Obrońcy mitu

Obrońcy mitu

Ukazała się niedawno książka „Wokół sprawy Pyjasa” pod redakcją Marii Anny Potockiej. Autorka przestudiowała akta sądowe i IPN, przeprowadziła rozmowy z wieloma osobami i na tej podstawie w bardzo wyważonej formie i niezwykle rzetelnie opowiedziała o sprawie Stanisława Pyjasa, prostując mity i liczne brednie tym mitom towarzyszące. A mitów o tej sprawie naopowiadano już bez liku. Mnie mity – ani brednie – nie przeszkadzają. Każdy może tworzyć mity, opowiadać je, upowszechniać, upiększać. Może też bredzić do woli. Każdemu wolno się ośmieszać. Nawet pół biedy, gdy opierając się na tych mitach i bredniach, odsłania się pomniki i wmurowuje tablice, upowszechniające przy okazji mit. Gorzej, gdy brednie i mity fałszują historię. Jeszcze gorzej, gdy wyrządzają komuś krzywdę.

Maria Anna Potocka przedstawia fakty. Ale ponieważ część tych faktów obala mit, nic dziwnego, że mitomani rzucają się teraz na nią i na red. Wojciecha Czuchnowskiego, którego wina polega na tym, że książkę Potockiej omówił w „Wyborczej”.

Mit podstawowy mówi o tym, że Pyjasa zabiła SB. Tezę tę próbowano udowodnić w ciągnącym się kilka lat śledztwie, wszczętym w latach 90., gdy wszystkie archiwa SB były już dostępne dla prokuratora, ale jej nie udowodniono. Po następnych kilku latach kolejne śledztwo prowadził IPN. Powołał zespół biegłych medyków sądowych z całej Polski, z pominięciem medyków krakowskich. Przeprowadzono ekshumację zwłok Pyjasa i dzięki zastosowaniu metod niedostępnych w latach 70. (m.in. tomografii komputerowej) biegli medycy ustalili dodatkowe argumenty przemawiające za nieszczęśliwym wypadkiem. W opinii, znajdującej się w IPN i dostępnej dla zainteresowanych, napisali: „Wyjściową przyczyną zgonu był upadek z wysokości w stanie znacznego upojenia alkoholowego. W jego wyniku doszło do powstania wymienionych wyżej obrażeń, w tym mózgu, skutkujących utratą przytomności. Zasadniczą przyczyną było uduszenie, na co wskazuje ostre rozdęcie płuc…”. IPN w 2011 r. cichutko swoje śledztwo umorzył.

Za ten mit prof. Zdzisław Marek zapłacił kierownictwem katedry i na wiele lat dobrym imieniem. Nazwano go „ubeckim ekspertem”, który wydał (na życzenie SB oczywiście) nieprawdziwą opinię o przyczynie śmierci Stanisława Pyjasa. Potocka przypomina, że prof. Marek nie wykonywał sekcji Pyjasa ani nie wydawał żadnej opinii w jego sprawie. Sekcję wykonywali dr Jan Kołodziej i dr Barbara Próchnicka, a odbierał (czyli zatwierdzał wnioski) doc. Kazimierz Jaegermann. Potocka rozmawiała z dr. Kołodziejem, który raz jeszcze opisał, jak wyglądała sekcja, jakie były jej ustalenia. I, co najważniejsze, potwierdził, że robiąc sekcję i pisząc z niej protokół, nie konsultował tego z prof. Markiem ani też nie wywierano na niego żadnych nacisków.

Tyle że zwolennicy mitu nie chcą znać faktów. Rzucają się teraz na Potocką, powtarzając te same nieprawdy i te same brednie. Prof. Marek nadal jest „ubeckim ekspertem”. A przyczynę śmierci i tak jeden dziennikarz i zarazem niespełniony pisarz wespół z pewnym posłem i jeszcze jedną paniusią, co to bohatersko w stanie wojennym przechowywała w ulu u tatusia ryzę papieru przeznaczonego na ulotki, ustalają lepiej i oczywiście inaczej niż cały legion medyków sądowych.

I po co to wszystko? Dlaczego odsłonięcie fragmentów prawdy wywołuje taką wściekłość dawnych kolegów Pyjasa i tych, którzy po jego śmierci dołączyli do tego środowiska? Przecież nikt nie kwestionuje, że po śmierci Pyjasa i w reakcji na nią powstał Studencki Komitet Solidarności, że tak zrodziła się w Krakowie pod koniec lat 70. zorganizowana opozycja. W szczególności nie kwestionuje tego Potocka. Przeciwnie. Wyraźnie to mówi.

W 1977 r. byłem młodym pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wiadomość o śmierci nastawionego opozycyjnie studenta wzburzyła całe środowisko akademickie. Powszechne było wtedy przekonanie, że za tę śmierć odpowiada SB lub MO. Przeważała hipoteza, że śmierć była efektem pobicia przez mundurowych lub niemundurowych funkcjonariuszy.

W zabójstwo umyślne raczej nikt nie wierzył. Nawet w epoce schyłkowego Gierka bezpieka nie biła ani tym bardziej nie zabijała. Owszem, mogła doprowadzić do wyrzucenia z pracy lub ze studiów, mogła zatrzymać paszport i uniemożliwić wyjazd zagraniczny, mogła przyblokować awans… Zatrzymać na 48 godzin pod byle pretekstem – tak. Ale to był okres, kiedy dopiero rodziła się opozycja. Dopiero co powstał Komitet Obrony Robotników, dwa lata później Konfederacja Polski Niepodległej. Praktyki bezpieki także później się zmieniły. Ale w 1977 r., jak już, to biła raczej milicja (szczególnie ZOMO), o czym po wydarzeniach w Radomiu wiedziała cała Polska. O biciu zatrzymanych na komisariatach też było powszechnie wiadomo. Spekulowano więc: może Pyjas wdał się w jakąś awanturę z milicjantami, może chcieli go tylko pobić, ale przesadzili?

Nikt z nas nie znał wtedy akt, wyników sekcji, ustaleń śledztwa. Tak sobie przemyśliwaliśmy. Dziś, oprócz śledztwa z 1977 r., do którego z przyczyn zasadniczych można by nie mieć zaufania, są akta dwóch kolejnych. Nie tylko żadne nie potwierdziło związków śmierci Pyjasa z bezpieką – one wykluczyły tezę, że padł ofiarą zabójstwa, a nawet, że został pobity i zmarł w wyniku pobicia.

Akta są dostępne w IPN. Jeśli ktoś chce z nimi się zapoznać, to może. Ale mitomani nie chcą. Oni i tak wiedzą lepiej. Wściekli rzucili się na Marię Annę Potocką. Plują i bredzą… Czy naprawdę nie przychodzi im do głowy, że wszystko to, co dziś z siebie wyrzucają na łamy gazet, ktoś w przyszłości będzie czytał, zestawi ich wypowiedzi z faktami, a nawet z zasadami logiki, i uzna ich za zacietrzewionych durniów? Naprawdę nie zastanowiliście się, że wasze wnuki może będą się za was wstydzić? Wasza sprawa.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy