Chcemy obiektywizmu

Chcemy obiektywizmu

Nie wiadomo, jak się ułożą stosunki między administracją Donalda Trumpa a Kremlem, ale Władimir Putin już ma powód odczuwać ulgę. Zapasy błota, jakie zachodnie (i polskie) media miały dla prezydenta Rosji, w połowie będą przeznaczone dla Trumpa, prezydenta Stanów Zjednoczonych. We dwóch zawsze raźniej.

Słusznie napisano w poprzednim numerze PRZEGLĄDU, że „zwycięstwo Trumpa i Partii Republikańskiej to wielka klęska mediów amerykańskiego głównego nurtu”. Prawie jednomyślnie wystąpiły one przeciw Donaldowi Trumpowi, co nie jest jeszcze kompromitacją, ale rażąco przesadziły z oszczerstwami i prawie jednomyślnie błędnie prognozowały wynik wyborów. Naśladowały je polskie media, dodając jeszcze bezsens, jakim jest agitowanie ludzi w Polsce do udziału w wyborach amerykańskich za pomocą trzymania kciuków, jakby w przekonaniu, że polskie kciuki zostaną doliczone do wyniku. Polscy dziennikarze kochają oceniać; obiektywizm w opisywaniu faktów sprawia im przykrość, bo nie czują się wówczas demiurgami zdarzeń. Czują się nimi, gdy oceniają, pouczają, karcą, szydzą. Egzystencjonalne sedno, według ich przekonania, tkwi w ocenie, a nie w obiektywnym stanie rzeczy.

Czy ktoś nie słyszał o księdzu Józefie Marii Bocheńskim, imię zakonne Innocenty? Był to bardzo uczony i życiowo doświadczony dominikanin, profesor, a w pewnym okresie też rektor uniwersytetu we Fryburgu w Szwajcarii. Wykładał filozofię i logikę, pisał przeciw marksizmowi i z tego powodu miał pozycję wśród sowietologów. Byłem kiedyś na jego wykładzie uniwersyteckim traktującym o zjawiskach estetycznych w realnym życiu. Jeden z przykładów, jakie przytaczał, był wzięty z wojny 1920 r., w której brał udział jako bodajże ułan. Nie przytoczę tego przykładu, żeby nie gorszyć maluczkich, zwłaszcza starych maluczkich, bo młodych, zdaje się, nic już nie gorszy. Ponieważ użyję argumentu z jego autorytetu, dodam jeszcze, że posiadał własny samolot, którym latał do późnej starości, i był bratem dwóch innych znanych Bocheńskich, Aleksandra i Adolfa. Otóż ten ojciec Innocenty Bocheński napisał m.in. małe, ale nader treściwe dziełko zatytułowane „Podręcznik mądrości tego świata”. Na początku zastrzega się, że jako ksiądz chrześcijański nie może zalecać wszystkiego, co się składa na mądrość tego świata, bo jak powiedział św. Paweł (I Kor. 1,20), „Chrystus uczynił ją głupią”, nie przemilczając, że w oczach niewierzących głupotą jest chrześcijaństwo. Z tego „Podręcznika” można wyodrębnić oczywistości tego świata, a te nawet ksiądz musi uznać. Pominę tu kwestie, że tak powiem, mądrościowe i ograniczę się do jednej prawdy oczywistej, bardzo w polskich mediach deficytowej. Bocheński nazywa ją zasadą kompetencji: „Zajmuj się sprawami, które od ciebie zależą, a nie tymi, które od ciebie nie zależą. W rzeczy samej zajmować i przejmować się rzeczami, które od nas nie zależą, jest wielką głupotą. Jednym z najdziwniejszych zjawisk w przyrodzie jest, że tylu ludzi myśli, troska się, rozprawia o sprawach, na które nie ma najmniejszego wpływu”. Trzeba jednak rozróżnić sprawy, na które nie ma się wpływu, od spraw, na które ma się malutki wpływ. W społeczeństwie jednostka może myśleć, że nie ma na nic wpływu, gdy w rzeczywistości jej malutki, prawie nieodczuwalny wpływ połączony z takimi prawie nieodczuwalnymi wpływami innych jednostek może doprowadzić do skutków o ogromnym znaczeniu. Ale co myśleć o Polaku, np. dziennikarzu, któremu się wydaje, że trzymając kciuk za Clintonką lub Trumpem, wpływa na wynik wyborów w Nowym Jorku? On tak nie myśli, ale przeżywa sytuację w taki sposób, jakby myślał. Bocheński stawia sprawę zasadniczo: „Nie wartościuj niepotrzebnie. Ta zasada zakazuje nie tylko czynów w sprawach, na które nie mamy wpływu, ale i sądzenia o takich sprawach. Jej uzasadnienie leży w tym, że wartościowanie prowadzi zwykle do przejmowania się, zabronionego przez następne przykazanie: Nie przejmuj się tym, na co nie masz wpływu. Przejmowanie się sprawami ode mnie niezależnymi, złoszczenie się na nie jest oczywistą głupotą, bo jest bezcelowe, a nieprzyjemne. Jeśli jacyś oprawcy mordują niewinnych ludzi, to jest to zapewne przykre, ale jeśli nie mogę przyczynić się do położenia końca tym mordom, dlaczego miałbym się nimi przejmować?”. Oczywiście trzeba się dobrze rozpatrzyć, czy rzeczywiście mogę lub nie mogę pomóc w tej sprawie. Nie mamy tej trudności, gdy chodzi o przeszłość. Co się stało, już się nie odstanie i do zdarzeń historycznych trzeba się ustosunkować ze specjalną powściągliwością, na którą nie stać ludzi głupich.

„Myśl i czuj niezależnie od innych”, wzywa ksiądz Bocheński. Zasada dziś bardziej na czasie, niż kiedykolwiek była. Doskonałe środki przekazu sięgają głęboko w psychikę jednostek, odbierają autentyczność myślenia, osłabiają poczucie rzeczywistości, a razem z tym zdrowy rozsądek; „większość ludzi nie rządzi sobą, jest pędzona przez innych, stosuje swoje uczucia, nastroje, myśli do tego, co czynią i myślą inni. To duchowe niewolnictwo tłumu jest wspierane przez środki masowego przekazu, które dbają codziennie o to, aby każdy wiedział, co powinien myśleć i czuć”.

Wszystkie polskie media głównego nurtu w ślad za amerykańskimi głosiły i głoszą to samo: Donald Trump jest nieprzewidywalnym ignorantem, mizoginem (antypatykiem kobiet) i jednocześnie natrętnym uwodzicielem, narcyzem, seksistą, kłamcą (kanadyjski dziennikarz, który nie odstępował go na krok, doliczył się 25 kłamstw dziennie), wulgarnym chamem i dalej pozostały słownik wyrazów obelżywych. Nie wiadomo, jak Polacy reagują na takie prasowe i telewizyjne usiłowanie przemocy psychicznej, wiemy, jak zareagowali Amerykanie.

Wydanie: 47/2016

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy