Psychodendrologia

Psychodendrologia

Następcy, względnie potencjalni następcy chętnie odgrażają się, że postawią poprzedników przed Trybunałem Stanu. Jest to przeważnie demagogia lub tromtadrackie pohukiwanie. Wobec jednego członka obecnego rządu wyciągnąłbym jednak w przyszłości realne i surowe konsekwencje. Poważny Trybunał Konstytucyjny da się przywrócić, system szkolnictwa wywrócić od nowa do góry nogami, napisać kolejne nowe podręczniki, harcerzyków Macierewicza odesłać do przedszkoli, gdzie ich miejsce… To tylko kwestia zamieszania, ośmieszania instytucji i pieniędzy z naszych podatków. Natomiast straty zadane przez ministra Jana Szyszkę odczuwać będą boleśnie jeszcze nasze wnuki.

Dlaczego nasz naczelny ekolog tak nienawidzi przyrody, a drzew w szczególności? Psychoanalityk odpowiedziałby (a przypomnijmy, że w Ameryce każdy ma swojego psychoanalityka i Stany Zjednoczone wybiły się na potęgę), że genezy urazów należy szukać w dzieciństwie. Czy ojciec Szyszki bił syna drewnianym kijem? To raczej mało prawdopodobne wytłumaczenie. Niechęć ministra bowiem kierowałaby się wtedy przeciw męskim autorytetom, co stoi w sprzeczności z klęczeniem przed prezesem. Czy podczas burzy spadający konar trzepnął późniejszego ministra w głowę? Brakuje na to fizycznych dowodów (blizna), jak również wiarygodnych zapisów meteorologicznych i szpitalnych.

Skłaniałbym się ku domniemaniu (co mogłoby potwierdzać nazwisko, które często pochodzi od uzasadnionego przydomka), że małe Szyszątko spadło z drzewa. Przypomnijmy, co powoduje dziećmi wspinającymi się na gałęzie, gdy nie jest to chciwość (jabłka, orzechy itd.) albo małpi atawizm. Chodzi wtedy o pięcie się w górę ku jasności i doskonałości, porzucenie tego, co niskie, małe i codzienne. I oto Szyszko już prawie tam jest. Już sięga, gdzie wzrok nie sięga. Piekłu ofiarę wydrze. Do nieba pójdzie po laury… Aż nagle ten okrutny trzask. Pęka niewierna gałąź. Miast by czoło między obłoki wyrastało, dwa małe, różowe pośladki uderzają we wzgardzoną ziemię. Mniejsza o choćby i dotkliwy ból fizyczny. Istotą rzeczy jest odtrącenie. Oto podłe i nieczułe drzewo otrząsnęło się z Szyszki, nie zechciało go. Na swój drewniany sposób okazało mu pogardę. Cóż wtedy pozostaje sponiewieranemu?

Zemsty grom, czyli „Zemsta, zemsta, zemsta na wroga, / Z Bogiem i choćby mimo Boga!”. Długo przygotowywał ją Jan Szyszko. Nawet Konrad Wallenrod nie był bodaj tak wytrwały i tak ciernistej do rewanżu nie wybrał drogi. Najpierw liceum, potem studia leśnicze, skąpo opłacana śródleśna samotność gajowego, wreszcie leśnictwo, nadleśnictwo i po latach, kosztem wszelkich antyszambrowań i kompromisów upragnione ministerstwo – miecz na wroga. Jęknęły polskie drzewa, bo już przypuszczały, co je czeka. Rozmiarów i impetu zemsty nawet one jednak nie mogły przewidzieć. Umierały więc setkami tysięcy bez choćby jęku, zdumione tylko ludzkim szaleństwem i chciwością na służbie Szyszkowej zawziętości.

W tym miejscu jedna jeszcze uwaga. Skala, w jakiej dziecko widzi świat, inna jest od spojrzenia dorosłego. Dlatego kotek i piesek bawiące się pod drzewem, z którego spadał przyszły minister, wydawały mu się ogromne i potężne. Ale one też nie zainteresowały się wydarzeniem, w niczym nie pomogły upadającemu aniołowi. Ani ogromne kocisko, w oczach Jasia lwom równe, ani psisko niczym wilk. Wręcz przeciwnie – przyczyniły się niejako do ogólnego odepchnięcia.

Nic dziwnego, że znienawidził Szyszko także zwierzęta. Te duże przede wszystkim. Niestety, bory nasze nie obfitują w tygrysy, jaguary, pumy, likaony. Nawet wysokonogich karakali nie sprowadził złośliwy minister wojny Antoni Macierewicz na ojczyzny łono. Od czego jest jednak odpowiedzialność zbiorowa? Za grzechy gepardów i szakali odpowiedzą żubry, łosie, rysie i dziki w parkach narodowych. Hycli znajdzie minister bez trudu, bo przecież nie za darmo ta rzeź. Głosów instancji międzynarodowych pan minister nie słyszy, bo jakież mają one znaczenie wobec jego krzywdy sprzed lat?

Psychoanalitycy amerykańscy oprócz zalecanej perswazji mają na podorędziu mikstur tysiące. Komuś w dzieciństwie mama zabroniła pójść na prywatkę? Od razu znajduje się odpowiednia pigułka. Ktoś ma kompleksy, bo przed laty popchnięto go w metrze? Seria zastrzyków i już jest szczęśliwy. I w tamtym raju zdarzają się jednak przypadłości nieuleczalne. Wtedy pozostaje już tylko zakład zamknięty. Broniąc mimo wszystko Jana Szyszki przed Trybunałem Stanu, zastanawiam się, czy to rozwiązanie nie byłoby zbawienne dla łowcy drzew i łosi. Przyroda by odetchnęła, on zaś w bieli i spokoju mógłby nawiązać znajomości, które na pewno przydałyby się przy oczekiwanym przeformowaniu naszego rządu.

Wydanie: 38/2017

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma
Tagi: Jan Szyszko

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy