Względność

Względność

Intencją autora książki „Powstanie ’44” było powiedzenie Anglikom, że nie są bez winy, jeśli chodzi o klęskę powstania warszawskiego. Podoba nam się ta intencja. Profesor Norman Davies stawia tezę, że powstanie mogło się skończyć sukcesem, gdyby Wielka Brytania i Stany Zjednoczone przyszły Armii Krajowej z pomocą i nakłoniły do tego także Stalina. Książka jest przyjmowana w Polsce z wielkim entuzjazmem i wcale się temu nie dziwię. Cofa ona naszą świadomość do okresu sprzed 1 sierpnia 1944 roku. Właśnie wtedy myślano, że powstanie zwycięży, jeżeli Brytyjczycy, Amerykanie i Sowieci przyjdą z pomocą. Intelektualny wkład profesora Normana Daviesa w rozumienie powstania polega na przyjęciu do wiadomości, że tamci jednak z pomocą nie przyszli. Brytyjczycy i Amerykanie dlatego, że mieli ważniejsze sprawy na głowie, a Sowieci dlatego, że powstanie było w swoim drugim celu skierowane politycznie przeciw nim. „Dziś powiedziałbym – pisze Norman Davies – że powstanie warszawskie było wspaniałym zbrojnym zrywem, który przeszedł wszelkie oczekiwania, i że decyzja o jego rozpoczęciu – choć z konieczności ryzykowna – nie była lekkomyślna ani tym bardziej ťzbrodniczaŤ”. Te i podobne słowa brytyjskiego autora kojąco wpływają na zbolałą polską duszę i obiecują, że rozterka, jak sobie poradzić w myśli z faktem, że dzięki heroicznemu czynowi AK zginęło 200 tysięcy cywilnych mieszkańców, a Warszawa została zburzona, ma szczęśliwe rozwiązanie. Profesor Davies jest świetnym pisarzem historycznym, umiejącym dawać drugie, idealne życie minionym faktom, ale pod względem rozumienia warszawskiej tragedii jego książka jest regresem w stosunku do tego, co w Polsce zostało myślowo przeżyte, poznane i zrozumiane. Norman Davies przejechał po tym wszystkim swoim książkowym walcem i teraz jeśli ktoś nie zechce z nim się zgodzić, będzie mógł niewiele więcej, niż zaczynać od początku i wypowiadać argumenty już dawno powiedziane.
Generał Władysław Anders nazwał powstanie zbrodnią, gdy ono trwało. („Wywołanie powstania w Warszawie w obecnej chwili było nie tylko głupotą, ale wyraźną zbrodnią” – cytuję za Ciechanowskim). Nie była to wypowiedź pod wpływem przejściowej emocji. Powtarzał taki sąd wiele razy w rozmowach i dokumentach. Gdy powstanie upadło, zmienił stosunek i kazał widzieć w nim przede wszystkim bezprzykładne bohaterstwo. Anders był rozumny, po wojskowemu trzeźwy i życiowo mądry: gdy już nic nie można było zmienić, podporządkował się zasadzie stosowności. W polityce jak w życiu jest czas, gdy trzeba mówić prawdę, niechby najboleśniejszą, i jest czas, kiedy trzeba pocieszać, choćby to miało polegać na moralnej mistyfikacji czy pobożnym kłamstwie. Pierwszy pogląd Andersa został w pełni potwierdzony wówczas, gdy powstanie upadło, Warszawa została zburzona i co do jednego mieszkańca wyludniona. W tym momencie głoszenie prawdy stało się moralnie prawie niedopuszczalne. Komuniści nie uszanowali cierpień narodowych i do dziś im się tego nie wybacza. Żeby sprawa narodowa cokolwiek zyskała z tej katastrofy, z tego ogromu szkód, z tych zbrodni popełnionych na ludności cywilnej, trzeba było to wszystko odrealnić i przenieść w dziedzinę mitu. Mit integruje tych, którzy weń wierzą, heroizuje przeszłość, nadaje sens cierpieniom, stratom i kosztom. Kojący czy drażniący mit jest jednak zawsze nieprawdziwy, ale nie chodzi tu o prawdę, lecz o pewną satysfakcję narodową.
Wiara w mit ma podobieństwo do religii, zintegrowani przez mit tworzą coś w rodzaju wspólnoty kościelnej. Ma ona zapewne swoich prozelitów, nie jak w prawdziwym kościele dopuszczenie do rytuałów jest kontrolowane, obcych widzi się niechętnie i podejrzewa się ich o chęć sprofanowania świętości.
Polacy mają tak szczególny stosunek do powstania warszawskiego, takie o nim swoiste wyobrażenie, że cudzoziemiec, który przeważnie nie ma kwalifikacji Normana Daviesa, przeważnie tego nie pojmuje. Odzywając się na ten temat z najlepszymi intencjami, ryzykuje urażenie bolesnego miejsca polskiej duszy. Niemcy w najlepszej wierze urządzili akademię dla uczczenia rocznicy powstania, a w Polsce od razu podniósł się krzyk, że to prowokacja. Co miało być w ten sposób sprowokowane, trudno się domyślić. Czy Erice Steinbach nie wolno uszanować polskiego powstania przeciw Niemcom i Sowietom? Czy do szanowania tego heroicznego zrywu trzeba być dopuszczonym jak do przywileju? Czy nie o to chodziło, że niewierni chcieli naśladować nasze rytuały? O profanacji się myślało, gdy się krzyczało o prowokacji. Ambasador rosyjski też chciał się wmieszać w tłum pobożnych, bo czym jak nie tym tak dotknął powstańców, że aż zaprotestowali. Napisał to, czego wymagały okoliczności – ale pojmowane na sposób świecki: Polacy walczyli heroicznie, razem zwyciężyliśmy wspólnego wroga itp. Ten niewierny pozwolił sobie na coś jeszcze gorszego niż Erika Steinbach. Polacy przyjęli dogmat, że wojnę przegrali, a ten tu pisze, że razem zwyciężyliśmy. My naszą wielkość widzimy w przegrywaniu, a jeżeli zwyciężamy, to po pół wieku. Tak, wygraliśmy powstanie warszawskie, ale w 1989 r. szkoda, że tych 20 tysięcy poległych powstańców i 200 tysięcy zamordowanych cywilnych mieszkańców nie mogło tego zobaczyć. Między powstaniem a rokiem 1989 nie było żadnego związku, ale przyjmijmy, że był, jak chcą najbardziej wierzący w narodową religię. Jasnowidzący prorok ogłosił w Warszawie 1944 r., że „nie ma innego wyjścia: żeby ťSolidarnośćŤ mogła objąć władzę, wprowadzić gospodarkę rynkową, pluralizm partyjny i wolne media, to wy, mieszkańcy Warszawy roku 1944, musicie być paleni i głodzeni, mordowani na wiele sposobów, kto przeżyje, musi być z Warszawy wypędzony, a samo miast zburzone”. I co powiecie na to: mieszkańcy przeklęli tego proroka i uznali, że to szatan przebrany. I jeszcze się zapytam: czy smakowałaby wam ta gospodarka rynkowa, ten pluralizm partyjny i te wolne media, gdybyście rzeczywiście wierzyli, że przynajmniej w części macie to wszystko dzięki temu, co się działo w Warszawie w sierpniu i wrześniu 1944 roku?
W kulturach archaicznych, gdzie nie istniała krytyczna wiedza historyczna, upływ czasu przemieniał ważne wydarzenia w legendę. Istnienie nauk historycznych na to nie pozwala. Tylko niektóre wydarzenia przechodzą do legendy i tylko pod pewnymi względami. Książka Daviesa stanowi sugestywne połączenie wersji legendowej z naukową historiografią. Jest to pisarstwo naukowe służące pokrzepieniu serc. Umacnia skłonność Polaków do szukania winy poza sobą. (Kto winien, że powstanie styczniowe skończyło się katastrofą? Rosjanie, bo nas pokonali, i Napoleon III, ponieważ nie przyszedł z pomocą. Kto jest odpowiedzialny za to, że powstanie w zaborze austriackim nie wybuchło? Policja austriacka, ponieważ wyłapała konspiratorów. Itp.)
Brytyjczyk, pisząc o powstaniu warszawskim, powinien pytać, tak jak to robi Norman Davies: „dlaczego w ciągu dwóch miesięcy wahań i deliberacji zwycięscy alianci nie zorganizowali pomocy?”. Dla Polaka ważne jest wiedzieć, że żadnemu z naszych powstań nikt nie przyszedł z pomocą, bo widocznie nikt nie widział w tym swojego interesu.

 

Wydanie: 32/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy