Truskawki

Kuchnia polska

W prasie regularnie pojawiają się ironiczne uwagi na temat Samoobrony, w „Gazecie Wyborczej” istnieje wręcz specjalna rubryka poświęcona wykpiwaniu tej formacji jako chłopskiej i prymitywnej, a wśród prawników błąka się myśl, że Samoobronę można by po prostu zdelegalizować jako partię, która dąży przemocą do zmiany ustroju czy też obalenia państwa, co jest zabronione przez konstytucję. Dla Samoobrony szuka się też analogii międzynarodowych, nie tylko w postaci Le Pena, ale również czeskich komunistów, którzy w ostatnich wyborach zebrali głosy tego samego elektoratu, który u nas zbiera Lepper.
I zbiera go – sądząc z wyrywkowych badań przed wyborami samorządowymi – dosyć skutecznie. Dlatego też trafne wydaje mi się zdanie jednego z polityków, że jeśli chce się naprawdę zlikwidować Samoobronę, wystarczy w tym celu zlikwidować w Polsce nędzę, desperację zmarginalizowanych środowisk, kłopoty upadających małych firm gniecionych – z jednej strony – przez fiskusa, z drugiej – przez import i wielkie koncerny, mizerię drobnych gospodarstw chłopskich.
Obrazem tej mizerii są dla mnie truskawki, ponieważ mamy właśnie sezon truskawek. Otóż na targowisku obok mnie ponadkilogramowa łubianka truskawek – razem z łubianką – kosztuje 4 zł i 50 gr. Dla kupującego nie jest to znowu tak mało, ale jeśli weźmie się pod uwagę, jak pracochłonnym zajęciem jest uprawa truskawek, które trzeba posadzić, podlewać, pielić, wreszcie zebrać i zawieźć na targ, gdzie truskawek jest mnóstwo, a więc część z nich nie zostanie w ogóle sprzedana i po prostu zgnije, okaże się, że jest to działalność rozpaczliwa, przynosząca może kilkanaście, a może kilka groszy zysku za cały sezon pracy.
Powiedzenie, że aby zlikwidować Samoobronę, trzeba zlikwidować nędzę, jest żartem, może nieco okrutnym. Samoobrona zresztą, gdyby jakimś cudem doszła do władzy, do czego dąży, też nie zlikwiduje nędzy.
Myślę jednak, że można w Polsce starać się chociażby likwidować chorobę drążącą nasz kraj, a mianowicie coraz bardziej dramatyczne rozdarcie na dwa światy, dwa społeczeństwa, które żyją jakby na innych planetach, starając się nie wiedzieć o sobie nawzajem.
Aby uświadomić sobie istnienie tych dwóch światów, wystarczy czytać gazety. Nie mówię tu już nawet o wielkich aferach, których jest pełno i w których milionowe lub miliardowe kwoty giną, rozpływając się w tajemniczy nawet dla prokuratury sposób. Mówię o sprawach całkowicie normalnych, powszednich, nienoszących żadnych znamion nadużycia. Na przykład dowiedzieliśmy się niedawno z prasy, że jeden z wykładowców akademickich zainkasował za swoje semestralne bodaj wykłady, stanowiące jego działalność uboczną, 60 tys. zł. Żyjemy w gospodarce rynkowej, w której wszystko jest warte tyle, ile ktoś chce za to zapłacić. Nie wykluczam więc, że dla uczelni owe wykłady są warte akurat tyle, chociaż profesorowie zwyczajni na państwowych uczelniach zarobić mogą 60 tys. zł mniej więcej przez dwa lata, poświęcając na to cały swój czas. Ale widocznie ich praca jest mniej warta. Szefowie wielkich firm, w tym spółek skarbu państwa, zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, po kilkanaście zarabiają posłowie.
I nie chodzi mi wcale o to, że jest to za dużo, ponieważ, jak się rzekło, wszystko jest warte tyle, ile ktoś chce za to zapłacić. Problem polega jednak na tym, że w ten właśnie sposób następuje rozłam na dwa światy, dwa społeczeństwa, dwa kraje, które coraz mniej łączy. Z perspektywy kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie Polska wygląda całkiem inaczej niż z perspektywy kilku czy kilkunastu groszy zarabianych na łubiance truskawek. Ten zaś rozziew prowadzi do zaniku solidarności społecznej.
Solidarność społeczna nie polega wcale na równości, zwanej u nas z rosyjska „urawniłowką”. Ale w Niemczech, wówczas jeszcze zachodnich, za rządów wcale nie lewicowego kanclerza Erharda, ustalono jednak po wojnie, że ponieważ cała gospodarka kraju jest w ruinie i trzeba ją podźwignąć, rozpiętości w przychodach poszczególnych grup ludności nie mogą być zbyt wielkie, ponieważ prowadzi to do zerwania solidarności społecznej i więzi łączącej cały naród. Dało to, jak wiemy, całkiem niezłe rezultaty nie tylko społeczne, ale i gospodarcze.
U nas następuje proces odwrotny, co gorsza zaś, jak się okazuje, nie jest on zależny od ideologii wyznawanej przez poszczególne ekipy polityczne rządzące krajem. Więź społeczna rozluźnia się i Polska przypomina coraz bardziej dwa pociągi, jeden z salonkami i wagonami restauracyjnymi, a drugi raczej towarowo-bydlęcy, jadące w przeciwnych kierunkach. Ich zderzenie wydaje się bardzo prawdopodobne.
Na tym też tle rozpatrywać można wszystkie niemal boje toczące się na naszej scenie politycznej, na przykład niemal już tragikomiczny bój pomiędzy rządem a Radą Polityki Pieniężnej o stopy procentowe. Prasa doniosła właśnie, że Rada Polityki Pieniężnej zadusiła już inflację na śmierć; przez rok, od maja 2001 r. do maja 2002 r., spadła ona z 6,9% do 1,9% i jest obecnie w Polsce niższa niż we Francji, Finlandii, Hiszpanii, w Czechach czy na Węgrzech. Ale obecne stopy procentowe są korzystne dla „pływającego kapitału” międzynarodowego, a obecny kurs złotówki jest korzystny dla ludzi wczasujących za granicą i używających perfum Diora, więc RPP nie myśli ich zmieniać. Ten cały spór jednak, aczkolwiek istotny z punktu widzenia strategii gospodarczej, jest także, obawiam się, coraz bardziej obojętny z punktu widzenia rosnących grup społecznych, które patrzą na to z punktu widzenia średniej pensji, średniej emerytury, zasiłku dla bezrobotnych czy wreszcie z perspektywy łubianki truskawek.
Kiedyś był w Warszawie prywatny producent pasków do spodni reklamujący swoje wyroby wywieszką na mieszczącym się w suterenie warsztacie: „Świata nie zmienisz, ale przynajmniej zmień pasek”. Zapewne nie jest możliwe szybkie zmienienie rozdarcia pomiędzy ludźmi spychanymi na margines a alienującymi się ze społeczeństwa elitami. Ale można by chociaż zmienić pasek, to znaczy orientację społeczną na taką, która spinałaby jednak dwa rozjeżdżające się pociągi.

 

Wydanie: 25/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy