Białostocki konserwatyzm

Białostocki konserwatyzm

Publicyści przez pewien czas biadali, że Polacy są wobec siebie nieufni jak mało który naród na świecie. Problem podjęli następnie socjologowie i naukowo potwierdzili, że kapitał zaufania społecznego jest bardzo niski. W mediach ponawiano nieśmiałe próby oduczenia Polaków nieufności i namawia się ich do praktykowania ufności. Brak zaufania widziany jest jako pierwsza przyczyna, która sama przyczyn mieć nie musi, a jeżeli je ma, to z powodu zaborów lub komunizmu. Dziś podobno utrzymuje się wskutek błędnego postrzegania rzeczywistości. Obiektywnych przyczyn do nieufności już nie ma.

Chciałbym znać pogląd na ten temat człowieka, który przejął się edukacją w duchu budzenia zaufania między Polakami. Czy nie został oszukany sto razy? Jeżeli nie sto, to pięćdziesiąt? Czy tylko przez wspólnika w interesach, a przez posła, prokuratora, członka sejmowej komisji „orlenowskiej” lub gwiazdora telewizyjnego albo „charyzmatycznego” księdza medialnego już nie? Rozgadałem się o tym, co każdemu w Polsce jest dobrze wiadome, a co wskutek wędrówki ludów zaczyna być znane także za granicą. To nie jest żaden stereotyp antypolski: Polacy są rzeczywiście nadreprezentowani wśród złodziei samochodów w Niemczech, mają kontrolny pakiet akcji w okradaniu supermarketów w tym samym kraju, a ton, w jakim o tym piszę, odzwierciedla nie moją osobistą, lecz polską społeczną pobłażliwość dla złodziejstwa i różnych rodzajów oszustwa praktykowanych przez Polaków za granicą. Łatwiej im to robić na Zachodzie, bo tam kapitał społecznego zaufania jest większy.
Złodziej złodziejowi nierówny. Nikt się nie skarży na Polaków, że nieuczciwie handlują wyrafinowanymi produktami finansowymi amerykańskich banków. Daleko do takich oskarżeń. Już prędzej w sojuszniczym kraju europejskim polscy imigranci mogą usłyszeć, że są „bandą analfabetów”. Jacek Pawlicki, korespondent „Gazety Wyborczej”, pisze: „W opinii przeciętnych Holendrów Polacy piją, źle parkują samochody, imprezują” (rozumie się, że za głośno, inaczej nikomu by to nie przeszkadzało), jednym słowem robią to samo w Holandii co w Polsce. Do tej pory Holendrom się wydawało, że nie spotka ich nic gorszego niż imigracja muzułmańska, teraz są innego zdania. Jak relacjonuje Jacek Pawlicki, „Polacy pracujący w Holandii stają się częstszym celem ataków na niderlandzkich forach internetowych niż dotąd powszechnie tam piętnowani muzułmanie”. Niechęć i pogarda w stosunku do naszych rodaków występuje nie tylko w internecie, lecz także w życiowych stosunkach, niekiedy w sposób nie od razu zrozumiały: dziewczyny nie wpuszczono na dyskotekę tylko dlatego, że była Polką. Bardzo to niemiła wiadomość, a na pytanie, dlaczego w ten sposób potraktowano naszą rodaczkę, podpowiedź znajdziemy na innej stronie tego samego numeru „Gazety” (21 czerwca). Angielka „Camilla Mills wróciła zawstydzona z koncertu w rzekomo konserwatywnym Białymstoku” i opowiada, co tam widziała: „Dziewczyna usiadła między nogami tego chłopaka i właściwie mu się oddała. On ją ciągnął, pchał ją w różnych kierunkach, a ona leżała na nim bezwładnie z zamkniętymi oczami… Całkowicie zmieniłam opinię na temat tego, czy Polska jest krajem konserwatywnym”. Może Holendrzy tamtą dziewczynę podejrzewali o pomylenie dyskoteki z burdelem, a oni nie chcą u siebie białostockiego konserwatyzmu.

W zachodnich krajach Unii Europejskiej władze i organizacje pozarządowe powołane do przeciwdziałania dyskryminacji z powodów etnicznych czy religijnych działają bez zarzutów. Wobec mowy nienawiści nie przechodzi się obojętnie, procesy sądowe wytaczane takim politykom jak Geert Wilders świadczą, że uwrażliwienie na te problemy bywa nawet przesadne, a oskarżenia nieraz źle adresowane. Także polskie placówki dyplomatyczne interweniują w przypadkach naruszania praw należnych polskim imigrantom. Kto w tej sytuacji z całą pewnością nie stoi na wysokości zadania, to polskie „społeczeństwo obywatelskie”. Zaczynając od prezydenta i rządu, a kończąc na komórkach społecznych zbierających się wokół budek z piwem, Polacy są niezmiennie z siebie, jak wiadomo, zadowoleni, pewni, że Pan Bóg ich niezmiernie umiłował i każdy przejaw ich barbarzyństwa momentalnie przemienia w zaletę i przydaje mu wdzięku, którym wyrachowani Holendrzy nie chcą dać się oczarować. Była nadzieja, że masowe wyjazdy na Zachód ucywilizują nieco wyjeżdżających, ale się nie spełniła. Żyją głównie w swoim środowisku, posługują się tym samym plugawym językiem co w Polsce, w niektórych krajach – w Holandii, w Anglii i innych, są postrzegani jako kulturalnie najniższa grupa imigrantów i tak też są widziani przez muzułmanów, których z tego najniższego miejsca zluzowali. (Sprostowań, że nieliczni błyskotliwie lub solidnie awansowali do wyższych kręgów zawodowych, nie przyjmuje się, bo to fakt znany i kłopotów nie nastręcza).
Jeżeli coś takiego jak społeczeństwo obywatelskie rzeczywiście istnieje, to jego głównym problemem w dzisiejszej Polsce jest barbaryzacja obyczajów, w tym splugawienie języka, jednym słowem: białostocki konserwatyzm.

Wydanie: 29/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy