Ciężki tydzień

Ciężki tydzień

Telewizja w minionym tygodniu miała w zasadzie trzy tematy: paranoję Macierewicza i jej konsekwencje, kijowski Majdan oraz rodzime bestie. No, jeszcze gdzieś w tle wciąż czaił się gender, bezlitośnie tropiony przez posłankę Kempę i jej sejmową speckomisję. Ośmieszanie państwa i jego instytucji postępuje, obnażając przy okazji jego słabość i bezsilność.
Z ujawnionych ostatnio dokumentów wynika, że ze szkodnictwa Macierewicza rozwalającego wojskowe służby specjalne i z konsekwencji jego działania doskonale zdawali sobie sprawę ówczesny koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann, a także ówczesny minister obrony narodowej Radosław Sikorski.
Wassermann nie żyje. Ale żyje i ma się dobrze minister Sikorski, tym razem jako minister spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska. Wiedział i milczał aż do dziś? Ani na Twitterze nic nie napisał, ani prokuraturze nie zgłosił? Trzeba by oczywiście zapytać prokuratora Seremeta, czy minister spraw zagranicznych oraz minister obrony narodowej to w aktualnym rozumieniu prokuratury funkcjonariusze publiczni, na których ciąży prawny obowiązek złożenia zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, czy osoby prywatne, które takiego obowiązku nie mają.
Jak wiadomo, prokuratura ostatnio uznała, że wiceminister obrony narodowej i zarazem szef wojskowego kontrwywiadu to osoba prywatna, więc i z ministrami sprawa nie jest jasna. Niebawem może się okazać, że Polska sprywatyzowała się tak dalece, że w ogóle nie ma już w niej funkcjonariuszy, tylko osoby prywatne. Zawsze podejrzewałem, że podstawowym zajęciem szefów prokuratury jest studiowanie sondaży przedwyborczych i dokonywanie wykładni prawa z uwzględnieniem aktualnych wyników. Wszystko jedno. Chciałbym wiedzieć, czy Radosław Sikorski powiadomił wówczas prokuraturę o swoich spostrzeżeniach – z obowiązku prawnego jako minister bądź z obywatelskiego jako obywatel RP.
Oprócz ministra Sikorskiego, który jest albo nie jest funkcjonariuszem (w razie potrzeby prokuratura to zbada, ale zejdzie jej z tym do wyborów, to pewne), żyje, a nawet kwitnie były prokurator generalny, a zarazem były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Mąż ten, swego czasu wyraźnie przeszacowany przez Leszka Millera (który notabene niedawno przyznał się w „Kawie na ławę” do tego błędu), na licznych konferencjach prasowych zapewniał ongiś, że stoi na straży nie tylko prawa, ale i tego, by wszyscy wobec prawa byli równi. Wszyscy? Macierewicz też? No to jak, panie były prokuratorze generalny? Kazał pan wszcząć śledztwo po raporcie Wassermanna czy nie kazał? A może nie wiedział pan o tym raporcie, nie pokazali go panu? Ale to by świadczyło, że jako prokurator generalny był pan nieskuteczny i nie wiedział nawet o tym, o czym wiedzieć powinien, albo że bracia Kaczyńscy, mimo że służył im pan tak wiernie, jak umiał, lekceważyli pana, nie dopuszczali do tajemnic. A przecież wydawało się panu, że w tym rządzie jest najważniejszym ministrem. A może dysponował pan jakimś zaświadczeniem, z którego wynikało, że Macierewicz nie odpowiada za swoje czyny? Ale wtedy nie wolno było go dopuszczać do tajemnic państwowych, w dodatku najważniejszych! Tak czy inaczej czegoś minister Ziobro nie dopilnował.
W tej galerii kukiełek sprywatyzowanych funkcjonariuszy pojawił się ostatnio na szklanym ekranie sam premier Tusk (panie prokuratorze, czy premier to funkcjonariusz?), który oznajmił, że Macierewicza ścigać nie należy, bo ścigany może szkodzić jeszcze bardziej niż nieścigany. Myśl to wielka. Ścigamy zatem tylko tych, którzy już szkodzić nie mogą.
Przepojeni tą filozofią ścigania koncentrujemy się na złu uosobionym. A jak wiadomo, uosobieniem zła jest aktualnie niejaki Trynkiewicz, zlinczowany i stygmatyzowany przez media, oraz tajemniczy gender, do którego wzięła się posłanka Kempa. W starciu z intelektem posłanki i jej oddaniem sprawie gender nie ma szans. W starciu ze spanikowanym i podszczutym przez nieodpowiedzialne, głupie media społeczeństwem Trynkiewicz też. Przy tej okazji niektórzy dziennikarze odkryli i objawili narodowi, że przestępcy bywają groźni. Odkryli również wielką prawdę dotąd przed gawiedzią starannie skrywaną, że po odbyciu kary wychodzą na wolność zabójcy, gwałciciele, sprawcy rozbojów, włamywacze i inni złodzieje. Odkrycie tej prawdy, jak się okazuje, także szokującej dla dziennikarzy, każe im kontynuować ich misję. Uświadamiają ten fakt ludziom, pytają, co oni na to, natarczywie dopytują, czy ludzie się boją. No i się boją. Powszechne zaczyna być przekonanie, że przestępcy nie powinni nigdy wychodzić na wolność. Liczba zwolenników dożywocia za wszelkie możliwe przestępstwa zaczyna dorównywać liczbie tęskniących do przywrócenia kary śmierci. To poczucie misji każe dziennikarzom iść jeszcze dalej. Ostrzegając, równocześnie pokazują, gdzie po wyjściu z kryminału może zamieszkać były zbrodniarz. Pytają potencjalnych sąsiadów, czy chcą takiego sąsiedztwa i czy aby nie boją się o swoje dzieci. Zgodnie z oczekiwaniami, nie chcą i boją się. Ze strachu o bezpieczeństwo swoje i dzieci są gotowi nawet do linczu. Lincz gotów jest usprawiedliwiać nawet eksminister Ziobro, skądinąd tak łaskawy dla Macierewicza. Nikt nie wierzy w resocjalizację. Rzeczywiście trudno liczyć na skuteczność resocjalizacji, gdy na jednego osadzonego przypadają w kryminale 3 m kw., a jeden psycholog na więcej niż tysiąc osadzonych. Poza tym na co się zda nawet najlepsza resocjalizacja w kryminale, skoro wypuszczony z niego po wielu latach trafia w najlepszym razie w społeczną próżnię? Nie ma rodziny, przyjaciół (innych niż ci, których poznał w więzieniu, a którzy wyszli przed nim), nie ma gdzie mieszkać, za co żyć, nikt nie chce go przyjąć do pracy. To w najlepszym razie. A co wtedy, gdy jeszcze, jak ów nieszczęsny Trynkiewicz, jest przez media stygmatyzowany, gdy szczuje się na niego społeczeństwo, straszy nim, wskazuje go palcem? Pogoń za sensacją, głupota, brak odpowiedzialności mediów są w stanie zniweczyć to, co w kryminale ewentualnie udało się osiągnąć. Na dodatek są żerujący na tej atmosferze politycy. To wszystko w kraju.
Polityka wschodnia za sprawą Kijowa przeżywa nową fazę. Popieramy gremialnie kijowski Majdan. Problem w tym, że ten, nazwijmy go umownie, Majdan niejedno ma imię. Zaczęło się od demonstrowania poparcia dla integracji Ukrainy z Unią Europejską. O co chodzi dziś? O Unii nikt już, zdaje się, na Majdanie nie mówi. Liderzy Majdanu chcą przejąć władzę. Gdy przejmą, czy Ukraina stanie się demokratyczna, zniknie korupcja, z dnia na dzień zawita dobrobyt? Ludzie na Ukrainie mają dość aktualnej władzy i być może nawet większość popiera Majdan. Czy jednak ta nowa władza, jeśli się wyłoni, będzie lepsza? Czy przestanie być zależna od rosyjskiej ropy i gazu?
Wielu polskich polityków konflikt ten traktuje jako nową odsłonę walki z Rosją o Ukrainę. Na nic przestrogi Giedroycia, że nieszczęściem dla Polski przez ostatnie stulecia był właśnie taki konflikt. Od XVII w. począwszy, zawsze kończył się katastrofą dla Ukrainy i dla Polski. Świadoma posiadanej przewagi Rosja spokojnie czeka. Prędzej czy później i tak weźmie swoje.
A my? Nie bardzo sobie wyobrażam, że po obaleniu Janukowycza polski prezydent razem z Tiachnybokiem będą składać wieńce pod pomnikiem Bandery, a Unia Europejska będzie Ukraińcom fundować zakup rosyjskiego gazu i ropy. Życzę jak najlepiej Ukrainie i Ukraińcom. W interesie Polski leży stopniowe dochodzenie Ukrainy do standardów europejskich i w konsekwencji jej integracja z Europą. Ale wiem, że każdy następca Janukowycza też będzie musiał lawirować między Rosją a Unią, jeśli nie zdecyduje się otwarcie na integrację z Rosją. A na to, który wariant wybierze, my i tak nie będziemy mieć wpływu. Na razie słabo sobie radzimy nawet z własnymi problemami.

Wydanie: 6/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy