Dyktatura długopisu

Konstytucyjnie w naszym kraju silną pozycję ma parlament i wyłoniony przez niego rząd. Słabą prezydent. Obecnie przerabiamy przypadek, kiedy zaczyna rządzić prezydent z premierem. Ku zdumieniu parlamentu.
Rząd Marka Belki rodził się z wielkim trudem. Owe bóle porodowe, rzeczywiste lub częściowo reżyserowane, skutecznie wystraszyły część parlamentarzystów. Przekonały ich, że w tym Sejmie, przy tym układzie partyjnym nie ma alternatywy dla rządu Belki. Jawiącego się początkowo jako lekko pozapartyjny, słaby, w przyszłości żebrzący o poparcie Sejmu dla ustaw rządowych. Ale po chwili rozpoznania premier rozpoczął zmiany kadrowe wprawiające w osłupienie parlament. Nominacja Marka Balickiego wessała do koalicji rządowej kreującą się na opozycyjną SdPL. Osłabiła dobre mniemanie koalicji SLD-UP, kiedy wiceminister Kralkowska, pomimo obrony jej przez UP, musiała odejść. Nominacja Belki zaskoczyła liderów SdPl, wicemarszałek Nałęcz długo nie mógł w nią uwierzyć, a rzecznik prasowy tej partii Arkadiusz Kasznia podał się do dymisji. Ale to tylko gesty i protesty. SdPl przestraszona wynikami eurowyborów, sondażami przedwyborczymi i narastającymi sporami straciła już ochotę na jesienne wybory parlamentarne. Podobnie jak „Samoobrona”, osłabiona ostatnio niedysponowanym liderem. Co z tego, że powracający ze szpitala Lepper znów zakrzyknie o przyspieszonych wyborach, kiedy jego posłowie półgębkiem, coraz zgodniej wspominają o konstytucyjnym, czyli przyszłorocznym, jesiennym terminie. A może nawet o wariancie oszczędnościowym, czyli przedłużeniu kadencji parlamentu tak, aby suwerenny Naród mógł wybrać parlament i prezydenta jednocześnie.
Do wyborów przestała palić się Platforma Obywatelska, od kiedy LPR zaczął deptać jej po piętach. PiS też nie cieszy się z uzyskanego w eurowyborach wyniku. Pozostaje tylko napęczniały Roman Giertych, cały czas temperowany przez starszych, zazdrosnych o notowania kolegów.
Rząd, a ściślej premier, ma już wolną rękę. Wolną do nominacyjnych decyzji. Kiedyś Zbigniew Siemiątkowski celnie powiedział, że w III RP premier rządzi za sprawą długopisu sygnującego nominację. Belka puścił w ruch długopis. I niebawem jeszcze parlamentarzystów zaskoczy.
Aktualnie parlamentarzyści znużeni bezproduktywną walką polityczną, a także stachanowskim czynem legislacyjnym, czyli forsownym dostosowaniem prawa krajowego do unijnego, marzą o przerwie wakacyjnej. Pójdą na nią za dwa tygodnie. Kiedy rozjadą się, długopis premiera pójdzie w ruch. A gdy wrócą po wakacjach, zostaną im tylko puste protesty. Ten parlament długo, uczciwie zapracował sobie na marną ocenę społeczną. Bo często pracował źle. Ale przede wszystkim dlatego, że liderzy PO, PiS, LPR niedawno prześcigali się w populistycznych atakach na miejsce pracy. Krzyczeli o poselskich socjalnych przywilejach, zapowiadali ich likwidację, ale kończyło się tylko na słowach. Udowadniali w bulwarówkach, że parlamentarzystów jest za dużo, oskarżali się wzajemnie. Teraz, bez twarzy, nie będą mogli przeciwstawić się w mediach, w oczach opinii publicznej rządowi Belki. Nie przystaną też na wcześniejsze wybory parlamentarne. Oczywiście parlament mógłby szachować rząd brakiem poparcia dla jego ustaw. Tylko czy ten rząd oprócz ustawy budżetowej, którą parlament uchwalić w tej sytuacji musi, przestawi inne wymagające zabiegów o łaski parlamentu? To raczej Sejm, dążąc do poprawy swego wizerunku, będzie musiał coś uchwalić. Wszak wchodzimy w okres kampanii wyborczej. I tak prezydent owinie sobie ten parlament wokół Belki.

Wydanie: 30/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy