Tag "PRL"

Powrót na stronę główną
Historia

Powstańcy ’44 w PRL

Niewiele powstań w naszych dziejach przyniosło tak doniosłą i trwałą zmianę mentalną

Na początku sierpnia 1964 r. Maria Dąbrowska zanotowała w dzienniku: „Podobało mi się przemówienie Zenona Kliszki w 20. rocznicę powstania. Starał się być w miarę możliwości obiektywny i przekazał pozdrowienia żołnierskie dowódcy AK, pod którym walczył jego oddział AL-owski”.

Autorka „Nocy i dni”, która przeżyła całą okupację i powstanie warszawskie w swoim mieszkaniu przy ul. Polnej 40, w prywatnych zapiskach nie raz upominała się o upamiętnianie tamtych dni. 19 kwietnia 1948 r., gdy odsłaniano w stolicy Pomnik Bohaterów Getta, Dąbrowska z goryczą pisała: „Nie mam nic przeciwko bohaterom żydowskim. Ale Warszawa nie ma dotąd pomnika swoich powstańców ani dzieci, co walczyły w powstaniu!”.

Taki ton rozżalenia połączonego z bezsilnością dominował u wielkiej pisarki do 1954 r., gdy w 10. rocznicę powstania mogła odnotować, że w tygodniku „Nowa Kultura” Antoni Słonimski ogłosił „prześliczny i wartościowy wiersz będący uczczeniem pamięci powstańców i w ogóle poległych Warszawy”. Ale to było już po śmierci Stalina, gdy powoli następowała w Polsce Ludowej odwilż, która ostatecznie doprowadziła do Października 1956 r. A po tej „polskiej rewolucji bez rewolucji” władzę przejęła ekipa Władysława Gomułki, w której numerem drugim był wspomniany Zenon Kliszko.

O ile sam towarzysz „Wiesław” – w ostatnim okresie okupacji przywódca konspiracyjnej Polskiej Partii Robotniczej – opuścił Warszawę tuż przed wybuchem powstania i przez wyzwolony pod koniec lipca 1944 r. Otwock udał się do Lublina, to Kliszko pozostał w stolicy, kierując strukturami PPR w walczącym mieście. Powstanie przeżył na Żoliborzu jako polityczny zwierzchnik tamtejszego zgrupowania Armii Ludowej, a w momencie kapitulacji powstania przeprawił się z grupą towarzyszy przez Wisłę i również dotarł do Lublina, gdzie od końca lipca funkcjonował Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego.

O swoich powstańczych przeżyciach Zenon Kliszko nigdy nie zapomniał, a jako prawa ręka Gomułki w latach 1956-1970 wręcz patronował „polityce historycznej” związanej z powstaniem. W 1967 r. ukazała się jego książka „Powstanie warszawskie. Artykuły, przemówienia, wspomnienia, dokumenty” (drugie wydanie dwa lata później). Publikacja ta z jednej strony prezentowała krytyczną ocenę decyzji o wybuchu powstania jako politycznie wymierzonej przeciwko Związkowi Radzieckiemu, ale z drugiej – zawierała cenne, osobiste wspomnienia Kliszki, podkreślające także bohaterstwo żołnierzy AK i ofiarność mieszkańców miasta.

W książkach i filmie

I takie było podejście władz PRL do tradycji powstania i jego uczestników od 1956 r. do końca lat 80. Powstanie istniało w licznych książkach historycznych, które – choć oczywiście cenzurowane – Polacy masowo kupowali i czytali. Wydana po raz pierwszy w 1959 r. monografia „Powstanie warszawskie” gen. Jerzego Kirchmayera czy ukazujące się od lat 60. kolejne prace Władysława Bartoszewskiego utrwalały nie tylko pamięć, ale i rzetelną wiedzę o tamtych wydarzeniach.

Powstanie pojawiało się również w polskiej kulturze, począwszy od wydanej już w 1957 r. powieści „Kolumbowie. Rocznik 20” Romana Bratnego (który sam walczył w powstaniu jako żołnierz AK), sfilmowanej jako serial przez Janusza Morgensterna w 1970 r., poprzez najważniejsze filmy tzw. szkoły polskiej („Kanał” Andrzeja Wajdy” z 1956 r., „Eroica” Andrzeja Munka” z 1957 r.), aż po spektakle teatralne,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Nie rezygnujmy z Damaszku

Po MSZ przeszedł alarm, że minister Sikorski będzie chciał likwidować ambasadę RP w Damaszku. I że w ogóle to pierwszy krok na drodze do ograniczania naszej obecności na Bliskim Wschodzie. Bo w kolejce do zamknięcia czekają jeszcze inne placówki, m.in. w Trypolisie. Czy to ma sens?

Tłumaczenia są proste – sytuacja w Syrii nie sprzyja działalności dyplomatycznej. Dyplomaci, jeżeli jadą do Damaszku, to bez rodzin, a ich możliwości działania są znikome. Ich rodziny, żony, dzieci są albo w Warszawie, albo w Bejrucie – tam, w dzielnicy chrześcijańskiej można bezpiecznie mieszkać. I de facto stamtąd ambasada w Syrii jest prowadzona.

Jeżeli więc mamy utrzymywać (niewielką) placówkę dla samego jej utrzymywania, może rzeczywiście lepiej z niej zrezygnować? Zwłaszcza że nie ma chętnych, by tam jechać. To rozumowanie ma swoją logikę, ale jest to logika biurokraty. Wszystko bowiem zależy od tego, jaka jest przyszłość Syrii, co tam może się zdarzyć, i od tego, jakich ludzi chcemy tam wysłać.

A przyszłość może być interesująca, bogate państwa Półwyspu Arabskiego deklarują dziesiątki miliardów dolarów na odbudowę Syrii. To zrozumiałe, bo w miarę jak zaognia się konflikt z Iranem, rośnie jej rola jako państwa tranzytowego dla ropy i gazu. Port Latakię chce z kolei odbudowywać Francja. Czy więc jest sens wycofywać się z tak ciekawego miejsca? Chyba że – to kolejne przypuszczenie – Polska nie dysponuje wystarczającą grupą fachowych dyplomatów, którzy w Syrii mogliby pełnić misję.

To nie jest łatwa placówka, żeby tu funkcjonować,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Dziedzictwo Polski Ludowej

Siedzi w nas, czerpiemy z dorobku PRL, nie uświadamiając sobie tego, jak bardzo

Wbrew temu, co wieszczono przed laty, nie słabnie zainteresowanie Polską Ludową. Nie tylko dlatego, że żyją jeszcze miliony ludzi, którzy się w niej urodzili, kształcili i pracowali. Także, a może przede wszystkim, ze względu na dziedzictwo – wielorakie, nie do zakwestionowania – jakie po sobie zostawiła. A w zasadzie jakie zostawiła Polska Rzeczpospolita Ludowa, która tak de iure istniała dopiero od 1952 r. Polskę Ludową traktuję jako państwo istniejące w latach 1944-1989, toteż nie będę rozwijał wątku, kiedy formalnie powstała. Ani kiedy przestała istnieć i dlaczego. O tym jest moja najnowsza książka, zatytułowana „Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP” (Wydawnictwo Iskry).

Chcę już na wstępie jednoznacznie powiedzieć: dziedzictwo Polski Ludowej siedzi w nas, czerpiemy z jej dorobku, często nawet nie uświadamiając sobie tego, jak bardzo. Dlatego też nie ma mojej zgody na to, co robi się z PRL od ponad 30 lat, a szczególnie po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej. Oto bowiem w ramach oficjalnej państwowej polityki historycznej zmarginalizowano, a tak naprawdę wyrzucono z historii Polski okres PRL, niemalże zrównując go z okresem rozbiorów. Przed nimi istniała I Rzeczpospolita, w latach 1918-1939 była II Rzeczpospolita, a po 1989 – III RP. Czasy Polski Ludowej uznano za jakąś czarną dziurę, hybrydę, twór (państwowy?), który nie może istnieć w głównym nurcie historii Polski, a jedynie na jej obrzeżach. I w zasadzie zasługuje wyłącznie na potępienie oraz obśmianie.

Tę prostacką wizję niedawnej przeszłości charakteryzuje myślenie ahistoryczne, nie uwzględnia się tego, że każde państwo pozostawia po sobie dziedzictwo i że jest ono wianem dla kolejnego. III RP, trzymając się powszechnej terminologii, nie była budowana na gruzach PRL, ale właśnie na jej dziedzictwie i dorobku. Na gruzach, po tragicznej wojnie, ogromnych stratach ludzkich i materialnych, budowano natomiast Polskę Ludową. Nie wolno o tym zapominać, bo wpłynęło to w znaczący sposób na politykę i działania rządzących oraz społeczeństwa Polski Ludowej.

Nie zamierzam wdawać się w rozważania, czym była Polska Rzeczpospolita Ludowa. Nie była państwem w pełni demokratycznym, suwerennym, ale rządzący robili wiele, by uniezależniać się od Moskwy, co z dekady na dekadę następowało. Poluźniali krępujący Polskę gorset, co dobrze rozumiał prymas Stefan Wyszyński. Słowem, Polska Ludowa wybijała się na niepodległość. Warto więc pokazać, co po niej zostało, co wniosła do III Rzeczypospolitej. Nie będę pisał oczywistości, w rodzaju zagospodarowania Ziem Odzyskanych, odbudowy stolicy czy bezpłatnego szkolnictwa na poziomie średnim i wyższym. Muszę natomiast przypomnieć coś, co ma znaczenie w patrzeniu na historię Polski, tę prawdziwą, a nie politykę historyczną rodem z IPN.

Ciągłość historii

Jak dorobek II Rzeczypospolitej, a właściwie jej zacofanie oraz II wojna światowa odcisnęły się na Polsce Ludowej, tak dziedzictwo PRL miało wpływ na III RP. To w PRL położono podwaliny pod obecny kształt państwa. Choćby w całej sferze ustrojowej. To w Polsce Ludowej zdecydowano się (także w wyniku porozumienia ekipy gen. Jaruzelskiego z opozycją) na demokratyczne formy rządzenia, na parlamentaryzm i na nowe organy władzy.

Dziś mało kto pamięta, że jeszcze przed Okrągłym Stołem w PRL utworzono instytucje tak ważne dla funkcjonowania państwa, ale również dla zwykłych Polaków, jak Trybunał Konstytucyjny (w 1982 r., a jego działalność orzecznicza rozpoczęła się w 1986 r.), Trybunał Stanu (istniał przed wojną, przywrócono go w 1982 r.) i Rzecznik Praw Obywatelskich (powołany ustawą z 1987 r., rozpoczął działalność rok później, a pierwszym rzecznikiem została prof. Ewa Łętowska). Jeszcze w czasach PRL utworzono inne proobywatelskie instytucje,

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Udało nam się przekonać Solidarność, że jest taka jak my

Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (2/2026) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl.

PATRYCJA DOŁOWY: W Unii Demokratycznej byłeś w tej lewicowej frakcji, obok Zofii Kuratowskiej.

ANDRZEJ CELIŃSKI: Tak. Tam byli: Zosia Kuratowska, Krzysztof Dołowy, Tadeusz Zieliński, Basia Labuda, Władysław Frasyniuk, Iwona Śledzińska-Katarasińska, Marek Balicki, Krzysztof Budnik. Pracę organizacyjną prowadziła Basia Udrycka, zaprzyjaźniona przede wszystkim z Zosią Kuratowską. Byłem w tej grupie bardzo aktywny. Pewnego razu Hanna Suchocka, z którą się zresztą lubiliśmy, mimo że ona przecież była tak naprawdę unijną prawicą, poprosiła mnie, żebym przekonał tę naszą lewicową frakcję UD do zagłosowania za konkordatem. To był oczywiście 1993 r., a Suchocka była premierem. Ja odpowiedziałem na to, że w żadnym wypadku. Na co Hania poprosiła, żebyśmy przynajmniej nie przyszli na głosowanie. Odparłem, że oczywiście, natychmiast, ale pod jednym warunkiem: że tu i teraz przyrzekniesz, że po wyborach nie wykluczysz naszej koalicji z SLD. To było już po ogłoszeniu wrześniowych wyborów. Hania zaczęła wymachiwać rękoma, krzyczeć, że po jej trupie. Obraziła się na mnie. Podszedł wtedy do mnie Mazowiecki, wziął na bok i mówi: „Andrzej, masz 100% racji, oczywiście, że tak. Ale dzisiaj by to nam rozłupało Unię na pół”. Na co ja zapytałem, kiedy najwcześniej będzie to możliwe.

Może za pięć lat – odpowiedział.

Z Unii Demokratycznej co chwila odchodzili konserwatyści: Aleksander Hall, Bronisław Komorowski. Któregoś razu wzburzony zabrałem głos na Zjeździe UD, krytykując unijną prawicę, establishment UD. Że w ogóle tego kraju nie znają, nie mają pojęcia o życiu na prowincji. Ja jednak miałem za sobą tę moją aktywność w Płocku. I wtedy zaczęli podchodzić do mnie różni ludzie i zachęcać mnie, żebym kandydował do zarządu UD. Odpowiedziałem, że to wykluczone, nie brałem tego kompletnie pod uwagę. Sądziłem, że nie zebrałbym nawet odpowiedniej liczby uprawniających do kandydowania podpisów. I wtedy ktoś przyszedł i powiedział, że oni już mają te podpisy. To było robione całkowicie poza moją wiedzą. Wtedy nie mogłem już się wycofać, ale prawdę mówiąc, zaczęły też u mnie działać jakieś ambicje. Na wiceprzewodniczącego UD kandydowali: Frasyniuk, Kuroń, Król, Kuratowska, Rokita i ja, czyli sześcioro kandydatów na trzy miejsca. Rozkład głosów był taki, że Kuroń i Frasyniuk zdobyli prawie 100%, znakomity wynik. Trzeci był Rokita. Nieźle, ale mniej niż wymagane 50%. Potem była dziura. I potem byłem ja na czwartym miejscu. Kolejne miejsca zajęli Kuratowska i Król. Odbyła się dogrywka o trzecie miejsce między Rokitą a mną, z tym, że Rokicie brakowało w I turze do wyboru jakichś ośmiu głosów, a mi brakowało duże kilkadziesiąt. Ogromna różnica. Rokita podszedł do mnie i tak protekcjonalnie powiedział: „Andrzeju, ale wiesz, że i tak pozostaniemy przyjaciółmi?”. Spojrzałem na niego i mówię: „Janek, ale o czym ty mówisz?”. I on zaczyna się rozwijać, że przegram to. Zwracam się do niego i mówię: „Ale Janek, to ty przegrasz te wybory, nie ja”. Prawdę mówiąc, nie byłem tego do końca pewien, ale jak tak sobie kalkulowałem, to na to mi wychodziło. I stało się – wygrałem te wybory. W nowym prezydium był też Krzysztof Dołowy, obok mnie najbardziej lewicowy. Najbardziej prawicowym członkiem prezydium UD okazał się, ku mojemu zaskoczeniu, Janek Lityński.

Mieliśmy problem, bo Jan Rokita, jako szef Kancelarii Premiera, miał być łącznikiem między premier Suchocką a prezydium UD. Ale nie był tym łącznikiem. Olewał nas. Ja nigdy nie rozmawiałem o tym z Hanią, ale Suchocka i Rokita nie przekazywali nam informacji kluczowych dla Unii. Geremek ciągle chodził rozeźlony, że my dowiadujemy się rozmaitych rzeczy z wystąpień publicznych, po fakcie. I w pewnym momencie wybuchła awantura, bo dowiedziałem się jakoś, że Kwaśniewski, może z Oleksym, zaproponował Suchockiej uratowanie tego rządu. W zamian chciał tylko, żebyśmy my gdzieś tam powiedzieli, że uznajemy SLD za równoprawne środowisko demokratycznej Polski, że to jest normalna organizacja polityczna demokratycznej Polski. Czyli tak naprawdę można było ocalić rząd Suchockiej za nic. Paradoks polega na tym, że SLD był o pięć klas bardziej demokratyczny wewnętrznie niż Unia Demokratyczna! Nie mówię tego z jakiegoś żalu, ale tak było. (…)

PAWEŁ SĘKOWSKI: W 1999 r. przekroczyłeś pewne tabu, bo jako czołowa postać opozycji demokratycznej wstąpiłeś do „postkomunistycznego” SLD i na dodatek zostałeś z miejsca wiceprzewodniczącym partii.

CELIŃSKI: Zadzwonił do mnie Leszek Miller i poprosił mnie o spotkanie. To był początek 1999 r. Miller jest bardzo cwanym graczem, w pewnym sensie mnie oszukał. Ale jestem mu za to wdzięczny, bo bez tego oszustwa ja bym tam nie był, a uważam, że w efekcie dobrze się stało. Dodam, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Prawda sama się nie obroni

Choć ta data jest w pamięci kilku pokoleń Polaków, to nawet skromnych uroczystości z okazji 22 lipca nie ma co się spodziewać. Wręcz odwrotnie. Paranoicy z puchnącego od kasy IPN i rozmaite byty powołane za rządów PiS, obdarowane milionami z ministerstw i spółek skarbu państwa, znowu wyleją cysterny czarnej farby na PRL. I na wszystko, co było w Polsce do 1989 r. Coraz częściej czarną farbą malują kolejne lata. Te, w których pełnej władzy nie sprawował Jarosław Kaczyński. Z dekoracjami: Andrzejem Dudą i Mateuszem Morawieckim. Jeden już jest na marginesie. A drugi zrobił woltę i z ukochanego synusia prezesa wszedł w rolę Brutusa. Zobaczymy, czy skutecznie. I czy na Morawieckim skończy się bardzo długa polityczna saga Kaczyńskiego. Z niezwykłą skutecznością w zdobywaniu i poszerzaniu osobistej władzy. Władzy, która służyła mu do utrwalenia monopolu rządów prawicy. Ten etap dobiega końca. Jeszcze raz czy dwa prezes może się wymknąć młodszym wilkom. Chyba nie ma pomysłu na sukcesję zaakceptowaną przez większość walczących ze sobą liderów PiS.

Piszę tyle o Kaczyńskim, bo to jego w największym stopniu obciążają lata odwracania kota ogonem i budowania mitu o PRL jako jakiejś „czarnej dziurze” w naszej historii. Robił to skutecznie rękoma polityków o lotności furmanki. Wystarczy spojrzeć na ekipę, która siedzi w IPN, i powołanego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Czerwcowy rytm historii

Przekształcanie PRL w III RP zaczęło się długo przed 4 czerwca i zakończyło dużo później

Czy 4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm? To stwierdzenie znanej aktorki, wygłoszone kilka miesięcy po tej dacie, szybko trafiło do zbioru skrzydlatych słów, lecz jest dalekie od prawdy. Po pierwsze, komunizmu nigdy nad Wisłą nie było – byli co najwyżej komuniści, z czasem coraz mniej liczni, bo wiara w idee Lenina i Stalina topniała na świecie z każdym rokiem, a u nas chyba szybciej niż gdzie indziej. Po drugie, nawet jeśli przyjąć moment czerwcowych wyborów sprzed 37 lat za przełom ustrojowy, trzeba pamiętać, że przełomy takie mają charakter długotrwałych procesów, a nie jednorazowych wydarzeń. A proces przekształcania PRL w III RP rozpoczął się długo przed 4 czerwca i zakończył dużo później.

Jednak czerwiec to dobry miesiąc na refleksję historyczną nad losami naszego kraju w szerszej perspektywie czasowej – od momentu zakończenia II wojny światowej. Dominująca dziś IPN-owska narracja szczególnie eksponuje te wydarzenia z najnowszej historii Polski, które mają udowodnić bezdyskusyjną jakoby tezę o totalitarnym i okupacyjnym charakterze Polski Ludowej, od samego jej początku do samego końca.

Ale można i należy przyglądać się dziejom powojennej Polski spokojnie, uczciwie i bez ideologicznego zacietrzewienia. Tylko takie spojrzenie bowiem pozwoli naprawdę zrozumieć wybory i dylematy poprzednich pokoleń – i ludzi, którzy tym państwem rządzili, i tych, którzy byli rządzeni. Korzystając z okrągłych rocznic, które przypadają akurat na koniec czerwca, przyjrzyjmy się kolejnym etapom rozwoju i ewolucji Polski Ludowej.

80 lat temu

30 czerwca 1946 r. odbyło się pierwsze w naszej historii ogólnokrajowe referendum. Dziś pamięć o nim sprowadza się jedynie do faktu sfałszowania wyników (co miało być przygotowaniem do fałszerstwa wyborów sejmowych w styczniu 1947 r.) i postawy lidera PSL Stanisława Mikołajczyka, który wezwał do wskazania w głosowaniu odpowiedzi „nie” na pytanie dotyczące likwidacji Senatu. To wszystko prawda, jednak zapomina się o dwóch pozostałych pytaniach, które nie budziły kontrowersji nawet wśród przeciwników nowej władzy: „Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?” oraz „Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?”.

Pytania były sformułowane tak, by zmusić opozycję – czyli głównie ludowców Mikołajczyka – do zajęcia stanowiska identycznego jak PPR-owskie, PPS-owskie i ich pomniejszych sojuszników. Mikołajczyk miał z tym problem, bo za wszelką cenę chciał się odróżnić od komunistów, którzy pragnęli włączyć go do wspólnego bloku wyborczego.

Z drugiej strony pytania dotyczyły spraw tak oczywistych, że nie sposób było wzywać do ich zanegowania. Szczególnie jeśli było się przywódcą stronnictwa, które zawsze walczyło o reformę rolną i inne radykalne zmiany społeczno-gospodarcze, a pod koniec wojny szybko pogodziło się z nowymi granicami Polski, ale też w II RP konsekwentnie domagało się jednoizbowego parlamentu. Jednak Mikołajczyk wybrał tę ostatnią kwestię, by nie podpisać się pod hasłem „trzy razy tak” i skorzystać z okazji policzenia swoich zwolenników, najwyraźniej uznając, że spór o Senat jest sprawą symboliczną, bez większego znaczenia praktycznego.

Warto też przypomnieć,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Sztafeta dobra

W Bartoszycach realizowano eksperyment pedagogiczny, którego celem było stworzenie nowego człowieka

Prof. dr hab. Bernadetta Darska – krytyczka literacka, literaturoznawczyni. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Autorka 13 książek, najnowsza to „Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” (Wydawnictwo Iskry, 2026). Autorka bloga „Nowości książkowe”: www.bernadettadarska.blogspot.com.

Chyba każde miasto ma swoją ważną, szczególną ulicę. Wydaje się, że w Bartoszycach to ulica Bolesława Limanowskiego.
– To ulica szczególna, bo stanowi fundament dla polskiej społeczności, która po wojnie przybyła do tego poniemieckiego miasta. Tutaj, kiedy Bartoszyce są właściwie wyludnione, w 1947 r. powstaje Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka. Jego podstawą był dom dziecka, ale i inne instytucje edukacyjne, jak chociażby liceum pedagogiczne. Ulica Limanowskiego była pełna młodych – potrzebujących pomocy i niosących pomoc. Udowodnili, że można uwierzyć w człowieka i w przyszłość. Realizowano w tym miejscu eksperyment pedagogiczny, którego celem było stworzenie nowego człowieka.

Pisze pani, że małym powstańcom, „szwabom”, „rusom”, „niemczętom” koniec ich świata zamieniano w początek. Polska Kronika Filmowa już w 1948 r. z dumą pokazywała, jak „rośnie i uczy się nowy człowiek”.
– Niezależnie od historii dzieci i ich pochodzenia ważna była praktyka propagowana przez Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, które było patronem tego ośrodka, że nie ma dzieci trudnych. Nie ma dzieci złych, niedobrych, gorszych, każde zasługuje na uwagę. Co nie znaczy, że nie było trudnych chwil. Ważna jest kategoria młodości, którą akcentuję w tytule książki. Młodość łączyła wychowawców, dzieci i młodzież. Szanowali swoje role, jednocześnie była między nimi więź, rodzaj bliskości, zaangażowanie we współodpowiedzialność za grupę.

W Bartoszycach rodził się nowy typ pedagogiki pod okiem Aleksandra Lewina, który wcześniej pracował z Korczakiem. Przyjechał ze swoimi podopiecznymi aż z Uralu.
– Lewin, który uczestniczył w tworzeniu bartoszyckiego ośrodka, zaprosił do tego miejsca część swoich wychowanków z Monetnej na Uralu. Kiedy znajdujący się pod jego opieką młodzi ludzie wrócili do kraju, znaleźli się w domu dziecka w Sławięcicach. Do Bartoszyc przyjechały osoby, które Lewin uznawał za dojrzałe, pracowite, odpowiedzialne. Widział w nich nie tylko wychowanków domu dziecka, ale i tych, którzy pomogą w budowaniu wspólnoty bartoszyckiej. Tak się faktycznie stało. Młodzi znali reguły wzorowane na pedagogice Janusza Korczaka oraz radzieckiego pedagoga Antona Makarenki. Żyli według nich. Lewin umiał zbudować przyjazną atmosferę i dzieci nie tylko czuły się zaopiekowane, ale też były ważnymi podmiotami w tej instytucji. Co ciekawe, pedagog pozostał przyjacielem swoich wychowanków na całe życie. Monetniacy przez kilkadziesiąt lat od powrotu do kraju organizowali zjazdy. Lewin, opiekun spuścizny Korczaka, miał też epizod mroczny – odpowiadał za szkolenie wychowawców pracujących w Więzieniu dla Młodocianych Przestępców w Jaworznie, gdzie nie tyle ratowano młodych, ile raczej katorżniczą pracą i ideologią próbowano ich zniszczyć.

Kto znalazł się w tym „mieście dzieci”?
– To była grupa bardzo zróżnicowana, od początku narażona na konflikty. Przyjechały dzieci z ośrodka Boduena z Warszawy, miały różnego rodzaju dysfunkcje, potrzebowały szczególnej opieki. Jako jedne z pierwszych pojawiły się dzieci autochtonów, które nazywano konsekwentnie „Mazurami”, unikano nazwy „Niemcy”. A to dlatego, że prowadzono też szeroką akcję repolonizacyjną, która z założenia miała być wzorcowa dla całej Polski, podobnie jak idea tworzenia nowego człowieka. Przyjechali młodzi z powstania warszawskiego, którzy mieli bardzo trudne przeżycia, uczestniczyli w dramatycznych sytuacjach. Dzieci, które mówiły po niemiecku, były dla nich dziećmi wroga. Jednak młodzi wychowawcy umieli jakoś dotrzeć do tej ogromnej, podzielonej grupy ludzi – to była sztuka i prawdziwy talent pedagogiczny.

Docelowo ośrodek dla dzieci miał liczyć 3 tys. wychowanków. Skończyło się na mniejszej liczbie.
– Tak, tę liczbę wpisano w dokumentach założycielskich i pojawiała się w omawianych i upublicznianych planach. Ale już kilkaset dzieci to była ogromna grupa do opanowania pod względem edukacji, wychowania i opieki. Dom dziecka w Bartoszycach przez kilkadziesiąt lat był zresztą największym w Polsce. Młodość okazała się tutaj fundamentem codzienności. Niejednokrotnie ktoś uczył się w liceum pedagogicznym, które funkcjonowało w ramach ośrodka, a po lekcjach ten młody człowiek opiekował się dziećmi w domu dziecka;

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Premier na najtrudniejsze czasy

Pomnik Tadeusza Mazowieckiego będzie symbolem III RP

Donald Tusk zaproponował budowę pomnika Tadeusza Mazowieckiego przed siedzibą rządu. – Postawmy mu pomnik, tu, przed Kancelarią Premiera, jego kancelarią – mówił. To znakomita inicjatywa, jedna z najlepszych w jego karierze politycznej. Dobra dla samego Tuska, bo pozwala mu wyjść z politycznej obłości i nijakości, która, jak pokazują sondaże, zupełnie mu nie służy.

W dzisiejszej polityce potrzebny jest sztandar, sens działania, potrzebni są bohaterowie. Koalicja 15 Października ich nie ma, to dlatego ulega prawicy, napastliwym atakom. Gdyby wiedziała, jakiej Polski chce, sama mogłaby narzucać ton. Ale przede wszystkim to inicjatywa dobra dla Polski. Tej obecnej i tej, która będzie. Dla nas samych.

Jako społeczeństwo jesteśmy zainfekowani kłótniami, coraz częściej traktujemy życie publiczne jako arenę wywoływania emocji, szczucia na aktualnych wrogów. Coraz częściej kierują nami emocje tłumu, bezustannie podpuszczanego przez żądnych władzy pseudopolityków. Sejm nie jest miejscem refleksji, ale awantur i swoistej rywalizacji, kto kogo mocniej obrazi. Pojawiają się nowe określenia: oburzing, zaoranie. To wszystko zwyczaje prymitywnej gawiedzi, której się schlebia.

Innymi słowy, polityka przestała być sztuką, stała się awanturą. Kto kogo. A refleksja, co z danych działań będzie wynikało, myślenie w kategoriach dłuższych niż najbliższa kampania zupełnie zanikły.

Możemy więc powiedzieć, że Tadeusz Mazowiecki do obecnej polityki nie pasuje, że to nie jego żywioł. Nie był demagogiem ani oszustem. Nie obiecywał gruszek na wierzbie. Nie dzielił, tylko szukał porozumienia. Myślał w kategoriach interesu Polski, a nie partyjnego. Nie obrażał, nie krzyczał – mówił spokojnie. Wierzył ludziom i dawał im szerokie pole do działania. I na tym polega jego siła.

Można długo wyliczać. Argumentów na potwierdzenie tezy, że Mazowiecki do dzisiejszej polityki nie pasuje, jest aż nadto. Rzecz w tym, że to nasz problem.

I dlatego Mazowiecki powinien mieć pomnik.

To będzie symbol. Przede wszystkim III Rzeczypospolitej. Tej, o której marzyły pokolenia – tolerancyjnej, będącej częścią Zachodu. Tej, w którą Mazowiecki nas wprowadził. Oczywiście nie sam, ale w tej grupie był sztandarową postacią. Poza tym symbol sposobu prowadzenia polityki: rozważnej, nieagresywnej i w końcu skutecznej. Symbol myślenia o Polsce. Warto to przypominać, bo widzimy, co dziś się dzieje.

Ale będzie to też symbol pokolenia. Tego doświadczonego wojną, a potem Polską Ludową. Państwem, które części dało wielką szansę, a taka zdarza się raz na wiele pokoleń. Ludzie ci zbudowali współczesne społeczeństwo, ulepili Polskę na nowo. I byli tą Polską czasem zachwyceni, czasem rozczarowani. Bo to była pół-Polska,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Prymas Polski Ludowej

Nigdy nie przyszło mu do głowy negować państwo, jego sytuację geopolityczną i ustrój społeczno-gospodarczy

„Dziś pogrzeb prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Uroczystości żałobne rozpoczęły się o godzinie 16. Delegacji państwowej przewodniczy Henryk Jabłoński. W składzie delegacji: współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu Kazimierz Barcikowski, marszałek Sejmu Stanisław Gucwa, wicepremierzy Jerzy Ozdowski i ja, minister spraw zagranicznych Józef Czyrek, kierownik Urzędu ds. Wyznań Jerzy Kuberski i przewodniczący Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską Kazimierz Szablewski. Delegacji FJN przewodniczył Jan Szczepański. Uroczystość zaczęła się w prezbiterium katedry św. Jana. Po wyniesieniu trumny uformował się kondukt, który przez Krakowskie Przedmieście i ulicę Królewską dotarł na Plac Zwycięstwa. O 17 rozpoczęła się msza. Po wystąpieniu kard. Agostina Casarolego, który reprezentuje papieża, homilię papieską odczytał kard. Franciszek Macharski. Po mszy wyruszyliśmy do katedry. Trumna została wniesiona do XVII-wiecznej krypty. Przeszliśmy przed nią i na tym zakończył się ten szczególny dzień”. Tak opisał ten iście królewski pogrzeb Mieczysław Rakowski w swoim dzienniku 31 maja 1981 r.

Śmierć kard. Wyszyńskiego, która nastąpiła trzy dni wcześniej, przypadła na szczególny okres w najnowszej historii Polski. Na dobre trwał wówczas „karnawał Solidarności”, czyli kilkanaście miesięcy między sierpniem 1980 r. a 13 grudnia 1981 r., które cechowała faktyczna dwuwładza: z jednej strony oficjalne rządy PZPR i jej sojuszników, a z drugiej nieformalny wpływ NSZZ Solidarność na wszystko, co w PRL wtedy się działo. Owa dwuwładza coraz bardziej nosiła cechy anarchii, tak fatalnie zapisanej w dziejach szlacheckiej Rzeczypospolitej albo w historii Rosji pomiędzy rewolucją lutową a październikową 1917 r. W tak krytycznym momencie zabrakło człowieka, który bez wątpienia stanowił największy autorytet moralny – ale i polityczny – dla zdecydowanej większości Polaków, po obu stronach ówczesnej barykady.

W dominującej dziś IPN-owskiej, czyli antykomunistyczno-klerykalnej wersji historii prymas Wyszyński przedstawiany jest jako przywódca narodu walczącego przez cały okres powojenny z komunistycznym totalitaryzmem. Trudno o bardziej kłamliwą wizję naszej przeszłości, bo ani Polska Ludowa nie była państwem totalitarnym (zwłaszcza po 1956 r.), ani cały naród nie kwestionował tamtego państwa i panującego w nim systemu, ani sam kardynał nie aspirował do roli lidera walki z tym systemem i władzami PRL.

Dwie ściany

Jeszcze dwa miesiące przed śmiercią, 25 marca 1981 r., w Natolinie prymas spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim, wtedy świeżo powołanym szefem rządu. Jak generał relacjonował Rakowskiemu, Wyszyński powiedział, że Solidarność „powinna iść po linii społeczno-zawodowej, a napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co chodzi”. Samą Solidarność określił jako „romantyczno-renesansowy prąd”, ale dodał, że obecnie „następuje infiltracja, żeby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza korowskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”.

Podczas spotkania z premierem rządu PRL padły jeszcze dwie ciekawe uwagi prymasa, natury bardziej ogólnej. Pierwsza: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. I druga, dotycząca rewolucji październikowej, o której prymas powiedział, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne i egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy”.

Rakowski dodał, że to samo usłyszał od Wyszyńskiego w nieco wcześniejszej rozmowie Stanisław Kania, ówczesny I sekretarz KC PZPR. Na koniec zaś autor dziennika zanotował: „Generał był bardzo zadowolony z rozmowy z prymasem i z tego, co od niego usłyszał”. Z kolei Kania – według Rakowskiego – uznał, że „prymas ocenia Solidarność podobnie jak my. Analizuje Solidarność tak, jakby był marksistą”.

Oczywiście kardynał marksistą nie był, lecz niewątpliwie znał marksizm, i to znacznie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Ciągłość dziejów gospodarki

O czym mówił wicepremier Kwiatkowski na gospodarczej naradzie członków rządu

W dyskusjach o przeszłości najczęściej zajmujemy się historią polityczną, władzami i wojnami. Zakładamy, zresztą słusznie, że wiele z tego, co było, będzie także naszym dzisiejszym doświadczeniem. Teraz chętnie porównujemy III RP z PRL, a najczęściej tylko z kryzysem lat 80. To prawda, że dziś jest lepiej niż wczoraj, ale można zauważyć, że wczoraj też było lepiej niż przedwczoraj, czyli w II RP. Okresy w historii wyznaczają nie tylko chcenia, ale przede wszystkim dokonania w określonych warunkach. Odwołując się do II RP, warto sięgać do dokumentów z tamtego okresu.

Takim dokumentem jest sprawozdanie z narady gospodarczej, która odbyła się na przełomie lutego i marca 1936 r. w Warszawie. Tekst został starannie wydrukowany, w twardej oprawie, co pokazuje, że chciano się pochwalić polityką rządu. Na naradzie prezentowano plan gospodarczy gabinetu, na którego czele stał Marian Zyndram-Kościałkowski. Programowy referat wygłosił wicepremier inż. Eugeniusz Kwiatkowski, w sprawach branżowych głos zabierali ministrowie. Szczegółowe sprawozdanie z tej narady jest źródłem ciekawych informacji o tym, jak wówczas postrzegano sprawy kraju. Spróbuję pokazać ówczesną ocenę stanu gospodarki w wystąpieniu wicepremiera Kwiatkowskiego.

Wicepremier po oddaniu hołdu zmarłemu Józefowi Piłsudskiemu (taki był wtedy rytuał wpisany w kult Marszałka) skupił się na omówieniu głównych trudności, z którymi rząd musi się mierzyć. Zaczął od tego, że Europę często dzieli się na dwie części wzdłuż polskiej granicy zachodniej. Uznał, że nie jest to obiektywne stwierdzenie, bo granica różnicująca poziom gospodarczy przebiega przez środek Polski. Po stronie Polski A są województwa: pomorskie, poznańskie, śląskie, krakowskie, kieleckie, łódzkie i warszawskie. Po drugiej stronie jest cała reszta Polski. Ludność każdej części wynosi 16 mln. Obszar Polski A to ok. 36% powierzchni,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.