Cud nad Wisłą 2

Teledelirka

Zawsze gdy film się uda, producenci chcą powtórzyć sukces. Mieliśmy „Szczęki 2”, a „Rambo” nawet 5. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że zdarzył się nowy, z dawna oczekiwany cud nad Wisłą 2. Nawet zatwardziali ateiści powtarzają wesołą nowinę. Przystojny rzecznik rządu dwa razy ogłosił cud, mówiąc do poddanych: „Modlimy się za zdrowie premiera!”. Nie wiem, czy „modlimy się” oznacza, że modli się cała kancelaria, czy też tylko on sam, bo jako rzecznik premiera używa pluralis maiestatis; jak wiadomo, może nie powszechnie, bo mało kto teraz lekcje łaciny pobiera, ale wiadomo niektórym, że używanie „my” zamiast „ja” podkreślać ma majestat władzy.
Modlitwom za premiera i wszystkich uczestników „szczęśliwej katastrofy”, że posłużę się w tych patetycznych okolicznościach środkiem stylistycznym obecnym w kolędach, jak np. „ogień krzepnie”, „wzgardzony, okryty chwałą” lub też „ma granice nieskończony”, a więc modłom w intencji oddał się również Papież, co jest może nawet bardziej naturalne dla głowy Kościoła niż dla partii socjaldemokratycznej. I tu odezwały się głosy, że może premier nie jest taki zły, jeśli głowa Kościoła poleca go boskiej opiece.
Muszę zmartwić wszystkich, co tak myślą, albowiem głównym zajęciem Papieża modlitwa jest. Modlił się on nawet za Alego Agcę, zamachowca, i co więcej, ten święty człowiek mu wybaczył. To trudne do pojęcia dla grzeszników takich jak ja, co gdy oberwą w jeden policzek, zamiast, jak mówi Pismo, nadstawić drugi, walą bijącego typa w oba, albowiem zemsta jest słodka. Rolą pierwszego chrześcijanina – a legitymację z numerem jeden z pewnością posiada Ojciec Święty – jest przebaczać i modlić się za niewiernych, żeby spadło bielmo z oczu ich i by przewidzieli.
Możliwy jest nawet różaniec za Aleksandrę Jakubowską, grającą przed Wysoką Komisją rolę Alexis z pamiętnej „Dynastii”. Chyba na jakąś nowennę może też liczyć oskarżony Lew Rywin, chociaż pewnie dopiero po egzorcyzmach. Wypędzanie diabła znów weszło w modę.

W tej sytuacji nic dziwnego, że lud polski-europejski wraca do wiadomych korzeni, pewna chłopka wytoczyła proces sąsiadowi o to, że rzucił urok na jej krowę, która mniej mleka daje. Sąd nasz polsko-europejski sprawę na razie odroczył. Statystyczny obywatel wyobrażał sobie, że sąd raczej sprawę oddali, lecz niezbadane są wyroki sądów. Czas odroczenia potrzebny jest chyba po to, żeby przypomnieć sobie procedurę procesów o czary. „Młot na czarownice” Sprengera wiele w tym względzie wyjaśnia. Przed tym kodeksem wymagano trzech świadków rzucania uroków, potem wystarczał „głos ludu”.
Gdy sądzono wysokiego dostojnika albo jakąś znaczącą czarownicę, vide Alexis Jakubowska, przyjęło się toczyć proces przez adwent, Boże Narodzenie i Wielki Post, a palić w Wielkim Tygodniu. Komisja Śledcza musi mieć to na względzie.
Aż dziw, że w sprawie Mi-8 nie było wcześniej jakichś znaków zapowiadających wystąpienie nadprzyrodzonego zjawiska. Chociaż gdyby tak poszukać, przeanalizować dokładnie plamy na słońcu albo deszcz meteorytów widziany niedawno… Trzeba stanowczo zatrudnić nadwornego astrologa, który będzie badał i opisywał znaki.
Zgodnie z wyrokiem losu lub innych czynników mniej losowych jak na przykład paliwo (prosty naród kierujący pojazdami komentuje to cichym wprowadzeniem „innych roślin” do benzyny) albo, być może, z powodu splotu pewnych mało sprzyjających okoliczności wysłużony śmigłowiec Mi-8 miał spaść i rozbić się, a wraz z nim mieli zniknąć z naszego pejzażu politycznego ci, którzy 26-letnią maszyną podróżowali.

Za sprawą bożego palca, zwanego dalej Opatrznością, stało się jednak inaczej. Gdy premier obudził się z twardego snu, usłyszał „łomot, huk, ciszę i jęki”. „Czy leci z nami pilot?”, przemknęło mu przez głowę. Jasne, że leciał, i to jaki! Wykonywał właśnie ryzykowny manewr a u t o r o t a c j i. W nocy, spadając z szybkością dwunastu metrów na sekundę!
O, jakże niektórzy koledzy Leszka Millera pragnęli, by on wcześniej, na ziemi, taki manewr a u t o r o t a c j i wykonał, sam siebie rotując z zaszczytnej funkcji, lecz on im gest Kozakiewicza pokazał, a teraz cudem uratowany poprawi notowania i wytrwa do końca. Czy za sprawą Opatrzności a u t o r o t u j e się Izba sejmowa? Nie ma mowy, to zresztą byłoby głupie, wszystkie sprawy rozpoczęte trzeba by do lamusa odłożyć, a potem od nowa rozpoczynać pracę nad nimi. Ci, co wnioski składają, o tym wiedzą, a robią tak tylko po to, by przez chwilę, choćby wirtualnie w telewizyjnej teledelirce zaistnieć.
W historii losowej śmigłowca Mi-8 prawdziwym bohaterem jest dla mnie major Marek Miłosz. Gdyby na jego miejscu siedział poseł, członek partii, takiej czy innej, żadnego cudu by nie było. Jedna z pań w programie „Co pani na to?” napomniała mnie, żebym nie przesadzała, bo major „tylko wykonywał swoje obowiązki”. Gdyby wszystko skończyło się gorzej, skasowaniem nie tylko Mi-8, ale również Millera i innych, wtedy można by mówić o bohaterstwie, bo mielibyśmy narodowe nieszczęście. A u nas bohater musi być nieszczęśliwy, dobry bohater to martwy bohater. Uważam, że major jest żyjącym bohaterem pozytywnym. Na tle naszego życia politycznego jest jak „śnieżnobiały łabędź pośród kruków”, by przywołać Szekspira. Piloci do parlamentu? Lepiej już niech orły latają w swoich maszynach, a do parlamentu wybierzemy innych członków, może losowo, może przez audio-tele, albo wybierze za nas jednoręki, ojej, dlaczego zaraz bandyta?!

 

Wydanie: 51/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy