Tag "sztuka"
Przełomy i samotna aktorka
46. Warszawskie Spotkania Teatralne miały kłuć, proponując teatr, który nie pozostawia widza obojętnym
Na afiszu znalazło się 16 spektakli, w tym kilka zagranicznych i dwa studenckie. Wszystkim towarzyszyło hasło „Przełomy” sugerujące, że mamy do czynienia z teatrem, który inspiruje zmiany w otaczającym nas świecie.
Program WST zawsze budowany był z tego, co proponują teatry, więc siłą rzeczy był lustrzanym odbiciem tego, co widać na scenach. Czerwcowa 46. edycja ukazała teatr silnie zakotwiczony we współczesności, który jednak źródeł bieżących konfliktów i niepokojów poszukuje w przeszłości, często nierozliczonej, nieprzepracowanej i niezrozumianej. Prawie wszystkie spektakle odnosiły się do wydarzeń sprzed lat, tylko jeden, „Pokój”, wybiegał horyzontem czasowym w przyszłość. Wszystkie zarazem, niezależnie od tego, czy ich kanwą były dawne wydarzenia, czy toczyły się w czasie niedookreślonym albo przyszłym, czy to w Argentynie, czy w Niemczech, czy w Polsce, silnie rezonowały ze światem zza okien. Spotkania potwierdziły, że teatr czuje puls współczesności i potrafi nadać temu odczuciu oryginalny rys formalny. Jak tego dokonuje?
Po pierwsze, stawia pytanie, kim był i kim jest artysta
Jak w „Piramidzie zwierząt” Michała Borczucha (Narodowy Stary Teatr), nawiązującej tytułem do słynnej pracy dyplomowej Katarzyny Kozyry, instalacji z wypchanych ciał zwierząt: konia, psa, kota i koguta. Artystkę zainspirowała baśń braci Grimm „Muzykanci z Bremy”, a jej przesłaniem był zakodowany w pracy protest przeciw zabijaniu i towarzyszącej zabijaniu hipokryzji. Zrozumiano ją opacznie. Gwałtowne protesty, które towarzyszyły udostępnieniu tej pracy wraz z zapisem wideo zabijania konia przeznaczonego do wypchania, stały się klinicznym dowodem zakłamania w podejściu do zabijania zwierząt.
O tym opowiada spektakl, szerzej ukazujący artystów wyrosłych głównie w kręgu pracowni rzeźby prof. Grzegorza Kowalskiego w warszawskiej ASP. Borczuch wyraźnie sięga do „Factory 2” Krystiana Lupy, opowieści o nowojorskiej bohemie, wystawianej w tym samym Narodowym Starym Teatrze (2008).
Pojawia się w „Piramidzie zwierząt” m.in. Zbigniew Libera, guru sztuki krytycznej, którego zdanie „artysta nie może być odpowiedzialny” mogłoby stanowić podtytuł tego przedstawienia o roli sztuki w świecie współczesnym (czasem ukazywanej też w krzywym zwierciadle, z przekąsem). Przy czym wbrew pozorom spory o granice wolności artystycznej wcale nie ustały, a strofowanie niegrzecznych artystów weszło w krew nie tylko krytykom, ale i politykom.
Spektakl należy do najlepszych realizacji Borczucha, najbardziej domyślanych w warstwie wizualnej (wymowna transmisja z podróży pociągiem z Krakowa do Trójmiasta wsysa widza w rytm tej opowieści), precyzyjnie skonstruowanych. Czasem irytujący powolny bieg akcji ma swoje istotne walory – pozwala na dystans i refleksję. Aktorskie dopracowanie rysunku postaci i sytuacji oraz wyraźne oddanie rolom (szczególnie zwraca uwagę otwierający spektakl przeszło półgodzinny monolog Małgorzaty Zawadzkiej w roli Katarzyny Kozyry) dodaje całości smaku. Przy czym wcale nie trzeba głęboko orientować się w hierarchiach i zjawiskach sztuki współczesnej, aby odczuć sugestywnie odtworzony klimat lat 90. i niebudzącą wątpliwości deklarację teatru i reżysera, że szuka pozbawiona wolności karleje,
Wbrew polityce
Wakacje na Litwie
Korespondencja z Litwy
Litewski Sejm 30 czerwca zatwierdził Mindaugasa Sinkevičiusa na urząd nowego premiera. Były mer rejonu janowskiego i świeżo upieczony przewodniczący socjaldemokracji będzie już trzecim szefem rządu w tej kadencji Sejmu, która najwyraźniej szczęścia do premierów nie ma.
Kilka tygodni wcześniej Litwa żyła atakiem dronów i zastanawiała się, czy wpłynie to tak samo źle na turystykę, jak stało się w łotewskiej Łatgalii. Mieszkańcy nadbałtyckiej republiki podkreślają jednak, że nie takie rzeczy przeżyli i zapraszają polskich turystów na tegoroczne wakacje.
Nie bać się dronów
Rozmawiam z prof. Andrzejem Puksztą, kierownikiem Katedry Politologii na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie. Pytam o to, czym Litwa będzie żyła tego lata.
– Pomimo zmiany rządu nadal żyjemy sprawami obronności i bezpieczeństwa. Kwestią wiodącą jest zachowanie amerykańskiej obecności wojskowej na Litwie, jak również sprawna współpraca z Niemcami w kwestii rozlokowania brygady niemieckiej na Litwie. Na Litwie ciągle jest wielka chęć pomocy walczącej Ukrainie – informuje mnie profesor i działacz polskiej społeczności na Litwie.
W połowie maja lokalną ludność zelektryzowało wysłane na telefony komórkowe ostrzeżenie o ukraińskim dronie, który wleciał na Litwę. W wyniku alertu mieszkańcy Wilna na kilka godzin uciekli do schronów, został zatrzymany transport. Do schronów trafili także ma moment prezydent Gitanas Nausėda oraz ówczesna premierka Inga Ruginienė. Zawieszono loty z międzynarodowego lotniska w Wilnie, wstrzymano ruch pociągów.
Z lotniskiem w Wilnie w ciągu ostatnich miesięcy było więcej problemów, głównie z powodu „balonów przemytniczych” wypuszczanych przez Aleksandra Łukaszenkę w stronę Litwy. Znajomemu, który uczestniczył w listopadzie w ważnej konferencji w Kownie, odwołano lot z Wilna do Stambułu. Takich przypadków było bardzo wiele. – Odwołali mi wycieczkę ze Szczecina, organizatorzy przestraszyli się dronów wpadających na terytorium Litwy – zdradza Jan Boguszko, polski przewodnik po Wilnie. Twierdzi jednak, że ani drony, ani upały, które dotknęły pod koniec czerwca Litwę – w Wilnie notowano ok. 35 st. C – nie są mu straszne.
Prof. Andrzej Pukszto podkreśla, że nie ma czego się bać, sytuacja jest pod kontrolą. Politycy także radzą, by nie histeryzować i przyjeżdżać tego lata na Litwę, która nawet nie graniczy z Ukrainą, gdzie toczy się wojna.
Kurorty i SPA
Co można latem robić w kraju nad Wilią? Przede wszystkim schłodzić się nad wodą. – Litwa ma prawie 100 km wybrzeża, zaczynającego się od granicy z Rosją i ciągnącego aż po łotewską Kurlandię, sanatoria w Druskiennikach, Birsztanach i Połądze, liczne SPA, jeziora, rzeki. Polscy turyści najczęściej trafiają do Wilna. Do zachodniej Litwy zapuszczają się o wiele rzadziej. Ostatnio Polskie Radio przypomniało o tym, jak budowaliśmy w XIX w. „nadbałtyckie Zakopane”, czyli nadmorską Połągę, własność rodziny Tyszkiewiczów. Do dziś jest to najpopularniejszy kurort nadmorski Litwy z pięknymi, drewnianymi willami,
Geniusz, szarlatan, chuligan
Gałczyński, poeta nie z tej ziemi
Mariusz Urbanek – pisarz, publicysta, autor poczytnych biografii, m.in. Stefana Kisielewskiego, Władysława Broniewskiego, ana Brzechwy, Juliana Tuwima, Jerzego Waldorffa, Mariana Eilego, Rudolfa Weigla i zbiorowej biografii lwowskiej szkoły matematycznej. Autor biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Gałczyński. Kanarek w klatce”.
Jest pan uznanym biografem. Wydana ostatnio książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim „Kanarek w klatce” jest 11. w pana dorobku. Co jest najtrudniejsze w pisaniu o wybitnych ludziach?
– Bycie uczciwym. Podwójnie: wobec czytelników, którzy czekają na prawdę, i wobec bohatera. Uczciwość wymaga mówienia rzeczy gorzkich, także o jego ciemnych sprawach. Nawet jeżeli ma się dużo sympatii do protagonistów. Ale właśnie wtedy nie wolno ukrywać ich mrocznych stron. Niezależnie od tego, czy dotyczy to ich życia rodzinnego, twórczości czy polityki. Nie można niczego tuszować, tworzyć hagiografii, bo to właśnie jest nieuczciwe wobec człowieka, który przecież żył naprawdę, czasem bywał bohaterem, ale czasem… nie. Jednocześnie trzeba próbować go zrozumieć.
Czuje pan dreszcz emocji na miarę Sherlocka Holmesa, kiedy odkrywa coś, o czym dotąd nie było wiadomo? Jak to było w przypadku Gałczyńskiego?
– Kiedy uda się trafić na coś absolutnie nowego, na pewno jest to satysfakcja na miarę odkryć Sherlocka. W przypadku Gałczyńskiego to była np. jego młodzieńcza miłość do kuzynki, Jadwigi Łopuszyńskiej, dla której napisał debiutanckie wiersze. Pojawiły się w obiegu publicznym dopiero niedawno, kiedy rodzina Jadwigi zechciała sprzedać listy poety do Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Zawierały nieznane dotąd wiersze. Dzięki temu udało się uzupełnić życiorys Konstantego o nieznane do tej pory fakty.
Czyli złudne jest myślenie, że wszystko o Gałczyńskim już wiemy? A przecież powstało już tyle monografii czy biografii, które zresztą zmonopolizowała nieżyjąca już córka Gałczyńskiego, Kira.
– Kira Gałczyńska napisała o ojcu kilkanaście książek, ale to nie były prawdziwe biografie, wybielały ojca i wybiórczo traktowały fakty. Jako córka miała do tego prawo, jako biograf nie. Ponad dekadę temu powstała rzetelna biografia Gałczyńskiego „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pióra Anny Arno. Tak naprawdę pierwsza, która ukazała się poza kontrolą córki. Kira nie zostawiła na niej suchej nitki.
Czy jest sens, by dzieci tworzyły biografie rodziców? Często popadają w skrajność – są to „żywoty świętych” albo pamflety, rodzaj zemsty za zawiedzione uczucia.
– Nie potrafiłbym całkowicie skrytykować Kiry Gałczyńskiej. Zrobiła bardzo dużo, by pielęgnować pamięć o ojcu. Prawdopodobnie gdyby nie ona, Gałczyński nie byłby poetą wciąż popularnym i kochanym. Ale idealizowała rodziców, budowała im pomnik. Konstruowała wizerunek ojca według swoich wyobrażeń, bo nie do końca go znała. Miała trzy lata, gdy Gałczyński poszedł na wojnę; wrócił, gdy miała dziesięć; umarł, gdy Kira miała 17 lat. Nastolatki nie mają czasu na poznawanie rodziców.
Manipulowała faktami?
– Niektóre ukrywała. Przed wojną Gałczyński publikował w skrajnie prawicowym piśmie „Prosto z Mostu”, w którym ukazywały się wypominane mu do dziś antysemickie utwory, na czele z listem „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”.
W tym piśmie Gałczyński groził też Żydom, socjalistom i liberałom „nocą długich noży”…
– A Kira to ukryła. Cały czas podstawowym wydaniem dzieł Gałczyńskiego jest pięciotomowy wybór Czytelnika z 1979 r. pod jej redakcją. Tam listu „Do przyjaciół…” nie ma, podobnie jak w przerwanej edycji dzieł wszystkich poety oficyny Prószyński i S-ka, opartej na wyborze Kiry. A bez znajomości tego listu nie sposób zrozumieć przedwojennego Gałczyńskiego. Podobnie córka utajniła niektóre wiernopoddańcze wobec komunistycznej władzy utwory, które poeta napisał po wojnie. Nigdy też nie przyznała, że ojciec był bigamistą.
Wojnę spędził w stalagu Altengrabow w Niemczech, ale po wyzwoleniu obozu nie wrócił od razu do kraju i do żony. Przez rok podróżował po Europie, poznał Lucynę Wolanowską, z którą wziął ślub w niemieckim urzędzie stanu cywilnego. Jeśli wierzyć Wolanowskiej, za wiedzą, a wręcz namową księdza katolickiego, który przekonywał parę, że wcześniejszy ślub z Natalią w obrządku prawosławnym nie jest tak do końca ważny. Tego drugiego ślubu, choć zawartego w majestacie prawa, Kira nigdy nie uznała. O Wolanowskiej mówiła: „kobieta, z którą ojciec miał relację w czasie wojny”. Według niej Konstanty kochał tylko jedną kobietę. I miała to być „srebrna” Natalia. Kochanki ukrywała albo zaprzeczała ich istnieniu. A w ciągu tego szalonego roku po wojnie Gałczyński miał aż trzy partnerki. Owocem związku z Wolanowską był Konstanty junior, który później razem z matką wyemigrował do Australii. Przyrodnie rodzeństwo poznało się dopiero w Polsce, w 1990 r.
Kira starała się też wygumkować zażyłą przyjaźń ojca z Jerzym Waldorffem.
– Dzieliła przyjaciół ojca na takich, których lubiła, i tych, którym odmawiała prawa do tej przyjaźni. Waldorff zaliczał się do tego „gorszego sortu”. Poznali się przed wojną, w czasie pobytu poety w stalagu korespondowali, Waldorff opiekował się Natalią. Listy,
Wolność-obecność: Remigiusz Grzela z Nagrodą im. Karoliny Beylin
Zarząd Oddziału Warszawskiego przyznał w tym roku Nagrodę im. Karoliny Beylin Remigiuszowi Grzeli – jest on piątym zdobywcą tej najmłodszej nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, ustanowionej z myślą o wyróżnianiu wybitnych dziennikarek i dziennikarzy z Warszawy i Mazowsza, szczególnie silnie związanych z regionem, miejscem pracy i aktywności.
Uroczystość wręczenia nagrody w warszawskim Domu Dziennikarza zgromadziła licznych przedstawicieli tego zawodu, przyjaciół i wielbicieli talentu znakomitego dziennikarza, mistrza sztuki wywiadu – obecna była m.in. Ewa Błaszczyk, kreująca tytułową rolę w jego monodramie „Oriana Fallaci”, granym od dziewięciu sezonów w Teatrze Studio.
Remigiusz Grzela ma na koncie wiele błyskotliwych zbiorów wywiadów i biografii artystów, m.in. Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata czy Barbary Krafftówny. W jego książkach czuje się „zapach czasu”. Autor nie ucieka od spraw trudnych ani zawikłanych, ale uchyla się od jakichkolwiek ocen. To istotny rys jego twórczości. Nie stawia się w roli sędziego, wymierzającego sprawiedliwość opisywanemu światu i ludziom. Nie dlatego, że nie ma poglądów – dość zerknąć na jego wpisy w mediach społecznościowych, by znikło najmniejsze podejrzenie, że unika ujawniania swojego stanowiska. Ale też świadomie oddaje się pisarstwu z punktu widzenia „czułego narratora”, jak to ujęła w swoim wykładzie noblowskim Olga Tokarczuk.
„Przypuszczam, że mianownikiem twórczości Remigiusza Grzeli – powiedział Tomasz Miłkowski, przewodniczący Oddziału Warszawskiego SDRP w laudacji – swoistym lepiszczem wielu jego zatrudnień i poszukiwań są idee wolności i obecności. To go napędza i otwiera na wciąż nowe, frapujące spotkania. A nam, czytelnikom, niesie satysfakcję”.
Gratulacje Remigiuszowi Grzeli złożyli m.in. sekretarz generalny Zarządu Głównego SDRP Andrzej Maślankiewicz i prof. Artur Krajewski, doradca ministry kultury i dziedzictwa narodowego.
Tajemnice „Japonki” Pankiewicza
Nic tak nie podnosi ciśnienia jak kwota z sześcioma zerami, a tu jest możliwość dołączenia nawet siódmego. Na stronie domu aukcyjnego DESA Unicum pojawiła się informacja: Józef Pankiewicz (1866 Lublin – 1940 La Ciotat, Francja). „Japonka”, 1906-08, olej/płótno, 199 x 93 cm, sygnowany p.d.: Pankiewicz, inne historyczne tytuły: „Japonka z wachlarzem”. Estymacja: 12 000 000 – 20 000 000 zł. Numer obiektu na aukcji – 8.
Komentarz DESY: To oznacza, że „Japonka” ma szansę stać się jednym z najdrożej sprzedanych obrazów w historii polskiego rynku sztuki.
Warszawa, Piękna 1A
Każdy może sobie bezpłatnie obejrzeć dzieło Pankiewicza do 18 czerwca, kiedy o godz. 19 odbędzie się aukcja. W siedzibie DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A w Warszawie, obok kilkudziesięciu mniejszych płócien słynnych polskich malarzy (Boznańska, Hofman, Makowski, Mehoffer i inni), które szykowane są na aukcję sztuki dawnej pod hasłem: XIX w., modernizm, międzywojnie. W oddzielnym boksie znajduje się ONA, kobieta w japońskim kimonie obrócona do nas tyłem, trzymająca w ręku okrągłe lusterko,
Artyści do przemysłu
Strzemiński i artystyczna szkoła przyszłości
Biblioteka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych to przez długi czas jedynie kilka szaf na korytarzu, które studenci i profesorowie zapełniają własnymi książkami przyniesionymi z domów. Inne pomoce naukowe też są z darów; zdobyczny szkielet ludzki przydatny na zajęciach z anatomii studenci pieszczotliwie nazywają „Stefankiem”. Kto może, dokłada cegiełkę do tej wymarzonej i długo w Łodzi wyczekiwanej akademii.
Plany utworzenia nowoczesnej artystycznej szkoły wyższej były dyskutowane w środowisku łódzkich twórców jeszcze w 20-leciu międzywojennym. Miała być nowoczesna w najlepszym znaczeniu tego słowa, wzorowana na zdobyczach niemieckiego Bauhausu i rosyjskich uczelni artystycznych, zreformowanych po rewolucji. W tych moskiewskich studiowali przecież Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński. Starali się przekazać swoje doświadczenia w programach nauczania dla szkół średnich i zawodowych w Koluszkach i w Łodzi, gdzie pracowali, w rozmowach z dyrektorami tych placówek oświatowych i z innymi twórcami.
Uczyli podstaw: wiedzy o kolorze, fakturach malarskiej i materiałowej, kompozycji, tworzenia monogramów; poruszali bardziej skomplikowane kwestie, jak kompozycja architektoniczna, omawiali formy przedmiotów i figury ludzkiej według zasad kubizmu analitycznego. Praca pedagogiczna była dla obojga Strzemińskich głównym źródłem utrzymania; znajdowali w niej powołanie, a nawet satysfakcję, w każdym razie mieli w dziedzinie edukacji zasługi, wystarczy przywołać pochlebne recenzje z przeglądu szkół zawodowych podczas wystawy wyrobów przemysłu artystycznego i przedmiotów codziennego użytku w Warszawie w 1931 r.
„Wszyscy znają prace Bauhausu – czytamy w piśmie „Architektura i Budownictwo”. – Mało natomiast wiadomo o trwającej od kilku lat analogicznej pracy w szkole przemysłowej w Koluszkach. Zawdzięczając kierownictwu artystycznemu wybitnego teoretyka i plastyka Władysława Strzemińskiego oraz p. K. Kobro, osiągnięto tam wyniki pod względem plastycznym wyższe niż w Bauhausie, ponieważ oparte o ścisłą naukę formy nowoczesnej, która znalazła swój wyraz w ściśle u nas opracowanym programie”. (…)
W Łodzi Katarzyna Kobro pracowała w liceum gospodarczym i szkole gospodarczej. Awangardowa artystka, twórczyni nowoczesnej koncepcji rzeźby, uczyła estetyki wnętrz dziewczęta przygotowujące się do pracy w hotelarstwie czy do prowadzenia domu. Własne mieszkanie Strzemińskich oryginalnie zakomponowała: „Płaszczyzny ścian, sufitów i podłóg zostały podzielone na kwadraty i prostokąty i pomalowane na biało, szaro, niebiesko, żółto i czarno – wydzielono w ten sposób funkcje poszczególnych części pokoi”.
Z kolei Strzemiński kierował Miejską Dokształcającą Szkołą Zawodową Grafików nr 10, w której nauczał zasad drukarstwa funkcjonalnego. Przeciętna zawodówka dzięki jego staraniom i włączeniu do kadry nauczycielskiej artystów Stefana Wegnera, Karola Hillera i Zenobiusza Poduszki ogromnie zyskała. Do szkoły tej uczęszczała młodzież pracująca – relacjonuje Anna Wegner-Sumień, córka malarza Stefana Wegnera – czeladnicy z różnych zawodów rzemieślniczych: drukarze, introligatorzy, malarze ścienni, grawerzy,
Fragmenty książki Małgorzaty Czyńskiej Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy, Marginesy, Warszawa 2026
Yayoi Kusama – konfrontacja z mitem
Z prawie stuletniej historii życia zagubionej, ekscentrycznej artystki emanuje zaskakująca radość
W Kolonii odbywa się wystawa prac Yayoi Kusamy. Dobiegająca setki Japonka (ur. w 1929 r.) uznawana jest za najbardziej znaczącą i najznakomitszą artystkę wśród wciąż aktywnych światowych twórców. Prezentację jej dorobku zaplanowano w trzech odsłonach: w Bazylei, w Kolonii, a jesienią w Amsterdamie, i uznano za najważniejsze europejskie wydarzenie artystyczne 2026 r.
Bilety wyprzedają się z dużym wyprzedzeniem. Publiczność napiera tłumnie. Korzysta z okazji, by skonfrontować się z mitem. Nie wiadomo tylko, czy z tym sprzed kilkudziesięciu lat, czy z obecnym. Dzisiaj bowiem Kusama jest przede wszystkim twórczynią najdroższą – w samym 2023 r. wartość jej prac sprzedanych na aukcjach przekroczyła 80 mln dol. Uosabia zatem sztukę rodzącą zysk – odpowiadającą wymogom czasów. To rozpala wyobraźnię tłumów. Kim trzeba być i co trzeba z siebie dać, aby „z niczego” kufry wypełniały się złotem? To ogromne zainteresowanie prezentacjami prac Yayoi Kusamy jest zjawiskiem chyba jeszcze bardziej fascynującym niż sama jej twórczość.
Artystyczna historia niezwykłej Japonki jest, tak jak jej życie, niezwykle długa. Tworzyła w Japonii, ale także bardzo długo w USA i to tam została dostrzeżona. Wystawa w Kolonii przywołuje stare filmy z organizowanych przez nią happeningów broniących społecznie ważnych wartości i zasad: a to w sprawie wojen czy nierówności, a to w kwestiach wolności seksualnej. Występy nagich modeli, podobnie jak prezentowane instalacje z tekstylnymi czy plastikowymi fallusami, jawią się dziś jako pretensjonalne i banalne. Trudno się nimi fascynować.
Ale pochodzą przecież z lat 60. i 70. tamtego stulecia. Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo mogły wówczas bulwersować i jak ogromną przyciągały uwagę. Wtedy przysporzyły artystce dużej popularności i spotkały się z sympatią wielu nowatorów sztuki.
Dziś Yayoi Kusama kojarzy się z magią kropek. Mniejsze, większe, kolorowe, czarne, malowane i wyświetlane – to one zdominowały jej prace. Zarówno jako motyw główny, jak i wypełnienia tła. Wystawa w Kolonii, zawierająca również prace z wczesnych okresów twórczości, pokazuje, że natręctwo kropek towarzyszyło artystce od zawsze. Pokrywała nimi twarze modeli i autoportrety, budowała z nich także kompozycje abstrakcyjne. W jej wyobraźni – zawsze nadwrażliwej, pełnej fantasmagorii – kropka jest ucieleśnieniem
Museum Ludwig w Kolonii
Yayoi Kusama
do 2 sierpnia
Z Częstochowy do Kossakówki w Krakowie
13 kwietnia br. w Częstochowie miało miejsce niezwykłe wydarzenie – przekazanie przez Mieczysława Wyględowskiego na rzecz przyszłego Muzeum Rodziny Kossaków w Krakowie wiedeńskiego zegara z połowy XIX w.
Lekarz, chirurg, senator RP, autor 23 książek i kolekcjoner śladów istnienia zakupił ten obiekt od Glorii Kossak, córki Jerzego Kossaka, w połowie lat 80. XX w. „Niezwykłą ciekawostką z tamtych lat w Polsce był handel adresami – wspomina Wyględowski. – Rozwinęła się sieć pośredników, którzy nie handlowali starociami ani ich nie posiadali. Za odpowiednią opłatą służyli adresami, pod którymi można było nabyć atrakcyjny kolekcjonerski »towar«. Za taki adres zapłaciłem i… nabyłem piękny kominkowy zegar”.
Neogotycki dom Kossaków zaprojektowany został w 1851 r. i przejęty przez Juliusza Kossaka w 1869 r. W Willi Wygoda,
Wilanowskie techno nocą
Imprezy Circoloco odbywały się już na Ibizie i w Amsterdamie. W maju pierwszą – i chyba ostatnią – warszawską zorganizowano w Wilanowie
Czegoś takiego w czasach Jana III Sobieskiego i królowej Marysieńki z pewnością nie było. Motłoch nie miał wstępu na dziedziniec pałacu monarchy. 17 czerwca 2026 r. minie dokładnie 330 lat od śmierci zwycięzcy bitwy pod Wiedniem, tymczasem nasz władca elekcyjny chyba się w grobie przewraca, słysząc, jakie to brewerie wyczyniają Polacy w związku z imprezą Circoloco Warsaw, która odbyła się 9 maja w jego rezydencji. I chodzi nawet nie o koncert, lecz o jego reperkusje w przestrzeni publicznej.
Co takiego się wydarzyło? Przez całą noc telefonowano na policję, że huczna impreza nie pozwala spać mieszkańcom. W owych telefonach słychać było też obawę o to, jak z hałasem radzą sobie ptaki (mamy okres lęgowy), wiewiórki, bobry, nietoperze, a nawet ryby z pobliskich zbiorników wodnych, i w ogóle cała przyroda ożywiona Wilanowskiego Parku Kulturowego oraz Rezerwatu Przyrody Morysin. Niektórzy wskazywali także opłakane skutki elektronicznego łomotu dla zabytkowych murów obiektu pałacowego.
Podczas imprezy na dziedzińcu pałacowym bawiło się ok. 7 tys. osób. A jak komentowano? Zacznijmy od dr. Marcina Zglińskiego z Instytutu Sztuki PAN, redaktora naczelnego Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce. Dr Zgliński jest najaktywniejszym recenzentem muzycznym w naszym kraju, bo prawie codziennie uczestniczy w jakimś koncercie i zaraz opisuje go w mediach społecznościowych. Zgliński próbuje się rozprawić z zapewnieniami organizatorów koncertu, że nasz Wilanów to polski Wersal albo Pałac Schönbrunn w Wiedniu. Tam również wiosną odbywają się koncerty muzyki elektronicznej. Wprawdzie organizatorzy imprezę reklamowali: „Pałac w Wilanowie. 12 godzin muzyki. 7 artystów. Jedna noc, o której będzie mówić cała Europa”, ale zdaniem komentatora „Europa ma to oczywiście w tym miejscu, którym zasiadła na grzbiecie Byka-Zeusa, za to awantura rozpętała się nad Wisłą. Zamiast więc ogromnego prestiżu i pokłonów Europy mamy sytuację porównywalną do tej, gdy na eleganckim raucie ktoś bardzo głośno i wonnie zepsuł powietrze i nagle wszyscy próbują udawać, że nic się nie stało”.
Co robić z hałasem?
Czy porównywanie z Paryżem i Wiedniem mogłoby obronić wilanowską imprezę? Marcin Zgliński podaje szczegółowe przepisy „antyhałasowe”, którymi posługują się Francuzi. „Wyjątkowe wydarzenie muzyki elektronicznej jest objęte ścisłym monitoringiem akustycznym w celu ochrony mieszkańców, z uwzględnieniem drastycznych środków regulacyjnych, w tym limitu 102 dB i obowiązkowych stref ciszy. [Wydarzenia takie] (…) są starannie monitorowane, szczególnie pod kątem poziomu generowanego dźwięku. Obowiązują przepisy mające na celu ograniczenie hałasu podczas imprez z wykorzystaniem wzmacniaczy dźwięku,
Stanisława Celińska: Podobało się? 1947-2026
Tak pytała, kiedy ktoś podchodził do niej po koncercie z podziękowaniem. I patrzyła prosto w oczy z lekkim niepokojem.
– Podobało – odpowiadałem.
– To dobrze – przyjmowała odpowiedź z łagodnym uśmiechem.
Chciała wiedzieć, czy jej śpiewanie dotarło do widzów.
Ostatnimi laty bowiem głównie śpiewała. Jeździła po Polsce z koncertami i piosenkami opowiadała o swoim życiu, o porachunkach z samą sobą, o poszukiwaniu przystani, o porozumieniu. Stanisława Celińska siała dobre uczucia.
Sukces z problemami
Weszła do zawodu po studiach prosto na szczyt. Równocześnie zadebiutowała u Wajdy w filmie „Krajobraz po bitwie” rolą Żydówki Niny (1970) i w Teatrze Współczesnym Erwina Axera. U mistrzów. I od razu odniosła sukces. We Współczesnym zadebiutowała jeszcze przed dyplomem rolą Anieli w komedii Aleksandra Fredry „Wielki człowiek do małych interesów” w reżyserii Jerzego Kreczmara (1968). Jako Nina w filmie Wajdy zachwyciła krytyków i kinomanów nie tylko urodą, ale także dlatego, że nie była to rola jednoznaczna, łączyła pozorną oschłość ze skrywanym ciepłem. To swoiste przełamanie ostrości i miękkości charakteru miało się stać znakiem rozpoznawczym Stanisławy Celińskiej: oto kobieta mocna jak stal, ale słaba i wymagająca opieki. Oto ktoś jak mama, która otoczy nas ramieniem w potrzebie, mocna, wyrozumiała, cierpliwa, ale przecież słaba jak liść na wietrze.
W kinie potwierdziła swoją klasę takimi rolami jak Agnieszka Niechcic w „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka (1975) czy Zosia w „Pannach z Wilka” Andrzeja Wajdy (1979). Kiedy po latach Wajda zobaczył Celińską w „Oczyszczonych” Krzysztofa Warlikowskiego na scenie Teatru Rozmaitości, napisał do niej: „Z taką samą żarliwością walczyłaś kiedyś o Ninę, jak teraz walczysz o tę kobietę z peep-show”.
W Teatrze Współczesnym miała spędzić, z przerwami, 13 lat. Odchodziła i wracała, szukając dla siebie miejsca. Na początku „grzała ławę”, grała epizody – w teatrze obowiązywała hierarchia, ale kiedy dostała rolę panny Plejtus w „Matce” Witkacego w reżyserii Erwina Axera, było już wiadomo, że pojawił się niepospolity talent, ktoś obdarzony świadomością, po co jest na scenie.
To, że zostanie artystką, było niemal genetycznie przesądzone. Wychowywała się w rodzinie muzyków, jej ojciec był pianistą, mama skrzypaczką. Nie chcieli, żeby poszła w ich ślady, ale to najlepszy sposób, żeby dzieci właśnie chciały. Dlatego pewnie chciała. Razem z Andrzejem Sewerynem,








