książek, też czysto literackich. Opublikowałem u niego tomik poetycki „Epoka wymierania”. Austeria ma w dorobku ponad 300 tytułów oraz księgarnię na Sycylii, w Syrakuzach, a od niedawna w muzeum Polin. Wydawnictwo ma siedzibę w dawnej synagodze przy Szerokiej, ładny placyk na starym Kazimierzu. W liczącym klika wieków zabytkowym budynku, który jest własnością Ornata, mieszczą się oprócz wydawnictwa księgarnia i piękna restauracja. Naszedłem wydawcę bez uprzedzenia, czego teraz broń boże się nie robi. Nie miałem wyjścia. Ma przecież wydać eseje mojego ojca. Wojtek to cudowny człowiek, ale nie odbiera telefonów. Za to, jak widać, przyjmuje niezapowiedziane wizyty. Bardzo serdeczne spotkanie i obiad. Niewesołe jednak rozmowy o świecie, który zwariował. Księgarnia Wojtka w Syrakuzach ma kłopoty. Włosi są tradycyjnie lewicowi, a lewica na całym świecie potępia Izrael, co już przybiera formy antysemickie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

5 branż, które w Krakowie zatrudniają najwięcej pracowników

Artykuł sponsorowany Kraków od lat należy do najsilniejszych rynków pracy w Polsce. Miasto przyciąga inwestorów z całego świata, rozwija sektor nowych technologii i nowoczesnych usług biznesowych, a także pozostaje jednym z najważniejszych ośrodków turystycznych w kraju. Sprawdź, które

Kultura

Krab i diapazon emocji

To był syndrom Janka Nowickiego. Jak miał kobietę, musiał lecieć po następną. Albo po coś innego. Kierowała nim żądza zdobywania

1980 r. jest dla Jana niezwykle pracowity. Czeka go wiele artystycznych spotkań. Gra u Márty Mészáros w „Sukcesji” obok Isabelle Huppert i Lili Monori; w filmie „W biały dzień” Edwarda Żebrowskiego wciela się w postać adwokata; występuje w odcinku serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni” Andrzeja Wajdy i Edwarda Kłosińskiego; występuje w epizodzie w enerdowskim serialu o II wojnie światowej „Archiv des Todes”; a także w pierwszoplanowej roli w filmie „Krab i Joanna” w reżyserii Zbigniewa Kuźmińskiego, opowiadającym o trudach życia rybaków dalekomorskich. Partnerką Nowickiego jest tam śliczna 24-letnia Liliana Głąbczyńska-Komorowska. Zaledwie dwa lata wcześniej ukończyła z wyróżnieniem PWST w Warszawie i szybko została dostrzeżona na aktorskim rynku. Dostała angaż do prestiżowego Teatru Dramatycznego w Warszawie, zagrała w kilku filmach. Najważniejsza okazała się rola Abigail w spektaklu Teatru TV „Czarownice z Salem” w reżyserii Hübnera – jej kreację uznano za najlepszy debiut aktorski roku.

To zaraz po tym spektaklu Liliana dostała telefon z produkcji „Kraba…”. Zamarła z wrażenia, kiedy usłyszała, że ma grać partnerkę Nowickiego. On jako okrętowy inżynier wypływa w daleki rejs i tęskni za swoją dziewczyną, która cierpliwie czeka na niego na lądzie. Wspólnych scen mają niewiele, ale Liliana i tak czuje, że spoczywa na niej duża odpowiedzialność.

Nowicki urzekł ją od pierwszej chwili. Wpatrywała się w niego jak w obraz, speszona, onieśmielona.

– Bo on miał w sobie tyle czaru, że kompletnie mnie zauroczył. Był czarodziejem – wspomina aktorka po latach. – Czułam się przy nim, jakbym nie wiedziała nic. Był przecież nie tylko gwiazdą, lecz i profesorem w szkole teatralnej, dziekanem. A ja, cóż, początkująca aktorka… Ujął mnie swoją otwartością. W przeciwieństwie do innych wielkich aktorów nie stwarzał barier oficjalności, ale zniżał się do poziomu drugiej osoby.

Od razu między nimi zaiskrzyło. Liliana jest świadoma swoich atutów – kobiecość i zmysłowość to wielki magnes. Mężczyźni wręcz się do niej kleją.

– Ale Janek był mężczyzną szczególnym – podkreśla. – Wyglądał jak młody bóg. Przechodziły mnie ciarki, jak na niego patrzyłam. Wiek nie miał znaczenia, był mężczyzną w kwiecie wieku, który miał świat u swoich stóp. Pięknym, charyzmatycznym, do szpiku kości pociągającym gościem, który jak coś chciał, to miał. Natychmiast. I nie można się było z tego wywinąć, bo on cię brał w swoje szpony.

Przed zdjęciami mają w Warszawie próbę czytaną. Reżyser chce, żeby się poznali. Liliana dotąd raz tylko miała okazję oglądać Nowickiego na scenie. W 1977 czy 1978 r. Maciej Karpiński zabrał ją na przedstawienie „Nastasji Filipownej”, a ona patrzyła jak oczarowana, gdyż obaj z Radziwiłowiczem dokonywali cudów. Przeżyła szok, ponieważ takiego teatru w Polsce jeszcze nie było. Na widowni panowała tak głęboka cisza, że można było usłyszeć przelatującą muchę. Widzowie byli skupieni na tym, co się dzieje na scenie, czuli się, jakby oglądali jakieś misterium. Gra Janka wprawiła ją w zachwyt.

– Jak spotkałam tego pomnikowego Rogożyna i uświadomiłam sobie, że on jest ze mną, aż się szczypałam, żeby sprawdzić, czy to prawda, czy może mi się tylko śni. Myślałam w uniesieniu: „Boże, jestem z najlepszym aktorem, który pracował z Wajdą, Skolimowskim,

Fragmenty książki Aleksandry Szarłat Jan Nowicki. Trochę Anioł, trochę bies, Agora, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zabiegani, pędzą… Przejażdżka po Małopolsce na koniec 2025 roku

Starzy się krzywią, że czego tu oczekiwać, młodzi, że drogo, a pieniędzy nie ma. Jeżdżę po Małopolsce i pytam ludzi o rok, który mija, i o ten, co idzie. Wybrałam kierunek na zachód od Krakowa, bo na zachód jednak zawsze lepiej, prawda?

Mijam kolejne miejsca. Kryspinów, gdzie latem część Krakowa plażuje w rytm basów z głośników. Liszki. Czernichów. Wszystko szare i powysychane. Dalej widać góry, bliżej czuć niewymienione piece. Mijam Zator, gdzie Małopolska od średniowiecza zaopatruje się w karpie, a cały świat od ponad dekady przyjeżdża po rozrywkę na rollercoasterze. Przy domach coraz częściej powiewają polskie flagi. A przed domami stoją ogrodowe krzesła. Nie ławki, to nie Podlasie, to Małopolska. Wisła i Cracovia rządzą na murach. A poza tym Polska Walcząca, nieczytelne tagi i że ktoś jest cwelem albo dziwką.

Mijam kolejne miejsca, w tym to o nazwie Miejsce, bo tak się nazywa jedna z małopolskich wsi. Mijam Spytkowice, Smolice, Babice i wzgórze z zamkiem Lipowiec w Wygiełzowie. Jeżdżę i rozmawiam.

Przed marketem panie palą papierosy na tle bilbordu z promocją na kiełbasę.

– Zabiegani są wszyscy – mówi pierwsza i zaciąga się dymem.

– Zabiegani, pędzą, nie uśmiechają się, jest dramat z ludźmi – mówi druga i też bierze macha. – To jest trend czegoś, nie wiem czego, ale jakiś taki trend jest…

– …że ciągle za czymś gonią.

– Może za bogactwem? Nie wiem. Ciężko jest po prostu. Ciężko ze służbą zdrowia, ciężko z chorobami, ciężko ze wszystkim.

– Mnie się wydaje, że ten 2025 był taki ciężkawy.

– W pracy.

– Tak, w pracy, ale dla Polski też.

Smutne drzewa o zwisających gałęziach, na dachach smutne, zardzewiałe anteny Polsatu i C+.

„Żebyśmy nie zanurzyli się w tę nicość za życia”, mówi kobieta w radiu, bo rozmawia o śmierci, więc przełączam na muzykę – Nene Heroine, jazz, album „4”, ponoć płyta roku, też smutno, ale inaczej.

Świat nie wie, na czym stoi

Od jakiegoś czasu, gdy o coś ludzi spytać, to wszyscy wspominający o Polsce są anonimowi. Dlatego nie ma imion (poza jednym wyjątkiem). I wszyscy o tej Polsce albo o polityce mówią. Jakiekolwiek zadać pytanie, tak odpowiadają, nawet jeśli tylko po to, by powiedzieć: nie wiem, bo się polityką nie interesuję, nie oglądam telewizji. Tak jakby każde pytanie wydawało nam się pytaniem o Polskę i politykę. Gdy więc pytam, jaki był dla pana/pani rok 2025…

– Mało telewizji oglądam, nie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Pomiędzy zrywem a przegraną

Nie ma w Krakowie drugiej spółdzielni pracy prowadzącej dom kultury

Spółdzielnia Ogniwo to krakowska społeczna instytucja kultury oraz przedsiębiorstwo społeczne, które od 2015 r. organizuje wydarzenia kulturalne (spotkania autorskie, konferencje, stand-upy, występy drag queens, pokazy filmowe, koncerty i imprezy taneczne). W siedzibie Ogniwa przy ulicy Smolki w krakowskim Podgórzu znajduje się księgarnia i kawiarnia.

Weronika ŚmigielskaBarbara Grobler – członkinie krakowskiej Spółdzielni Ogniwo

Dlaczego Ogniwo?

Weronika Śmigielska (wiceprezeska Ogniwa): – Na jednym ze spotkań przed założeniem spółdzielni zastanawialiśmy się nad symbolem, który nawiązywałby z jednej strony do idei łączenia ludzi, a z drugiej do historii ruchu spółdzielczego. Myśleliśmy o motywie kojarzącym się ze stylistyką industrialną i jedna ze spółdzielczyń, Kasia Maleszka, zaproponowała ogniwo.

Skąd w ogóle pomysł, by stworzyć takie miejsce?

WŚ: – Byliśmy bandą zaangażowanych aktywistów i aktywistek, pochodzących z różnych środowisk i zainteresowanych różnymi problemami. Wśród nas były osoby z „Krytyki Politycznej”, Inicjatywy „Prawo do miasta” i Krakowskiego Chóru Rewolucyjnego, byli anarchiści i feministki. Łączyła nas potrzeba posiadania miejsca, w którym moglibyśmy robić swoje rzeczy, ale też po prostu się spotkać i wypić piwo.

A dlaczego spółdzielnia?

WŚ: – Chcieliśmy sprawdzić, co się stało z ideą spółdzielczości po transformacji.

Barbara Grobler (prezeska Ogniwa): – Podoba nam się, że spółdzielnia jest formą prowadzenia przedsiębiorstwa opartą na demokracji, w której każda zatrudniona osoba ma tak samo ważny głos.

Od zebrania założycielskiego do pierwszego zorganizowanego przez was wydarzenia minęło półtora roku.

WŚ: – Zebranie założycielskie miało miejsce w listopadzie 2013 r. W styczniu 2014 r. zostaliśmy oficjalnie zarejestrowani. Potem długo szukaliśmy miejsca i w końcu zdecydowaliśmy się na lokal na ulicy Paulińskiej, na krakowskim Kazimierzu. Remont trwał jakieś dziewięć miesięcy. Tam 4 maja 2015 r. zorganizowaliśmy pierwsze wydarzenie – rozmowę o książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” Jana Sowy. Legenda mówi, że przyszło pół Krakowa, ale myślę, że było ze 200 osób.

Przez 10 lat zorganizowaliście i gościliście tysiące wydarzeń. Które najbardziej zapadły wam w pamięć?

BG: – Myślę, że dla każdej osoby inne wydarzenie mogło być ważne i mogło się stać startem do działalności społecznej. Dla mnie były to spotkania organizacyjne przed Czarnym Protestem kobiet w 2016 r. Dyskutowałyśmy na nich o tym, w jaki w ogóle sposób mówić o proteście i jakie hasła skandować, by zmobilizować jak najwięcej ludzi.

WŚ: – Trudno mi wskazać jedno takie wydarzenie, ale cieszę się, że to takie trudne. Pamiętam spotkanie z Wojciechem Orlińskim o „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna, spotkanie z Martínem Caparrósem, które było jednym z największych wydarzeń w naszej historii, czy spotkanie wokół książki „To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat” Naomi Klein. One pokazują, że rozmawiamy zarówno o przeszłości, jak i o teraźniejszości i przyszłości. Myśląc o tym, zdaję sobie sprawę, że z czasem stworzyliśmy zamysł programowy. Zresztą w Ogniwie nie tylko organizujemy wydarzenia kulturalne, ale też prowadzimy działalność społeczną. Nie rozdzielamy tych sfer, bo one się u nas przenikają. Ze świeższych wspomnień to bardzo dobrze bawiłam się na Dniach Aktywizmu, które pozwalają zaprezentować się i nawzajem poznać różnym młodym grupom działającym w Krakowie.

Po pięciu latach działalności na Kazimierzu przenieśliście się na ulicę Smolki w Podgórzu. Gdzie jest lepiej?

WŚ: – Przestrzeń na Paulińskiej była większa, więc mogliśmy organizować kilka wydarzeń równocześnie, dzięki czemu różni ludzie wpadali na siebie, spotykali się i poznawali. W obecnej przestrzeni też się to dzieje, ale w mniejszym stopniu, bo przez to, że jest mniejsza, zmusza nas do selekcji wydarzeń. Cieszę się jednak, że jesteśmy w Starym Podgórzu, bo to świetna dzielnica.

Co można dziś robić w Ogniwie?

BG: – Można przyjść do naszej księgarni, kawiarni, a także na jedno z wielu cyklicznych wydarzeń, które organizujemy. W Ogniwie działa Klub Czytelniczy, w ramach którego spotykamy się w każdy ostatni wtorek miesiąca i omawiamy przeczytane teksty. Ostatnio była to książka „Wyklęty lud ziemi” Frantza Fanona. Rozwijamy Podgórskie Centrum Poezji, czyli spotkania z poetami i czytania poezji. Naszym kierownikiem ds. poezji jest poeta i spółdzielca Miłosz Biedrzycki. Prowadzimy też cykl Nowości w Ogniwie, w ramach którego spotykamy się z twórcami i twórczyniami nowo wydanej literatury non-fiction.

WŚ: – W ramach tego cyklu gościliśmy wielu świetnych autorów. W ostatnim czasie byli: Marek Józefiak z książką „Polska Rzeczpospolita Leśna, czyli jak Lasy Państwowe stały się państwem w państwie”, Sylwia Czubkowska z książką „Bóg techy. Jak wielkie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.