Oaza tolerancji

TELEDLIRKA

Nasz kraj, według historyków, był kiedyś oazą tolerancji. I znów nią jest. Politycy są tolerancyjni, latami tolerują kolegów oszustów, złodziei i zwykłych bandziorów na stanowiskach. Miłosierni premierzy, tolerancyjni ministrowie namaszczają prezesów, namaszczeni sami też bardzo tolerancyjni zatrudniają swoje żony, konkubiny i szwagrów. Prezydenci miast naobiecywali, że ho ho, jak tylko ich wybierzemy, to zrobią zaraz porządek. Jednak siedzą cicho, bo są tolerancyjni i tolerują syf w mieście.
Sądy też są tolerancyjne, wzywają sto razy przestępców dużych i małych, a ci z kolei, odznaczając się dużą tolerancją, olewają wezwania. Wymiar sprawiedliwości ma wiele pobłażania dla swych sądzonych, pije z nimi na grillach czy też bawi się na wytwornych przyjęciach. Wielkie zdziwienie budzi fakt, że prawo jazdy trzeba kupić, co rusz odkrywa się, że w jakimś miejscu istnieje system pobierania opłat, zorganizowany lepiej niż ten, który wprowadza Prokom. Naprawdę w Poznaniu tak się dzieje? – dziwi się Warszawa jakby spadła z księżyca.
Dziwi się też tygodnik amerykański, że u nas doradcą biskupów jest były ubek. Nie mogą się nadziwić redaktorzy: jak to, przecież wiedzieli abp Zimoń i bp Libera, wiedzieli i nic nie powiedzieli? Dlaczego? Bo są miłosierni, zgodnie z wymogami katolickiej wiary. I tolerancyjni, oczywiście też. Czy Watykan nie pomagał ukrywać większych grzeszników? Faszystów? Czy ich nie chronił? Chronił bo istnieje nakaz grzechów odpuszczenia, immanentna cecha, cóż zrobić.
A że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, które ten doradca finansowy Marek P. potrafi pomnożyć, to tylko skromne zadośćuczynienie za ogrom tolerancji. Martwią się dziennikarze, że doradca nie zawsze z korzyścią dla Kościoła postępuje, czasami dla siebie coś wyrwie, mój Boże, to rzecz ludzka, Kościół przymknie na to oko. Najbardziej rozśmieszyło mnie uzasadnienie; otóż kupił ów doradca ziemię, wiedząc, że za chwilę ona zdrożeje, za 64 tys. kupił, przeszło milion zarobił. Tym razem dla siebie kupił i on zarobił. Wniosek: oszukał Episkopat. Bo to Episkopat powinien zarobić. Albo ja źle rozumiem, albo jest to śmieszne. Do łez.
Po prostu trzeba wiedzieć, gdzie kupić, gdzie na przykład będzie coś się budowało, gmachy, osiedle, drogę, i państwo, czyli my, państwo Koftowie, i wy, państwo tacy i tacy, z podatków zapłacimy za ten czysty zysk. Zapłacimy, bo jesteśmy, do kurwy nędzy, tolerancyjni.
Miłosierdzie zwisa nad nami jak ciężka chmura, czasami wręcz przygniata porządnych obywateli do ziemi. Uczciwi ludzie czują się głupkami, zaczynają żyć oddzielnie. To się nazywa alienacja pełną gębą.
Denerwuję się, gdy nie mogę komuś pomóc, gdy kogoś robią w jajo, a ja wiem o tym i nic. Tak było wtedy, gdy dowiedziałam się o pewnej pani bioekodoktor oszustce, która wabi pacjentki, nawet te okaleczone ptaki ze złamanym skrzydłem, które mają niewiele radości, często są biedne, a na lekarstwa składa się cała rodzina. Otóż ta wredna baba sprzedaje im jakieś cudowne specyfiki w fiolkach, za duże pieniądze. Mąż jednej z jej pacjentek odkrył, że można te rzeczy nabyć znacznie taniej w aptekach homeopatycznych.
Niby drobiazg, afera ze „skórami” ludzkimi, sprzedawanymi biznesmenom pogrzebowym to były szczyty. Skąd biorą się takie ilości psychopatów? Jak to skąd? Z tolerancji. Wiadomo, że przed bankiem czają się bandziory; napadają na staruszki z rentą. Chodzi o to, żeby były słabe i nie broniły się. To jest świat przestępczy, ale rzemieślnicy?
Ekipa robiła dach u sąsiadki. Umówili się na duże pieniądze. Tak duże, że już pierwotna kwota wydawała się zawyżona. A jak skończyli, zażądali jeszcze raz tyle. Myśleli, że samotna kobieta, wdowa, stanie się łatwym łupem. Nikt jej nie obroni. Trafili źle. Wdowa po prawniku pokazała im gest Kozakiewicza, do tego sąsiedzi są świadkami, mogą mieć wpływ na to, czy silna grupa dostanie jeszcze pracę na osiedlu. Trzeba wziąć się za porządki.
Gdzie jest granica przyzwoitości? Czy oddala się jak horyzont? Z ekranu TV i z gazetowych kolumn rzygają na nas wciąż nowe afery w polityce i gospodarce. To dobry przykład dla cwaniaków…
Człowiek ucieka od takiej rzeczywistości, chce mieć kontakt z porządnymi ludźmi. Ja uciekam w maile. Z pisarkami i poetkami, a także z niektórymi pisarzami oraz dziennikarzami prowadziłam korespondencję przez czas chemioterapii. Jedną z osób pocieszających mnie w opresji, była Jadźka Polanowska. Gdy widziałam ją po raz ostatni na jakiejś promocji, wyglądała szlachetnie. Inaczej niż na fotografii w „Przeglądzie”. Szkoda, że Redakcja nie miała jej lepszego zdjęcia, w stroju górskim, z jasnymi włosami.
Spotkałyśmy się kiedyś, parę lat temu, przy okazji jakiegoś wywiadu. Potem widywałam Ją w Zakopanem, wpadała do Astorii, czyli Domu Pracy Twórczej, między jednym a drugim wejściem na jakiś szczyt. Tamtego lata było zaćmienie słońca. My z mężem oglądaliśmy je w Dolinie Strążyskiej, a Jadźka w szortach wdrapała się na Mnicha czy jakąś inną niebotyczną dla mnie górę.
Gdy wróciłam z wakacji, elektroniczna poczta była zapchana. Odbierałam dziesiątki wieści z różnych stron świata.
Jednak nigdy dotąd nie dostałam mailem takiej wiadomości. Syn Jadźki napisał krótki komunikat, że Mama umarła w środę o dwunastej, prosi, żeby zachować ją w pamięci. Wiedziałam, że jest chora, ale myślałam, że poprawili jej kręgosłup i znów chodzi po górach.
Z życia jest dla każdego tylko jedno wyjście: śmierć. Dlaczego jednak Madame Śmierć tak szybko zabiera przyzwoitych ludzi?

 

Wydanie: 33/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy