Przyjaciel czy brat?

Przyjaciel czy brat?

Znana anegdotka z czasów PRL: nauczycielka prosi ucznia pierwszej klasy o wymienienie przyjaciół Polski. Chłopczyk wylicza rezolutnie: NRD, Czechosłowacja, a potem jeszcze dodaje: Węgry, Rumunia, Bułgaria… – A Związek Radziecki? – dopytuje nauczycielka. – Związek Radziecki to nie nasz przyjaciel – odpowiada uczeń. Nauczycielka blednie. – Jak to nie nasz przyjaciel? – Związek Radziecki to nie nasz przyjaciel, to nasz brat – upiera się chłopczyk. Nauczycielka łapie oddech. – No dobrze, ale dlaczego mówisz, że brat, a nie przyjaciel? – docieka. – Bo przyjaciół można sobie wybrać – kategorycznie stwierdza uczeń – a brata to się ma!

Stary ten dowcip przypomniał mi się ostatnio mimo woli. Nie ma już Związku Radzieckiego, nie ma urzędowych przyjaciół w postaci państw Układu Warszawskiego i RWPG. Tych instytucji też już dawno nie ma, a nawet nie ma takich państw jak NRD czy Czechosłowacja. Mamy nowych przyjaciół, a może także braci.

Ostatnio sprawa „tajnych więzień CIA” znów stała się głośna, wręcz nabrała nowego wymiaru. Dotychczas media i niektórzy politycy upierali się, że tajne więzienia CIA były w Polsce, na Litwie i w Rumunii. Litwa i Rumunia milczały, w Polsce wszczęto w tej sprawie śledztwo, przedstawiciele najwyższych władz państwowych albo milczeli, albo zasłaniali się tajemnicą, albo wypierali, tłumacząc, że niczego takiego nie było. Teraz sytuacja zmieniła się o tyle, że Amerykanie ogłosili raport, z którego wynika jednoznacznie, że tajne więzienia CIA były jednak w kilku krajach, że w tych więzieniach przetrzymywano i torturowano jeńców. Wprawdzie nazw państw nie wymieniono, ale aby nie było wątpliwości, że znajduje się wśród nich Polska, prezydent Obama zadzwonił do premier Kopacz, przepraszając, że USA sprawiły Polsce taki kłopot. Tak naprawdę kłopot się zacznie od nagłośnienia jego przeprosin w mediach. Teraz już postawiono kropkę nad i. Nie ma wątpliwości, że więzienia CIA w Polsce były i że jednym z krajów o utajnionej w raporcie nazwie jest Polska. Pogratulować przebiegłości. Może lepiej by było, gdyby Obama nie dzwonił do naszej premier i nie przepraszał, bo przepraszając, przyznał się do winy i wsypał przy okazji nas, wiernych sojuszników.

Mamy więc nową sytuację. Wiadomo, że tajne więzienie CIA w Polsce było, że Amerykanie przetrzymywali w nim jeńców i poddawali ich torturom. Skądinąd wiadomo, że było ono w szkole wywiadu w Kiejkutach, na Mazurach. Nadal otwarta pozostaje sprawa odpowiedzialności Polski i jej władz za to, co działo się na terytorium kraju.

Prowadząca śledztwo krakowska prokuratura apelacyjna ma potwierdzenie faktów, których dotąd mogła jedynie się domyślać, a które udowodnić nie było łatwo. Potwierdzenie od samych Amerykanów. Jakkolwiek na to wszystko patrzeć, postawili nas oni po raz kolejny w trudnej sytuacji.

Ocena ujawnionych wydarzeń bez uwzględnienia ich historycznego kontekstu nie może być ani uczciwa, ani rzetelna. Trzeba pamiętać o atmosferze panującej po ataku na World Trade Center. O histerii w Ameryce, o niepokoju w całym wolnym świecie. Walka ze światowym terroryzmem i głównym terrorystą, Al-Kaidą, to była wojna. Nietypowa, ale wojna. Cały cywilizowany świat stał wtedy po stronie Ameryki. My zaś byliśmy świeżo przyjętym członkiem NATO. Pakt NATO zobowiązywał do czynnej solidarności z napadniętym. Mówiąc wprost, do udziału w wojnie po jego stronie. Napadnięte zostały Stany Zjednoczone.

Wojna z terroryzmem ma swoją specyfikę, to dziwna wojna i inna od wszystkich dotychczasowych. Walczą nie siły lądowe, nie regularna armia. To przede wszystkim wojna wywiadów i sił specjalnych. A wywiady rządzą się specyficznymi prawami, co jest oczywiste. Z natury rzeczy wywiad, przez sam fakt działalności na terenie obcych państw, łamie ich prawo, a więc z formalnego punktu widzenia popełnia przestępstwa. Amerykanie zażądali od nas, swojego nowego sojusznika, pomocy. Pomocy w tej dziwnej i nietypowej wojnie, w której pierwsze skrzypce grają wywiady z ich osobliwymi regułami gry. Amerykanie zażądali na terytorium Polski baz dla swojego wywiadu. Czy mogliśmy odmówić? Czy mogliśmy odmówić sojusznikowi, w dodatku najpotężniejszemu, na którym opierał się cały system naszego bezpieczeństwa? Czy wiedzieliśmy, co CIA będzie robić w udostępnionym im budynku w Kiejkutach? Z dzisiejszej perspektywy łatwo powiedzieć, że mogliśmy się domyślać, że Kiejkuty nie są im potrzebne ze względów krajobrazowych, lecz do tego samego celu, dla którego potrzebne im Guantanamo na Kubie. Do tego, by mogli na nie swoim terytorium robić to, czego prawo federalne zabrania im w Stanach. Nie wiem, czy podejmujący decyzję o udostępnieniu Kiejkut mieli tego świadomość. A nawet gdyby mieli, czy mogli w tamtej sytuacji odmówić Amerykanom.

Jakie mogłyby być tego konsekwencje? Przecież, jak wspomniałem, to na Stanach Zjednoczonych, na sojuszu z nimi opierał się wtedy cały system naszego bezpieczeństwa. Czy ktokolwiek odpowiedzialny za Polskę mógł działać przeciwko temu sojuszowi, osłabiać go, narażać na szwank? Czy miał moralne prawo, troszcząc się o bezpieczeństwo Polski, odmówić prośbom Amerykanów?

My wywiązaliśmy się ze swoich zobowiązań. A Amerykanie? Czy nie okłamali nas, tak jak dotąd wielokrotnie okłamywali sojuszników (w tym nas), gdy zachęcając do krucjaty przeciw Saddamowi Husajnowi, zapewniali, że ma on broń masowego rażenia, choć dobrze wiedzieli, że jej nie ma? Czy nie oszukali nas teraz, ujawniając przed światem to, co miało pozostać tajemnicą dwóch współpracujących wywiadów?

W tę całą nader kłopotliwą sytuację Stany Zjednoczone wpakowały nas dwukrotnie. Wtedy, podnajmując ośrodek w Kiejkutach, i teraz, ujawniając światu, że więzienie CIA było w Polsce, a co więcej, torturowano tam jeńców. Zdarzyło im się to nie po raz pierwszy. Kłamali zawsze, gdy wymagał tego interes ich państwa, zdradzali też wielokrotnie sojuszników. To wszystko wiemy. Jaka z tego nauka? Wyjścia nie ma. Dopóki nasz system bezpieczeństwa będzie się opierał na sojuszu euroatlantyckim, w którym kluczową rolę odgrywają Stany Zjednoczone, musimy się liczyć z tym, że nieraz nas okłamią i zdradzą i będziemy musieli to tolerować. Innego potężnego sojusznika obecnie nie mamy, nie mamy też innego wyjścia. Musimy z brata, którego się nie wybiera, ale którego się ma, uczynić także przyjaciela, którego teoretycznie można sobie wybrać. Ale przynajmniej nie bądźmy wobec Ameryki bezkrytyczni, nie wyskakujmy przed szereg, gdy nie jest to naprawdę konieczne. Nie przesadzajmy z bezkrytycznym uwielbieniem, przestańmy wierzyć, że jesteśmy najważniejszym sojusznikiem Ameryki, z którym musi ona się liczyć. Prawda jest smutna: Ameryka nie musi się z nami liczyć w żadnej dziedzinie. I wcale nie uważa nas za swojego najważniejszego sojusznika. Traktuje nas wyłącznie instrumentalnie. Supermocarstwa tak mają.

Wydanie: 51-52/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy