Dobrodziejstwo zła

Dobrodziejstwo zła

Posunąć się do granic, a nawet przesunąć granice okrucieństwa poza te wyznaczone przez naszą wyobraźnię – oto cele, które bezspornie udaje się realizować armii putina. Nie widzę żadnej przyczyny, dla której miałbym uznawać pisownię tego nazwiska dużą literą; mamy do czynienia z indywiduum, które celuje w to, co w ludziach małe, żeruje na najniższych instynktach. Obsadzeni w rolach barbarzyńców, putinowcy odgrywają je jak z nut; mają w głębokiej pogardzie cywilizowany świat, nazywają go gejropą, zgniłym Zachodem, wprost brzydzą się brakiem przemocy, który jest jedną z fundamentalnych zasad międzynarodowego porozumienia. Nie potrzebują pogadanek o tym, że niosą światu dobro i wyzwolenie, wierzą w moc imperialnego zła, karmią się przerażeniem, które wokół rozsiewają.

Nie zdziwi mnie wobec tego żadna, najbardziej nawet perwersyjna i antyludzka forma celebry w tzw. Dniu Zwycięstwa. Żołdaków zajętych obecnie mordowaniem, gwałceniem i grabieniem zastąpi pochód jeńców, odczłowieczonych propagandowo, przyobleczonych w łachmany, którzy przeczłapią przed rozochoconym tłumem głodnym linczu. Nie zdziwią mnie także stragany z kamieniem brukowym, śmierdzącymi jajami i czym tam jeszcze da się rzucić w tę paradę żywych trupów. Nie zdziwią festiwale tortur, urządzanych w obozach na wszelki wypadek zwanych teraz filtracyjnymi, choć ten przymiotnik brzmi znacznie bardziej złowieszczo niż „koncentracyjny”. Już ja sobie wyobrażam metody tego filtrowania masy ludzkiej: „faszyści” w wieku poborowym do odstrzału, „faszystki” w wieku rozrodczym do zapłodnienia, młode „faszątka” do pralni mózgów, a potem do adopcji przez rodziny, którym los poskąpił płodności.

Dziwi mnie tylko niewymownie, że zawsze to się dzieje pod skrzydłami wiary: putinowców błogosławi najwyższy patriarcha, Gott mit uns, pokrzykiwali hitlerowcy, terror fanatyków z Bliskiego Wschodu wedle ich przekonania uświęcił sam Mahomet – wszystkim raźniej, kiedy mogą czynić zło w imię dobra, natchnieni energią z zaświatów. Na mój laicki rozum, jeśli Bóg istnieje, nie ma nic wspólnego z żadną religią. Rajski przebyt czeka raczej na tych, którzy wybrali żywot z dala od kościoła; jeśli nawet papież rzymski pieprzy beznadziejne androny, by zachować symetrię, zamiast potępić masowe zbrodnie – różaniec opada. Jedyna korzyść, jaka płynie z postawy chrześcijańskiego naczalstwa wobec wojny, to, delikatnie mówiąc, potężna konfuzja i dysonans poznawczy wiernych z odrobiną rozumu. Kiedy pył bitewny opadnie, o ile nie będzie to pył radioaktywny i zostanie jeszcze trochę nienapromieniowanej ludzkości na świecie, klerowi pozostaną już tylko w owczarni egzemplarze najbardziej wybrakowane, szatańscy zwyrodnialcy lub Bogu ducha winni idioci. Może tego nie wystarczyć, żeby wypełnić skarbce Watykanu i Moskwy.

Jest jeszcze jedno, już widome i słyszalne dobro, wynikłe wprost ze zła inwazji rosyjskiej: Polska przestała być państwem narodowym. Żadne dane statystyczne nie oddadzą rozkoszy moich uszu, kiedy słyszę języków pomieszanie na ulicach, w autobusach, a na placach zabaw to już w ogóle ukraiński i rosyjski są mową dominującą. Nowi obywatele będą się liczyć w milionach, wreszcie jakaś mniejszość narodowa przekroczy – mam nadzieję, że na trwałe – dwucyfrowy odsetek ludności nad Wisłą. Nacjonaliści wszelkiej maści (z brunatną na czele) zostali wybudzeni ze swoich mokrych snów o biało-czerwonym monolicie – wpadli w pułapkę bez wyjścia, bo sprzeciwiać się napływowi uciekinierów z Ukrainy, to wspierać putina; żaden wyznawca wielkiej białej polskiej nie ogarnął jeszcze, jak z tego wybrnąć. Nieustanne zapewnianie, że bycie wojownikiem Jezusa nie oznacza wcale filosemityzmu, jest zanadto wyczerpujące.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; historia jest tyglem, który wypluwa czasem jakiegoś skwierczącego demona, ale finalnie świat zawsze wraca do równowagi. Dość spojrzeć na współczesny Berlin, o którym w ubiegłym stuleciu wódz Trzeciej Rzeszy marzył jako o czystej etnicznie stolicy wielkiego narodu aryjskiego. Nie wiem, o czym konkretnie marzy putin, ale i jemu wszystko w końcu się spełni na opak. Lepiej, by zawczasu kazał sobie kopać szeroki grób, żeby mieć się gdzie przewracać.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 20/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy