Prole mimo woli

Prole mimo woli

W „Roku 1984” George’a Orwella prole stanowili najniższą klasę społeczną – na co dzień byli dyskryminowani, ich potrzeby nie mogły być zaspokojone, panujący system zaniedbywał ich pod każdym względem. Dzisiaj jest nawet gorzej: oficjalny język nie pozwala dostrzec i nazwać proli po imieniu.

Klasa robotnicza, proletariat, prole przestali istnieć po 1989 r. Najpierw językowo (w mediach, w publicystyce), później politycznie (żadna partia nie odnosiła się do ich interesów), a w końcu w ogóle zniknęli ze świadomości społecznej – tak skutecznie, że nawet ci, którzy są typowymi prolami, sami siebie określają inaczej. Dziwaczne etykiety wymyśla często rynek do ukrycia konfliktów w miejs­cu pracy: menedżer ds. sprzedaży (kierownik zmiany w markecie), przedstawiciel handlowy (pospolity sprzedawca), agent ds. bezpieczeństwa (czyli ochroniarz). Największa amerykańska sieć marketów Walmart, aby ukryć rażące różnice dochodów prezesów firmy i szeregowych pracowników, każe wszystkich nazywać wspólnikami. Łączy ich firma i jej logo. I nic więcej.

Słyszymy o bolączkach i frustracjach klasy średniej, ale nikt nie mówi o problemach proli. Skoro nie ma proli, ich problemy też nie mogą być widoczne. Ostatnie polityczne zamieszanie w Polsce komentowane jest jako niezadowolenie klasy średniej. Tyle że tak naprawdę klasa średnia, będąca gwarancją stabilizacji systemu, nie zdążyła w pełni się wykształcić po 1989 r. W półperyferyjnym modelu kapitalizmu, jaki mamy w Polsce, do klasy średniej należy zdecydowana mniejszość społeczeństwa. Pozostali jedynie do niej aspirują i próbują naśladować jej styl życia (nawet za cenę zarzynania się kredytami). W tych staraniach niektórzy przejmują jej nawyki, postrzeganie świata, a nawet poglądy polityczne. I nawet jeśli ich obiektywne interesy i zarobki nie powinny pozwalać im na popieranie neoliberalnych dogmatów, nadal są wyznawcami religii rynkowej w jej najgorszym, fundamentalistycznym wydaniu.

To musi prowadzić do frustracji. Kiedy system kapitalistyczny miał im zapewnić szybkie kariery i dostęp do produktów z reklam, a realne życie nie pozwala realnie zaspokoić aspiracji, nieuchronnie prowadzi to do wściekłości. Ale tak zrodzony gniew nie jest wymierzony w narzucone im przez system cele, lecz w sposoby osiągania tych celów. Mówiąc krótko: kiedy kapitalizm kopie ich w różne części ciała, oni go nie odrzucają, lecz uważają, że to nie jest „ten prawdziwy kapitalizm”. Nie odrzucają też kapitalistycznej logiki i wartości kapitalizmu: zysku, chciwości, egoizmu, prymatu prywatnych interesów nad interesami ogółu. Dlatego ani korwiniści, ani kukizowcy, ani tym bardziej japiszony od bankiera Petru nie chcą obalać kapitalizmu, oni chcą zająć w nim odpowiednie miejsce. I w żaden sposób nie uznają się za proli. Wierzą w naprawę kapitalizmu jeszcze mocniejszymi dawkami kapitalistycznej brutalności. Chcą gasić pożar benzyną.

Ale ich nędzne dochody, obiektywnie niska pozycja w strukturze zatrudnienia, wykonywane prace, które są proste i nie wymagają ani studiów, ani żadnej dłuższej praktyki (zazwyczaj wystarczy krótki kurs przygotowawczy), czynią z nich klasycznych proli. Większość to pracownicy najemni.

Ten pozbawiony szans awansu społecznego współczesny proletariat ani nie ma świadomości swojego położenia, ani nie zna obiektywnych sposobów zmiany obecnego życia. Im dłużej jednak będzie wierzyć w możliwość zmiany swojego otoczenia poprzez głosowanie na autorytarnych i faszyzujących hochsztaplerów politycznych, tym nędzniejsze będzie jego życie. Zamiast podniecać się kolejnymi dyżurnymi populistami, warto organizować się w miejscu pracy poprzez związki zawodowe, stowarzyszenia i ruchy obywatelskie. Zmiana nie przyjdzie od góry, ona może przyjść od dołu. I nie dzięki pojawieniu się nawiedzonych jednostek przekonanych o swojej misji, ale w wyniku tworzenia szerokiego ruchu społecznego działającego na rzecz zmniejszenia nierówności w sferze socjalnej, ekonomicznej, kulturowej i politycznej.

Jak zwykle największą moc polityczną mają ci niewidoczni i nieobecni w oficjalnym życiu publicznym. Ta milcząca większość pracowników najemnych, która wcale nie musi milczeć – czyli prole. Ale najpierw muszą to zrozumieć, zaakceptować i wyciągnąć praktyczne wnioski. Polityczna lewica musi w tym pomóc. Dzięki temu sama może odzyskać należną jej pozycję.

Wydanie: 25/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy