Perspektywy terroryzmu

Perspektywy terroryzmu

Bez uprzedzeń

W rozprawie „Teoria partyzanta” napisanej na początku lat 60. Carl Schmitt rozróżnia partyzanta tellurycznego, broniącego swojego kraju, swojej ziemi przed obcym najeźdźcą, od kosmopolitycznego internacjonalnego bojownika walczącego o abstrakcyjnie określony cel. Jedni i drudzy mogą być objęci nieostrym pojęciem terrorysty. Jedni i drudzy w przeciwieństwie do regularnego wojska nie przestrzegają żadnych praw wojny. Konwencje, honor i prawa są przez nich traktowane jako oszukańcze pojęcia, mające służyć silnym i utrudniać działanie bojownikom. W swoim odrzucaniu praw wojny dochodzą do utożsamiania wroga z przestępcą. Można marzyć o świecie bez wojny, ale porównanie walk regularnych armii z działaniami typu partyzanckiego, terrorystycznego, wypada pod wzglądem moralnym na niekorzyść tych drugich. Rzeczywiste szkody wyrządzone przez terrorystów były dotąd nieporównanie mniejsze od zniszczeń powodowanych przez wojska, ale wynikało to jedynie z dysproporcji sił. Terroryzm jest walką prowadzoną przez słabych. W wyniku dostępności supertechnicznych środków zniszczenia ta dysproporcja może się zmniejszyć, a nawet stracić znaczenie. Armie magazynują swoje środki wystarczające do wielokrotnego zniszczenia całego globu, ale terrorystom wystarczy technika zdolna obrócić w popiół jedną metropolię. Różnica – w obrębie terroryzmu – między partyzantem tellurycznym (obrońcą swojej ziemi) a kosmopolitycznym rewolucjonistą nie jest pozbawiona znaczenia, mimo iż metody jedni i drudzy stosują podobne. Niech nam ktoś powie, że nasi partyzanci z 1863 roku i z czasów ostatniej wojny mieli cokolwiek wspólnego z terroryzmem! Nasza ocena czeczeńskich bojowników zależy od tego, czy uznamy ich za partyzantów tellurycznych, czy raczej przypiszemy im występowanie w imię międzynarodowego islamu. Polskie kryteria nie zawsze są zbieżne z uniwersalnymi, ale gdyby ktoś wystąpił z interpretacją, iż terroryści, którzy dokonali straszliwych zniszczeń w Nowym Jorku, byli obrońcami Palestyny przed Ameryką i Izraelem, cały świat przyjąłby taką sugestię jako próbę usprawiedliwienia.
Na teorii partyzanta Carla Schmitta zaciążyło jego przekonanie, że kończy się era państwa jako najdoskonalszej organizacji politycznej, że państwo traci suwerenność wewnętrzną i zewnętrzną, że ponadto z powodu posiadania zbyt niszczących broni państwa nie będą chciały prowadzić wojen między sobą. Wojna jednakże jako najostrzejsza forma konfliktu nie może zniknąć z ludzkiej historii. Nawet pacyfiści uznający pokój za dobro najwyższe mogą wywołać wojnę przeciw tym, którzy będą innego zdania. Schmitt widział już zarysy przyszłego świata, w którym międzynarodowy terroryzm zastępuje wojny międzypaństwowe.
Prawie powszechne stało się przekonanie, że głównym źródłem wojen jest państwo narodowe. Ono stało się wyróżnionym obiektem pacyfistycznej krytyki. Każdy kolejny krok na drodze ograniczania jego suwerenności jest radośnie witany jako przybliżanie się do ideału światowego społeczeństwa obywatelskiego. Woli się nie dostrzegać, że tym krokom towarzyszą inne kroki, nowych destrukcyjnych czynników, anarchii i terroryzmu. Niektórym ludziom daje wielką satysfakcję stawianie przed trybunałami międzynarodowych o wątpliwej legalności szefów suwerennych państw. Ma to zapobiegać pojawieniu się dyktatorów. Niech zapobiega, ale kto zabiera szefom państw ich prawowitą władzę, ponieważ źle jej używają, powinien też przyjąć odpowiedzialność za pokój wewnętrzny, którego byli strażnikami.
Amerykanie mający mocno usprawiedliwioną i pod wieloma względami potrzebną pozycję hegemonistyczną na świecie i przez żadne państwo nie zagrożeni, pomieszali etykę polityczną z etyką rodzinną. Zgodnie z tą drugą uznali, że nikt z Amerykanów nie powinien zginąć, nikt nie może być poświęcony. Motywuje to ich dążenia w dwu kierunkach: do rozwijania supertechniki wojennej oraz do wykorzystywania organizacji terrorystycznych tam, gdzie mogą one wyręczyć amerykańskich żołnierzy. Tak było w Afganistanie, w czasie gdy Rosjanie próbowali zaprowadzić swój wątpliwy porządek i gdzie w końcu wszystko wpadło w ręce terrorystów uzbrajanych m.in. przez Amerykanów. Podobnie było w Serbii, gdzie posługiwali się terrorystyczną ponad wszelką wątpliwość organizacją albańską. Obietnice Amerykanów, że wytępią terroryzm, nie brzmią zbyt wiarygodnie. Z pewnością potrafiliby zniszczyć organizacje tego rodzaju działające na Bliskim Wschodzie, wystarczająco już, jeśli wierzyć prasie, rozpoznane i zewidencjonowane. Pojawią się one kiedyś jednak w innych częściach świata i mogą im być nawet potrzebne, jak przedtem w Afganistanie, a późniejszej na Bałkanach.
Państwa nie zwalczają terroryzmu w ogóle, lecz jedynie te jego przejawy, które są skierowane przeciw nim.
Jest wysoce prawdopodobne, że z coraz agresywniejszego ruchu „antyglobalistycznego” wykluje się typ kosmopolitycznego partyzanta walczącego o abstrakcyjnie sformułowane cele. Fanatycy fikcyjnych celów, którzy już potrafią płoszyć przywódców największych potęg gospodarczych i militarnych, z pewnością nie są ludźmi bez przyszłości.
Jak wspomniałem, terroryzmowi będzie sprzyjać ustanawianie ponadnarodowego wymiaru sprawiedliwości. Zwolennicy międzynarodowego trybunału karnego, przed którym można by stawiać nawet legalnie sprawujących rządy, odzywają się w tym duchu, że terroryzm czyni z takiego trybunału konieczność. Wydaje mi się to dużą pomyłką. Odebranie suwerenności państwom i poddanie legalnie rządzących międzynarodowej jurysdykcji doprowadzi do skrępowania rąk rządom, które nie będą już mogły brać odpowiedzialność za pokój wewnętrzny na obszarze swoich państw. Nie trybunały międzynarodowe wejdą w powstałą w ten sposób lukę władzy, lecz terroryści.
Międzynarodowe sądownictwo jest ostatnią rzeczą, jaka mogłaby przywieść do opamiętania ludzi gotowych na śmierć i zdolnych do takiej wewnętrznej dyscypliny, że z tą gotowością potrafią przez rok lub dłużej uczyć się pilotażu. Tacy ludzie nie mogą być traktowani jako „ślepe miecze”, które staną się bezwładne, gdy ich sponsorzy znajdą się w Hadze lub gdy bin Laden zostanie zbombardowany z wysokości pięciu kilometrów.

 

Wydanie: 39/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy