Tag "Ameryka"
Wieczne wojny Ameryki
Dlaczego współczesne Stany Zjednoczone tak łatwo wkraczają na ścieżkę wojenną
Wydaje się, że gorąca faza wojny prowadzonej przez USA i Izrael z Iranem – boleśnie odczuwana przez cały świat – zbliża się do końca. W tym kontekście warto się pokusić o odpowiedź na pytanie, dlaczego współczesne Stany Zjednoczone tak łatwo wkraczają na ścieżkę wojenną, choć w najstarszym znanym traktacie o sztuce wojennej (chińskim, rzecz jasna) czytamy, że wojna „jest sprawą życia i śmierci; drogą do bezpieczeństwa lub ruiny”. Odpowiedź na to pytanie musi być złożona. Przyszło mi do głowy pięć powodów tego stanu rzeczy.
W gąszczu teorii stosunków międzynarodowych i teorii polityki w ogólności błąka się koncepcja mówiąca, że demokracje nie walczą. Że ze swej natury są pacyfistyczne. Na pierwszy rzut oka wydaje się to całkiem sensowne. Czy obywatele demokratycznych państw nie wolą spędzać czasu w galeriach handlowych, zamiast tkwić w okopach? Czy nie wolą być leczeni ze zwykłych chorób w normalnych szpitalach, zamiast wylizywać się z ran w szpitalach polowych? Ponieważ ostatecznie to oni decydują w wyborach, będą wywierali ciągłą presję na swoich reprezentantów, aby ci stale przedkładali pokój nad wojnę.
Demokratyzujący się świat – z coraz większą liczbą demokratycznych państw – miał być światem bezpiecznym, światem bez wojen. Notabene teoria demokratycznego pokoju była także fundamentem, na którym po I wojnie światowej zbudowano Ligę Narodów – pierwszą organizację międzynarodową, która miała ostatecznie zapobiegać prowadzeniu wojen. Państwo agresywne w stosunku do innego państwa miało natychmiast napotykać opór pozostałych członków Ligi i być w ten sposób demokratycznie – to znaczy głosami zdecydowanej większości – przywoływane do porządku.
Tyle teorii. Praktyka jest inna. Dawno temu zauważył to Alexander Hamilton: „Sparta, Ateny, Rzym, Kartagina były republikami. Ateny i Kartagina były nawet republikami handlowymi. A jednak państwa te były zaangażowane w wojny tak ofensywne, jak defensywne w nie mniejszym stopniu aniżeli sąsiadujące z nimi w owym czasie monarchie. W brytyjskim systemie przedstawiciele ludu konstytuują jedną z gałęzi legislatywy. Od wieków handel jest zasadniczym znakiem rozpoznawczym tego kraju. Niewiele narodów jednakże prowadziło wojny tak często jak Brytyjczycy”.
Prawdopodobnie ustrojom demokratycznym trudniej zaangażować się w wielkie wojny absorbujące ogół obywateli. Wymaga to przygotowania gruntu, i to przez dłuższy czas. Wymaga grania na odpowiednich strunach emocjonalnych. Wymaga przekształcenia takiej wojny w rodzaj krucjaty, w której obywatele demokratycznego państwa pod wpływem perswazji rządzących dochodzą do przekonania, że zło wcielone zagrażające istocie ich życia znalazło się nagle na powierzchni ziemi i trzeba je z niej zetrzeć. Inaczej starty zostanie umiłowany przez obywateli demokracji system wartości. To zarazem powód, dla którego ustrojom demokratycznym trudniej zakończyć wojnę, nawet gdy osiągnęły one już w niej swoje cele.
Przed tym dylematem stanęli przywódcy zachodnich aliantów podczas II wojny światowej. Gdy było już wiadomo, że Hitler przegra wojnę, a prawdziwym wyzwaniem będzie ekspansja Związku Radzieckiego, kontynuowali oni politykę unconditional surrender – bezwarunkowej kapitulacji Niemiec Hitlera. Kontynuowali ją m.in. dlatego, że po latach demonizowania Niemców (dali oni do tego powody) trudno było nagle oświadczyć własnym obywatelom, że są to tacy sami ludzie jak my. Że, owszem, prowadziliśmy z nimi wojnę,
Kogo przegna rewolucja flamingów
Albańczycy chcą innej wizji przyszłości niż ta, którą oferuje im premier Rama
Inwestycja zięcia Donalda Trumpa na albańskiej lagunie stoi pod coraz większym znakiem zapytania. Jared Kushner nie przewidział buntu młodych Albańczyków, ich nienawiści do rodzimych polityków.
Powiedzieć, że w Albanii Amerykanie są lubiani, to jak nic nie powiedzieć. Stany Zjednoczone są tam postrzegane jako największy obrońca praw człowieka. USA to dla Albańczyków synonim wolnego świata. Miłość tę pogłębiło militarne, dyplomatyczne i gospodarcze wsparcie Ameryki dla braci z Kosowa, których interesy Albania reprezentuje na arenie międzynarodowej. Poza tym USA ułatwiły trzymilionowej Albanii drogę do NATO. Tę atencję Albańczyków widać wszędzie: od Jeziora Szkoderskiego na północy po Sarandę na południu. Dozgonna wdzięczność przejawia się m.in. w wymyślnych graffiti, wizerunkach prezydenta USA czy rozmaitych hasłach o wiecznej przyjaźni pisanych perfekcyjną angielszczyzną. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta i zmiany w otoczeniu Białego Domu nijak tego uwielbienia nie zmniejszyły.
Laguna Vjosë-Nartë zagrożona
Większość turystów odwiedzających południe Albanii i okolice miasta Wlora decyduje się na „pasywny” wypoczynek na okolicznych plażach. Nie wszyscy jednak wylegują się nad błękitną wodą. Niektórzy wybierają wypady nad Vjosë-Nartë, lagunę oddzieloną od morza wąskim pasem dzikiej zieleni i niezabudowanych plaż Dalan i Hidrovori. Odwiedzają je nieprzepadający za plażowymi drinkami z parasolką kamperowcy z Europy Zachodniej. Uroku Vjosë-Nartë dodaje bliskość nie tylko szmaragdowych wód Adriatyku, ale i dzikich gór.
Krajobraz chroniony Vjosë-Nartë to duma Albańczyków, naturalny obszar blisko wybrzeża Adriatyku z terenami podmokłymi, gruntami rolnymi i lasami. Rozciąga się na ok. 19,7 ha. W rejonie laguny lokalna społeczność od pokoleń uprawia rybołówstwo i inne zajęcia związane z wodą. Ludzie doskonale też zdają sobie sprawę, że w tym niezwykłym zakątku każda ingerencja we florę i faunę stanowi zagrożenie ich bytu. Nie dziwi zatem, że mieszkańcy aktywnie uczestniczą w wysiłkach na rzecz objęcia pieczą okolicznych terenów. Obszar uzyskał status krajobrazu chronionego w 2004 r. Ta decyzja albańskiego rządu stała się punktem zwrotnym w wysiłkach mających na celu ochronę naturalnych ekosystemów i zasobów regionu.
Szczególnie upodobały sobie Vjosë-Nartë flamingi, stając się symbolem tego regionu. Zarówno tutejsze flamingi (jest ich ok. 3 tys.), jak i pelikany dalmatyńskie to gatunki zagrożone, które w okolicach laguny budują gniazda i składają jaja. Vjosë-Nartë słynie też z żółwi morskich i fok, jest poza tym domem dla połowy populacji kaczek krzyżówek występujących w Albanii i znacznej części krajowej populacji łyski zwyczajnej z rodziny chruścieli. Znajdują się tam również trzy pomniki przyrody: laguna Limopuo, Wyspa Klasztorna (znana jako Zvërnec) oraz rzadkie wydmy, na których żółwie morskie składają jaja.
Kushner i szemrana spółka
Rząd premiera Ramy na poważnie zainteresował się inwestycjami w tej części Albanii w roku 2020. Jak podaje portal Balkan Insight, status krajobrazu chronionego nie powstrzymał kolejnych rządów przed zatwierdzaniem planów zagospodarowania przestrzennego tego obszaru, w wyniku czego przedsiębiorcy rozpoczęli skup ziemi od osób fizycznych, których roszczenia własnościowe były i są często przedmiotem sporów sądowych. W 2021 r. rząd Ramy znacznie zmniejszył obszar objęty ochroną i dał zielone światło budowie nowego lotniska w pobliskim Akërni koło Wlory.
Bajkowym otoczeniem laguny Vjosë-Nartë zaczęli się interesować także zagraniczni biznesmeni. Jest wśród nich Jared Kushner, mąż córki prezydenta Trumpa Ivanki, polityk i inwestor, oraz jego fundusz Affinity Partners zarządzający aktywami o wartości przekraczającej 4,8 mld dol., pozyskanymi m.in. z saudyjskich, katarskich i emirackich funduszy majątkowych.
Miliarder z prezydenckiej rodziny wyszedł z założenia, że każda inwestycja
Twitterowa telenowela Trumpa
Przez kilka dni mieliśmy w Polsce zaskakujący pokaz jedności polityków prawie wszystkich opcji. Przymusiła ich do tego wolta Amerykanów, którzy zapowiedzieli zmniejszenie obecności swoich wojsk w Polsce. Dla tych, którzy opowiadali o wiecznej przyjaźni z USA i żelaznym sojuszu po wsze czasy, byłaby to wizerunkowa katastrofa. Od Tatr po Bałtyk poniósł się lament nad losem naszej ojczyzny. Co to będzie, co to będzie? Do USA polecieli chyba wszys-
cy, którzy kogoś tam znają. Misja była oczywista. Uprosić Amerykanów, by nie wyjeżdżali. Jakie posłańcy mieli argumenty? Przypominali każdemu, kto chciał słuchać, że to Polska jest najszybsza i najhojniejsza w wydawaniu kasy na zakupy w USA. Że jesteśmy najwierniejszym sojusznikiem. Lojalnym jak nikt na świecie. A za żołnierzy, których do nas przysyłają, płacimy w całości i przed terminem. I głośno nie mówimy, że na stałe jest tych żołnierzy trochę ponad 300, a reszta to ciągłe rotacje.
Jak nie ulec Polakom, którzy ledwo co wstali z kolan, a już wrócili do tej niewygodnej pozycji. Prosili, prosili i wyprosili. Trump ogłosił, że będzie u nas 5 tys. żołnierzy amerykańskich. Co to naprawdę znaczy, nie wie nikt. A przynajmniej w piątkowy wieczór, gdy piszę ten tekst, nikt nie potrafił powiedzieć,
Trumpa szaleństwa wszystkie
Ameryka zwraca się przeciwko własnym sojusznikom
3 stycznia 2026 r. na platformie X pojawiła się mapa Grenlandii okryta amerykańską flagą, z podpisem „Soon” – wkrótce. Dla milionów Europejczyków był to moment, w którym żart przestał być żartem. Trzy tygodnie później sondaże pokazują rzeczy jeszcze niedawno nie do pomyślenia: czterech na pięciu obywateli Unii uznałoby interwencję amerykańską na Grenlandii za akt wojny, dwie trzecie popiera wysłanie wojsk w misji obronnej, a co piąty wierzy, że starcie między Europą a Stanami Zjednoczonymi jest w najbliższych latach prawdopodobne. 80 lat sojuszu stanęło pod znakiem zapytania.
Niniejszy esej jest próbą zrozumienia, jak do tego doszło – i poszukiwaniem nadziei tam, gdzie na pierwszy rzut oka jej nie widać. Przewodnikami w tej intelektualnej wędrówce będą dwaj myśliciele: Edgar Morin, stuletni francuski filozof i świadek wszystkich kataklizmów minionego stulecia, oraz Grzegorz W. Kołodko, polski ekonomista, mąż stanu i autor niedawno wydanej książki „Trump 2.0. Rewolucja chorego rozsądku”.
Logika, która prowadzi donikąd
Tytułowe pojęcie książki prof. Kołodki – chory rozsądek – celnie oddaje istotę trumpowskiego myślenia. To rozumowanie, które wychodzi od prawdziwych problemów i proponuje rozwiązania pozornie logiczne, w rzeczywistości jednak pogłębiające te problemy, zamiast je rozwiązywać.
Weźmy deficyt handlowy – jeden z tematów, do których Trump wraca obsesyjnie. W jego narracji Ameryka przegrywa, bo partnerzy handlowi ją oszukują, a remedium stanowią cła i groźby. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Stany Zjednoczone od dekad konsumują więcej, niż wytwarzają: importują towary z całego świata, regulując rachunki dolarami, które same emitują. Model ten funkcjonował, dopóki reszta świata chętnie gromadziła amerykańską walutę. Cła nie usuną jednak deficytu, ponieważ jego źródła nie stanowi nieuczciwa konkurencja zagraniczna. Jest nim struktura amerykańskiej gospodarki: chroniczny niedobór oszczędności, rozbuchana konsumpcja i narastający dług publiczny. Jeszcze kilkanaście lat temu Waszyngton wskazywał import ropy jako głównego winowajcę. Potem nadeszła rewolucja łupkowa, Ameryka przekształciła się w eksportera surowców energetycznych, a mimo to deficyt handlowy wciąż rósł. Cła to kuracja objawowa, która nie rozwiązuje istoty problemu.
Podobnie z miejscami pracy w przemyśle. W rozmowie z Polskim Radiem prof. Kołodko mówi wprost: Amerykanie niczego cłami nie odzyskają, ponieważ sami „oddali” produkcję, przerywając międzypokoleniowy transfer umiejętności. Przez dekady uniwersytety kształciły zagranicznych inżynierów, amerykańskie korporacje przenosiły zaś fabryki tam, gdzie praca była tańsza. Nikt ich do tego nie zmuszał – robiły to dla zysku. A teraz okazuje się, że Ameryka ma do zaoferowania światu głównie to, co Rosja: ropę, gaz i węgiel. Albo to, co kraje rozwijające się: zboże i soję. Symbole amerykańskiej innowacyjności – Tesla, iPhone – są w istocie montowane w Chinach. Zostaje wprawdzie Boeing, ale i on przeżywa kryzys.
Istota chorego rozsądku polega na tym, że Trump dostrzega skutki i bierze je za przyczyny. Być może robi to świadomie, bo prawdziwe przyczyny nie pasują do prostej narracji, jakiej oczekuje jego elektorat. Łatwiej powiedzieć, że Chiny okradły Amerykę, niż przyznać, że Ameryka sama oddała im swoją przewagę.
Podzielony świat
Pod koniec stycznia, przemawiając w Iowa, Trump ogłosił swój pierwszy rok na urzędzie najlepszym rokiem w historii amerykańskich prezydentów. Gospodarka kwitnie, inflacja pokonana, granica zamknięta, Ameryka szanowana. A wcześniej? „Byliśmy pośmiewiskiem całego świata”, powiedział.
Świat Trumpa zna tylko dwa stany: zwycięstwo albo klęskę, wielkość albo upokorzenie. Nie ma w nim miejsca na odcienie, na częściowe sukcesy, na kompromisy. Ten binarny sposób myślenia prowadzi prostą drogą do Grenlandii – bo jeśli historia jest pasmem podbojów,
Waldemar Karpa jest ekonomistą, kierownikiem Katedry Ekonomii w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie
Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa
Amerykański eksperyment ma się dobrze
Prof. Henry William Brands – historyk, autor książek historycznych, profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin
Korespondencja z USA
Czy nadchodzi zmierzch „amerykańskiego eksperymentu”?
– Na pewno nie. Nie wiem, czy przetrwa kolejne 250 lat, ale w tym momencie jeszcze nie widać jego końca.
Ojcowie założyciele nie byliby zaniepokojeni wyczynami Donalda Trumpa?
– Nie sądzę. Nowatorską ideą, z jaką wyszli, było zastąpienie monarchii republiką. Pomysł, że ludzie mogą sami się rządzić, jest nieprzerwanie wcielany w życie. Więcej, ten pomysł przyjął się na całym świecie. Mieliśmy w historii prezydentów, którzy eksperymentowali, mieliśmy nawet wojnę secesyjną, a jednak założycielska wizja Ameryki jest wciąż żywa. To raczej sukces.
A podziały w społeczeństwie i w Kongresie? Strony w ogóle przestały ze sobą rozmawiać.
– Zawsze byliśmy podzieleni, od początku naszej państwowości, a nawet wcześniej. To nieodłączna cecha systemu opartego na samorządności. Jeśli tworzy się przestrzeń do wolnego wyrażania opinii, jest oczywiste, że będą one się różnić, a to doprowadzi do sporów i podziałów. Zgodność panuje tylko tam, gdzie mamy dyktaturę. Chiny nie mają tego problemu, bo tam nie prowadzi się rzeczywistej polityki rozumianej jako platforma wymiany pomysłów i poglądów. Sygnałem, że pora zacząć się martwić, będzie moment, gdy z przestrzeni publicznej zniknie pluralizm myśli, bo zostanie stłumiony.
Podzieleni nawet wcześniej? Co ma pan na myśli?
– Pierwsze strzały w wojnie niepodległościowej poprzedziły nie miesiące ani lata, ale dekady intensywnej debaty publicznej – i kłótni! – na temat dwóch przeciwstawnych wizji dalszych losów kolonii brytyjskich. Po przegranej wojnie mnóstwo „lojalistów”, frakcja wierna królowi, wyjechało z kraju, ale część została i nadal angażowała się w polemikę z „patriotami”, orędownikami samodzielnej Ameryki, na temat państwa, choć już teraz od innej strony.
Ale od dekady mamy najniższe w historii zaufanie do Kongresu – spadło do 9%, bo politycy już w niczym ze sobą się nie zgadzają. Mówi się, że mamy kolejny okres przedwojenny.
– Nieprawda. W okresie poprzedzającym wojnę secesyjną, czyli w latach 50. i 60. XIX w., podziały były większe i przede wszystkim inne, bo ich granice wyznaczała geografia. Dziś nie ma możliwości, by jedna część kraju stanęła do walki z drugą,
Zaraza konkwistadorów
Hiszpanie skolonizowali większą część obu Ameryk, ponieważ wspierały ich w tym bakterie i wirusy
Konkwistadorzy nie byli pierwszymi Europejczykami, którzy postawili stopę na amerykańskiej ziemi, kilka stuleci wcześniej bowiem na zachodni brzeg Atlantyku przypłynęli żeglarze ze Skandynawii. W przeciwieństwie do Hiszpanów wikingowie nie szukali złota ani niewolników, ale ziemi do wypasu zwierząt, drewna do budowania i takich towarów jak kły morsa, które mogli sprzedawać w Europie. Według dwóch sag islandzkich napisanych w XIII w. Nowy Świat po raz pierwszy ukazał się oczom Europejczyków na przełomie mileniów, kiedy jeden ze statków zboczył z kursu w drodze z Islandii na Grenlandię – wtedy to na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku zostały założone dwie skandynawskie kolonie. W kolejnych latach z Grenlandii wyruszyło kilka wypraw w celu zbadania wybrzeża nowo odkrytego lądu.
Z relacji wikińskich podróżników wynika, że kraina nazwana przez nich Winlandią, była przyjaznym miejscem do osiedlenia. Thorvald Eriksson, przywódca jednej z tych wypraw, oznajmił: „Jakże tu pięknie […]. W tym miejscu chciałbym wybudować dla siebie dom”. Jednak ten niedoszły kolonista zginął wkrótce ugodzony strzałą, kiedy wraz ze swoimi ludźmi został zaatakowany przez skrælingów, jak wikingowie nazywali zarówno Inuitów, jak i Indian północnoamerykańskich. Wkrótce do Winlandii przybył Thorfinn Karlsefni, wiodąc ze sobą grupę – w zależności od sagi – 60 lub 160 mężczyzn oraz pięciu kobiet, a także żywy inwentarz. Znaleziska archeologiczne wskazują, że osiedlił się w L’Anse aux Meadows, na północnym krańcu Nowej Fundlandii. Ale wikingowie napotkali tak zaciekły opór ze strony miejscowej ludności, że po kilku latach porzucili plany i wrócili na stosunkowo bezpieczną Grenlandię.
Skrælingowie żyli w małych wspólnotach, zajmowali się polowaniem na ssaki morskie i nie mogli przeciwstawić się najeźdźcom tak skuteczną obroną jak wielkie imperia Mexików czy Inków. Dlaczego więc Cortés i Pizarro byli w stanie podbić olbrzymie obszary Ameryki Południowej i Środkowej, a Karlsefniemu i Erikssonowi pięć wieków wcześniej nie udało się skolonizować Ameryki Północnej? Odpowiedź na to pytanie nie kryje się jednak w zdolnościach militarnych czy państwowotwórczych. Pod pewnymi względami żeglarze ze średniowiecznej Skandynawii – znani pod różnymi nazwami jako Normanowie, Rusowie, Waregowie i wikingowie – wydawali się o wiele lepiej predysponowani niż XVI-wieczni Hiszpanie do założenia kolonii w Ameryce.
Oczywiście budzili również powszechny lęk i taki ich wizerunek przetrwał do dziś. W komiksie „Asteriks i Normanowie” jeden z wikingów przyznaje, że zabił 24 wrogów, ponieważ chciał „podarować przyjacielowi w prezencie ślubnym duży serwis czaszek […], ale wszyscy znajomi wpadli na ten sam pomysł”. Wikingowie w przeciwieństwie do skrælingów dysponowali bronią ze stali. Słynęli również jako znakomici wojownicy, byli cenionymi najemnikami w całej Europie i tworzyli elitarną gwardię wareską strzegącą bizantyjskich cesarzy. Ponadto Skandynawowie okazali się niezwykle sprawnymi budowniczymi państw. W IX w. władca Rusów Ruryk został poproszony przez zwaśnione plemiona z północno-wschodniej Europy o objęcie nad nimi władzy, co zapoczątkowało dynastię, która przetrwała ponad 700 lat i dała nazwę Rosji. Mniej więcej w tym samym czasie Normanowie osiedlili się w północno-zachodniej Francji, skąd następnie podbili Wyspy Brytyjskie i Królestwo Sycylii obejmujące także obszary południowych Włoch i Afryki Północnej.
Hiszpanom udało się skolonizować większą część obu Ameryk, ponieważ wspierały ich w tym bakterie i wirusy, tymczasem wikingowie byli tej pomocy pozbawieni. Co więcej, ze względu na swój odosobniony tryb życia europejscy mieszkańcy Grenlandii i Islandii byli niemal tak samo narażeni na działanie patogenów ze Starego Świata jak rdzenni Amerykanie. Istnieje proste epidemiologiczne wytłumaczenie tego faktu. Społeczności żyjące w odległych rejonach północnego Atlantyku były zbyt małe i na tyle odizolowane, że nie potrafiły sobie radzić z chorobami zakaźnymi w ten sam sposób, co mieszkańcy Europy kontynentalnej.
Wiele patogenów ze Starego Świata, np. ospa, w późnośredniowiecznej Hiszpanii miało charakter endemiczny. Nieustająco krążyły one wśród ogromnej populacji Eurazji i Afryki, więc większość dzieci mających z nimi kontakt albo umierała, albo nabierała odporności. Ale te same choroby w koloniach na wyspach północnego Atlantyku co jakiś czas pojawiały się za sprawą statków przybywających z Danii i Norwegii, wybuchała epidemia, zarażali się wszyscy niemający odporności, po czym wygasała, gdy miejscowa ludność albo umierała, albo zyskiwała odporność. Wydaje się więc mało prawdopodobne, by garstka wikingów próbująca się osiedlić w Winlandii
Fragmenty książki Jonathana Kennedy’ego Patogeneza. Jak zarazki ukształtowały historię świata, tłum. Mariusz Gądek, Filtry, Warszawa 2025
Klimatyczny letarg Ameryki
Skala anomalii pogodowych świadczy o tym, że zmiany są o wiele szybsze, niż myśleliśmy, ale połowa kraju wciąż lekceważy problem Korespondencja z USA Sierpniowy pożar na hawajskiej wyspie Maui, najtragiczniejszy w historii USA od stu lat, uśmiercił ponad sto osób i spopielił zabytkową stolicę wyspy Lahainę. Podwyższył tym samym rachunek za tegoroczne klęski żywiołowe do 45 mld dol. Rekordowy pod względem klęsk, z których każda spowodowała straty powyżej 1 mld dol., pozostaje rok 2020 –
Trzymając diabła za ogon
Czy można żyć, trzymając diabła za ogon? Miłośnicy i znawcy horrorów odpowiedzą: bądźcie ostrożni, można srogo się zawieść i stoczyć w otchłanie, z których nie ma już powrotu. Są jednak i tacy, którzy udzielą odpowiedzi twierdzącej czy zgoła przekonywać będą, że istnieją korytarze, w których nieustannie snują się pokusy. Są to znawcy realiów polityki. Zaznaczmy też: ten pogląd wcale nie musi wynikać z odkrywczej brawury – wystarczy przypomnieć sobie ewangeliczną scenę kuszenia i słowa Kusiciela, zapewniającego, że władza nad ziemskimi królestwami właśnie jemu
Papieski totalizator
Topowa agencja bukmacherska przyjmuje zakłady o to, kto będzie następcą Franciszka Przecieki z Watykanu dają komentatorom i publicystom zajmującym się problematyką związaną ze Stolicą Apostolską asumpt do snucia rozważań, czy papież Franciszek ustąpi, podobnie jak to zrobił Benedykt XVI. Powodem miałby być jego pogarszający się stan zdrowia. Zważywszy na wiek – papież ma 86 lat – jest to argument ważny, lecz impulsem do takiej decyzji Jorge Maria Bergoglia mogą być także narastająca








