Polacy na grzybach

Polacy na grzybach

Pogoda za oknem dostosowała się do atmosfery w kraju. Szaro, buro i ponuro. Rano smoleńskie mgły nad całym krajem. W nocy zimno. A przez cały dzień mokro i chłodno. Ale ta aura pasuje do narodowych mitów męczeństwa. Nawet Narodowe Święto Niepodległości odbywa się w listopadowej szarudze i dobrze oddaje ducha narodu.
W takich właśnie warunkach budzi się atawistyczny pęd Polaków do lasu i na grzyby. Po kompromitacjach piłkarzy, koszykarzy, siatkarzy i innych wyczynowców minister Mucha powinna zbieranie grzybów ogłosić sportem narodowym. W tej dyscyplinie Polacy mogliby odnieść sporo sukcesów. I to w rozlicznych konkurencjach: zbieranie przed niedzielną mszą, po niedzielnej mszy, szukanie grzybów w grupie i w pojedynkę itd. Kiedy cała Polska w różnych dziedzinach życia została w lesie, Polacy są na grzybach.
Ale ta leśna aktywność to dla rodaków coś więcej niż sport. Dla mieszkańców zapomnianych terenów popegeerowskich oraz małych miasteczek, gdzie dawno temu padł ostatni zakład pracy, to sezonowa szansa podreperowania skromnych domowych budżetów. Miastowa klasa średnia, zabiegana w wyścigu szczurów i innych kryteriach ulicznych, spragniona swojskich zapachów i smaków, chętnie kupi namiastkę wspólnotowego ciepełka. Lepszy rydz niż nic.
Pójście do lasu na grzyby to dla Polaków przeżycie niemal metafizyczne – jak przejście na drugą stronę lustra. Próba zrozumienia rzeczy niezrozumiałych, miniucieczka przed absurdami życia codziennego, chwilowa harmonia z kosmosem. To wejście w magiczny świat, w którym obowiązujące oficjalne reguły i prawdy tracą znaczenie. I nadzieja, że zza krzaka poza podgrzybkiem wyłoni się może czarodziejski skrzat, który rozwiąże wszystkie nasze problemy.
Dla jeszcze innych pójście na grzyby to jedyny pretekst do wyrwania się z betonowej klatki i odetchnięcia świeżym powietrzem. Bieganie wokół drzew to działanie bez sensu, ale bieganie wokół drzew w poszukiwaniu grzyba to już niemal obcowanie ze sztuką.
Dla dużej części społeczeństwa zbieranie grzybów to także nostalgiczne wspomnienie czasów, których już nie ma – zbiorowe wyjazdy do lasu z zakładów pracy, pełen luz, poczucie wspólnoty z kolegami z miejsca pracy. Dziś nie ma ani zakładowych wyjazdów na grzyby, ani poczucia wspólnoty, a często nie ma też wspominanych zakładów pracy. Zamiast dobrych relacji z kolegami dominuje na ogół rywalizacja i kompletna nieufność. Pracowniczą solidarność nierzadko zastępują donosicielstwo i wzajemna niechęć. Korporacje i firmy prywatne też już nie zapewniają pracownikom rozrywki i integracji społecznej. Zamiast tego mogą być co najwyżej tzw. szkolenia i kursy doskonalenia, gdzie zazwyczaj robi się pranie mózgów w celu jeszcze lepszego zarządzania tzw. zasobami ludzkimi (to już nie są ludzie z całą swoją bogatą osobowością, ale konieczne i przykre koszty, które jednak maksymalizują zyski firmy dzięki kolejnym „optymalizacjom”). Atmosferę „realnego socjalizmu”, gdzie każdy miał poczucie bezpieczeństwa socjalnego, zastąpił w „wolnej Polsce” stan ciągłego wyobcowania, strachu przed niepewnością i nieufności wobec całego otoczenia społecznego. Nie ma już „my”, pozostało „ja” i cała reszta. Nie ma już szans na krótki toast w miejscu pracy wzniesiony pod grzybka.
Gorzej znoszącym trudy i atmosferę „realnego kapitalizmu” pozostaje nadzieja na choć chwilową ucieczkę z polskiego piekiełka dzięki magicznym właściwościom „świętych grzybów”. Natura, znając trudy egzystencji w polskiej krainie, obdarowała jej mieszkańców grzybkami halucynogennymi, które rosną sobie spokojnie na łąkach i w lasach. I nawet cała armia policji i różnych stróżów prawa nie jest w stanie zakazać ich konsumpcji. Młodzież chętnie korzysta z tych ekologicznych używek, zamiast truć się wódą, z której zyski czerpie państwo. Zresztą różnej maści prezesi, dyrektorzy, prokuratorzy i przedstawiciele całego tego represyjnego aparatu też od czasu do czasu mogliby spojrzeć na świat innym okiem, uwalniając się dzięki grzybkom ze swoich sztywnych masek. Za sprawą magicznych halucynogenów może pojawiłoby się w ich głowach trochę empatii i zrozumienia dla bogactwa zachowań człowieka, a nasz codzienny świat stałby się bardziej ludzki. Indiańscy szamani znali moc grzybów i wiedzieli, jak czerpać mądrość o złożoności tego świata.
Może grzyb nie zastąpi jeszcze w godle latającego ptaka, ale z pewnością zasługuje na specjalne miejsce w dziejach polskiej kultury.

Wydanie: 41/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy