POPiS Janowskiego

POPiS Janowskiego

Liberum veto było dotąd dla polskich uczniów jak potwór z Loch Ness. Wiedzieli, że coś takiego było, ale nie mogli sobie tego zjawiska wyobrazić, bo nigdy go nie widzieli. I pewno dalej byłby to dla nich historyczny opis coraz bardziej zamierzchłej i niechlubnej przeszłości, gdyby nie uparte próby reanimacji liberum veto na forum parlamentu.
Wraca i poprzez media wdziera się do każdego domu nieproszony upiór z gębą. Gębą pełną frazesów i fałszywej troski o sprawy coraz bardziej zmęczonego społeczeństwa. Grupa posłów zapisuje kolejne karty w dziejach narodowej głupoty, anarchii i warcholstwa. Nie są to znowu zachowania tak bardzo u nas nietypowe, by za każdym razem podnosić larum. Gorzej, gdy zaraza dociera na szczyty władzy.
Jakżeż budzić u młodych szacunek do prawa i instytucji, które je stanowią, gdy ci, którzy tworzą ustawy, kompromitują się brakiem wiedzy i sami za nic mają prawo, własne uchwały i regulaminy?
Jeszcze raz okazało się, że dla wielu posłów każdy pretekst jest dobry, by przed wyborami samorządowymi dać znać wyborcom, jak bardzo jest się z nimi. I jak nieustępliwie walczy się o ich interesy. Zastosowane metody, zdaniem blokujących prace Sejmu, mają im przynieść wzrost poparcia społecznego i więcej głosów w niedzielnych wyborach.
Czy tak się stanie? Czy właściwie oceniają nastroje społeczne? Czy to, co i jak robią, może liczyć na aprobatę? A jeśli tak, to w jakich kręgach?
Od dawna wiadomo, czego można się spodziewać po niektórych posłach Ligi Polskich Rodzin, Samoobrony czy PSL. To była i jest narodowa reprezentacja folkloru. Nie dziwią mnie ani ich gesty, ani słowa, które zazwyczaj wykrzykują. Proszę zwrócić uwagę na to, że oni rzadko mówią. Najczęściej krzyczą. Ale to nie oni, wbrew opiniom lansowanym przez bardziej wyrafinowanych polityków i media, są faktycznym zagrożeniem dla demokracji. Od ich obecności, a nawet od coraz bardziej kuriozalnych wybryków, demokracja się nie zawali. Co najwyżej może być w polskim wydaniu ciut bardziej śmieszna.
Uważam, że marszałek Marek Borowski zrobił to, co powinien zrobić każdy odpowiedzialny polityk. Swoją decyzją dowiódł, że nie ma tolerancji dla tych, którzy mylą parlament z cyrkiem, kabaretem czy szpitalem psychiatrycznym. Faktycznym zagrożeniem demokracji może być zachowanie tych, którzy deklarują, że są w centrum, a w czasie zamętu stają w jednym szeregu z awanturnikami. Żenujące zachowanie posłów Prawa i Sprawiedliwości i Platformy Obywatelskiej, kunktatorskie i dwuznaczne, pokazało, jak w istocie cienka jest linia między nimi a żołnierzami Radia Maryja czy Leppera.

Wydanie: 42/2002

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy