Jeszcze nie przeciwnicy, ale już nie zwolennicy

Jeszcze nie przeciwnicy, ale już nie zwolennicy

Rok zaczął mi się dynamicznie. Już pierwszy tekst „Samo się nie zrobiło” sprawił, że mam się nad czym zastanawiać. Reakcja czytelników, liczniejsza i żywsza niż zwykle, powinna mnie oczywiście ucieszyć, gdyby nie pewne ale. Prawie wszyscy, którym chciało się zabrać głos, polemizowali z tezami komentarza. Uważając, że dostrzeganie plusów w polityce rządu świadczy albo o niskim poziomie lewicowości autora, albo, co gorsza, o podlizywaniu się władzy i premierowi. Tylko dwie osoby pogratulowały mi obiektywizmu ocen. Mimo wszystko nie posypię jednak głowy popiołem. Dalej uważam, że to ówczesna decyzja rządu w reakcji na początek wielkiego kryzysu była kluczem do powodzenia polskiej gospodarki w 2009 r. Nie aniołki i nie cudowne propozycje opozycji, ale ta konkretna decyzja sprawiła, że jako nieliczni w świecie mamy mały, ale jednak plusowy wynik. A szczególnie warte podkreślenia jest to, że Polska nie uległa wówczas owczemu pędowi i nie wybrała drogi, którą poszły ważne kraje Unii. Nie poszła ich śladem i wygrała. A co by było z rządem, gdyby wówczas się pomylił? Mielibyśmy pewnie okazję pooglądać sobie tych polityków na uchodźstwie. Czy Tusk, Pawlak i ich najbliżsi współpracownicy mieli wówczas świadomość, że są w położeniu sapera, który wyleci w powietrze po najmniejszym błędzie? Ja sądzę, że mieli. I poszli pod prąd nastrojom społecznym oraz oczekiwaniom i naciskom lobbystów bankowych i korporacyjnych.
Tym bardziej więc doceniam tamten wybór. I dokładnie to próbowałem powiedzieć tydzień temu. Moi oponenci nie podważają sensowności tej decyzji Tuska. Nie widzą jednak jej znaczenia i wpływu na wszystkie późniejsze wydarzenia w gospodarce. Przyjmują, że był to wybór przypadkowy albo szczęśliwy zbieg okoliczności, trochę na zasadzie: trafiło się ślepej kurze ziarno. Mają też własne porachunki z władzą. I bardzo konkretne powody, by ją źle oceniać. Te powody tak mocno rzutują na opinię o całej władzy, że niestety eliminują chęć do jakiegoś obiektywizowania ocen. Platforma Obywatelska sama sobie na te nastroje zapracowała, nie podejmując oczekiwanych, a obiecywanych decyzji albo tak zawężając kręgi decyzyjne do własnych stronników, że większość społeczeństwa mimo posiadanych kompetencji i chęci współpracy z władzą została wyproszona za drzwi. Ci ludzie jeszcze nie są przeciwnikami rządu. Ale też już nie są jego zwolennikami.
Jakie mogą być dalsze zachowania zawiedzionych wyborców PO? I jaki wpływ na opinię publiczną w tym bardzo ważnym, bo wyborczym roku będą miały media? Poprawę swojego położenia i wzrost szans wyborczych prezydent Kaczyński w całości zawdzięcza zarządzanym przez PiS mediom publicznym, do których od jesieni nieustannie, i to szeroką ławą, trafiają najzagorzalsi wielbiciele IV RP. Codziennie TVP i Polskie Radio z żelazną konsekwencją, we wszystkich możliwych programach pracują nad nowym wizerunkiem prezydenta. Trzeba być ślepym, by tego nie dostrzegać. I mało rozumnym, by nie przewidzieć skutków tej kampanii. W sprawie mediów publicznych premier sam sobie strzelił w stopę, i to dwukrotnie. Raz, gdy rozwalił mozolnie wypracowane porozumienie między PO, PSL i SLD. A dwa, gdy zaczął głosić, że los mediów publicznych to nie jest problem rządu. Szybko za tę arogancję został skarcony. Gdy ogląda TVP, nie może mieć złudzeń, że jeszcze kilka miesięcy tak bezwzględnej propagandy i będzie mógł zacząć pisać wspomnienia.

Wydanie: 2/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy