Czarownice z Mazowsza

Pani Diana M. pracowała w podstawówce, w małym mazowieckim miasteczku. Uczyła angielskiego. Ktoś usłużny doniósł redakcji „Faktu”, że pani Diana kilka lat temu zagrała w filmie erotycznym. Raz w życiu. Redakcja „Faktu” prezentująca się jako dziennik występujący w obronie zwykłych ludzi przeciwko establishmentowi i bogaczom tego świata, uczyniła z nauczycielki „gwiazdę porno”. Zawyła ze świętego oburzenia, że oto pani uczy rano dzieci angielskiego, a wieczorami gra w filmach porno. Sodoma i gomora. Wielkie zgorszenie. Śmieszne i smutne, że larum molarne zagrała gazeta, w której codziennie można oglądać zdjęcia rozebranych panienek. Oto redakcji czującej za sobą potęgę wielkiego, niemieckiego koncernu wolno uprawiać erotografię, zwykłemu człowiekowi nie wolno nawet spróbować. Oczywiście, finał publikacji był przewidywalny. Pomimo pozornego kamuflażu nauczycielka została od razu rozpoznana. Straciła pracę. Zaszczuta przez obłudnych jak „Fakt” sąsiadów musiała wynieść się z miasteczka. Straciła środki utrzymania, zmieniła miejsce zamieszkania. Czy autor publikacji, płci męskiej, ma satysFAKTcje? Zrobił kawał społecznie użytecznej roboty.
Pani Teresa pracowała w urzędzie gminy w pobliskim mazowieckim miasteczku. Redaktor lokalnego pisma zapragnął sławy FAKTycznej. Buszując w Internecie, na randkowym portalu znalazł okienko samotnej urzędniczki, pragnącej kogoś poznać. Przy rejestracji w portalu należy wypełnić ankietę. Jest w niej rubryka zainteresowania seksualne. Urzędniczka wypełniła ją, a raczej zaakceptowała prezentowane tam warianty. Redaktor poczuł pewnie, że trafił na temat warty nagrody Pulitzera, i rzecz jasna zatrząsł się z oburzenia. Jak to może być, żeby w urzędzie gminnym, tak ważnej placówce, pracowała osoba ujawniająca swoje preferencje seksualne?! Można by zapytać, czemu redaktor buszuje po stronach randkowych, czy nie zdarzyło mu się buszować po pornostronach, ale odpowiedz jest jasna. Redaktor walczy o nakład. Tylko czy ceną za sprzedaż kilkudziesięciu egzemplarzy więcej ma być złamane życie Bogu ducha winnej kobiety? Przecież nie jest ona osobą publiczną, gwiazdą „szołbiznesu”, pierwszą ze świecznika władzy. Gdzie sięga granica prywatności zwykłych ludzi?
Te dwa przypadki nie są jedyne. W naszym kraju coraz silniejszy jest moralistyczny, dydaktyczny smród. Przede wszystkim LRP-owski, ale nie tylko. W kraju, gdzie wzięciem cieszą się wypożyczalnie filmów porno, kwitnie prywatna swoboda obyczajowa, na użytek publiczny, oficjalnie zaczyna panować obyczajowa surowość, poprawność moralno-polityczna. Modne jest eksponowanie legalnych związków małżeńskich, chociaż znajomi znają wartość ich wierności. Modne jest macierzyństwo, modne są deklaracje dementujące podejrzenia o przynależność do mniejszości seksualnych. No i modne staje się demaskowanie niepoprawności obyczajowej i coraz częstsze wyrzucanie za to z pracy.
W wiekach średnich można było zawistnie oskarżyć kobietę o kontakty z diabłem, o czary. W czasie okupacji o żydowskie pochodzenie. W czasach stalinowskich zakapować burżujskość, nieprawomyślność. Teraz w III RP, państwie ponoć prawa, oskarżyć o rozwiązłość płciową. I już jest wolna posada dla krewniaczki.

Wydanie: 41/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy