Pomyje

Od wielu lat nie oglądałem polskiej telewizji. Nie jest to może oszałamiająca informacja, ale za to stuprocentowo prawdziwa. Ograniczam się wyłącznie do programów niemieckich – ze względów zdrowotnych. Ostatnio jednak informacje z niemieckiego transpondera również stały się męczące, ponieważ po wyborach do Bundestagu rozpoczęły się polityczne zapasy i przepychanki między dotychczasowym kanclerzem Schröderem i panią Merkel. Doszło do wstępnych przymiarek, mających na celu utworzenie z niemieckiej Socjaldemokracji i Unii Chrześcijańskiej rządu koalicyjnego. Przewidywane porozumienie miało zapaść w poprzednią środę, dlatego sądziłem, że będę mógł je dla „Przeglądu” skomentować. Niestety, Niemcy spierają się nadal, wskutek czego pozwalam sobie zamieścić felieton, którego treść dręczy mnie od dawna.
Mam na myśli obecną we wszystkich programach telewizyjnych koszmarną nawałę reklam, silną jak huragan Katrina, przerywającą nachalnie ciąg każdego programu i pakującą nam przez oczy do głowy informacje, jakich sobie wcale nie życzymy. Lawina ta nie tylko rozrywa wszystkie filmy i widowiska, ale ponadto ma wpływ silnie spłaszczający i wulgaryzujący obrazy wysyłane przez nadajniki telewizyjne. Zdjęciom wielkich amerykańskich klęsk żywiołowych towarzyszą reklamy zachwalające szczególne walory smakowe zupy kartoflanej bądź pasty do zębów. Osoby układające te programy nie widzą nic zdrożnego ani szkodliwego w tym, że głosy ludzi zrozpaczonych katastrofą mieszają się z pomrukiwaniem niedźwiedzi, zachwyconych swoimi doznaniami z powodu użycia odpowiedniego papieru toaletowego. Tego rodzaju następstwa, informacyjnie zrównujące wiadomości ze śmieciem, stały się już taką strawą odbiorców telewizyjnych, że przestają kogokolwiek razić.
Nasza bezbronność wobec tej okropnej papki, którą jesteśmy na siłę karmieni jak gęsi, zasługuje na głębszą analizę psycho- i socjologiczną, ponieważ nie jest prawdą, że tylko pod rządami komunistów spadały na nas wodospady pomyj reklamowych, którymi była wtedy propaganda i indoktrynacja ideologiczna. Mam jednak wrażenie, że łatwiej było uodpornić się na brednie systemu totalitarnego aniżeli na reklamę proszków do prania, zup i podpasek. Zamiast strumienia partyjnych informacji otrzymujemy w kapitalistycznej Polsce śmiecie, rozdrobnione na mało apetyczny przecier. Najlepszym lekarstwem jest wyłączenie telewizora, lecz oznacza to totalną rezygnację z uczestnictwa w życiu globalnej wioski. I tak spod deszczu dostaliśmy się pod rynnę.

29 września 2005 r.

Wydanie: 40/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy