Jak zwalczać cholerę?

Jak zwalczać cholerę?

W roku 1873 w Krakowie zmarł na apopleksję prof. Antoni Wachholz, historyk, były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po latach jego syn Leon, profesor medycyny sądowej, tak to wspominał: „Ponieważ śmierć ojca przypadała na czas epidemii cholery, władze sanitarne miejskie zarządziły, aby przy katafalku ojca umieszczone były miseczki z karbolem surowym. Zapach ten utkwił mi tak w pamięci, że dziś jeszcze woń surowego karbolu nasuwa mi na pamięć katafalk w pokoju obitym kirem, ze zwłokami ojca. Z tego czasu zapamiętałem też nazwę choroby »cholera«. Panowała ona w tym roku silnie w Krakowie. Miasto latem się wyludniło, po ulicach uwijały się często żółte wozy sanitarne, zwane popularnie »kanarkami«, które przewoziły chorych do szpitali cholerycznych”. Czemu miał służyć karbol w miseczkach przy zwłokach człowieka zmarłego na apopleksję, odgadnąć trudno. Król polskich medyków sądowych Leon Wachholz uważał to po latach za czysty idiotyzm. Ale władze sanitarne miasta w czasie epidemii uważały to za rzecz bezwzględnie konieczną, a ludzie te nakazy, ze strachu przed straszliwą zarazą, traktowali z całą powagą i byli wdzięczni władzom, że tak troszczą się o ich zdrowie.

Dziś mamy epidemię wprawdzie nie cholery, ale koronawirusa, jednak władze sanitarne i w ogóle państwowe wydają zarządzenia, z których niejedne są tak skuteczne jak miseczki z karbolem przy zwłokach zmarłego na serce w czasach cholery. Takich współczesnych „miseczek z karbolem” mamy dziś wielką mnogość.

Z teoretycznego punktu widzenia rozprzestrzenianiu się choroby skutecznie może zapobiec szybkie odizolowanie chorych i nosicieli wirusa od reszty społeczeństwa. To oczywiste. Aby ten cel zrealizować, trzeba by ich szybko zidentyfikować. Do identyfikacji służą testy. Musiałaby ich być odpowiednia liczba. Ale to nie wszystko. Musiałyby być jasno określone procedury, komu, gdzie i w jakich warunkach te testy robić, a wcześniej, komu zgłaszać podejrzenie zarażenia.

Krótko mówiąc, potrzebna jest odpowiednia liczba testów i sprawna organizacja. U nas testów robi się mało, a procedury doprowadzające do ich wykonania, a później zasady traktowania pacjentów czekających na diagnozę i wreszcie zdiagnozowanych, nie są ściśle przestrzegane lub po prostu ich brak. Teoretycznie można by to zastąpić pełną izolacją wszystkich, i tych zarażonych, i jeszcze niezarażonych, bez zadawania sobie trudu sprawdzenia, kto jest chory, a kto jeszcze nie. Jak nikt z nikim się nie spotka, to nikt nikogo nie zrazi. Ale nie trzeba przekonywać, że to absolutnie niewykonalne.

Każdy chyba bez trudu może wskazać przypadki, że ludzie zgłaszający się sami na test są albo odsyłani, albo czekają na niego po parę godzin w otoczeniu innych osób. I jeśli rzeczywiście są zarażeni, zarażają dalej, zanim zostaną odizolowani.

Pierwszą stosowaną metodą, jak pamiętamy, było mierzenie temperatury pasażerów, którzy przylecieli do Polski z Chin lub krajów, gdzie epidemia już szalała. Ilu z nich przywiozło wirusa, nie wiadomo. Ale wtedy jeszcze minister zdrowia i główny inspektor sanitarny przekonywali, że epidemia nam nie grozi.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 17/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 17/2020

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy