Odrzucony wynalazek

Zamieszanie, w którym niestety wszyscy bierzemy udział, powstałe wokół sprawy Rywina, trafia także rykoszetem w „Gazetę Wyborczą”. Dlatego też sądzę, że mamy oto właściwy moment, aby zacząć od paru słów na temat tej gazety.
Dla mnie osobiście „Gazeta Wyborcza” ma dwa oblicza. Jest ona jednym z ośrodków dyspozycji politycznej w naszym kraju, a zarazem pismem, które jak żadne inne podejmuje główne problemy współczesnego świata, nadając im należyty wymiar intelektualny. Pomiędzy tymi dwoma stronami „Gazety” nie zawsze potrafię znaleźć zgodność. Co gorsza zaś, świat polityczny z wielką uwagą pochyla się nad byle opinią „Gazety” w sprawach bieżących, puszczając mimo uszu to wszystko, co można w niej przeczytać na serio.
A nie ulega wątpliwości, że „Gazeta”, zwłaszcza w swojej świątecznej, weekendowej edycji jest miejscem, w którym nie tylko odbijają się rzeczywiste dylematy naszych czasów, lecz gdzie poszukuje się także pewnego stopnia obiektywizmu, choćby przez konfrontację głosów przeciwstawnych i głoszących różne racje.
Tak dzieje się obecnie w kwestii wojny z Irakiem, chociaż zasadnicze stanowisko pisma wydaje się mieścić w ramach obowiązującej proamerykańskiej poprawności politycznej. Tak dzieje się również w nie mniej ważnej kwestii, jaką jest droga przyszłości współczesnych społeczeństw Europy, Ameryki, a w konsekwencji i świata. Świadczy o tym ostatnio obszerny artykuł polemiczny Artura Domosławskiego „Niecnoty turbokapitalizmu” („GW” 8-9.02.br.), w którym autor w sposób otwarty podważa banalne w istocie i oparte na powtarzaniu tych samych, nie zawsze prawdziwych aksjomatów poglądy głównego guru ekonomicznego „Gazety”, Witolda Gadomskiego.
To, że autorem tej polemiki jest Artur Domosławski, nie jest dla mnie zaskoczeniem. Człowiek, który sporo czasu poświęcił analizie współczesnego „antyglobalizmu”, a nawet wydał na ten temat książkę („Świat nie na sprzedaż”, 2002), nie może słuchać spokojnie opowiadań o obecnym agresywnym stadium globalnego kapitalizmu jako źródle szczęścia i dobrobytu, które dlatego tylko nie jest jeszcze zupełne, ponieważ jest za mało globalne, liberalne i agresywne.
Nie będę tu powtarzał argumentów Domosławskiego, zarówno historycznych, jak i współczesnych, a także etycznych, bez których trudno się tu obejść. Pochlebiam sobie, że sporo z nich udało mi się już wytoczyć, także na tym miejscu.
Ciekawy natomiast i stosunkowo nowy jest podjęty przez Domosławskiego wątek Marksa i marksizmu jako jednego z nurtów kontestacji antyglobalizacyjnej. Autor oczywiście odżegnuje się od tego wątku, jest w końcu publicystą „Gazety”, ale przyznaje jednak, że istnieją we współczesnym świecie sytuacje, do których marksowska analiza pasuje jak ulał.
Myślę, że warto się nad tym zastanowić. Otóż w naszej bieżącej publicystyce marksizm identyfikowany jest aż nadto z okrucieństwami dyktatury stalinowskiej, uważanej za jego praktyczny skutek, przez co nawet partie lewicy uważały za stosowne wyrzec się go jak najspieszniej i tylko nieliczni, wcale zresztą nie marksistowscy myśliciele, jak np. Andrzej Walicki, zdolni byli zobaczyć go nieco inaczej („Marksizm i skok do królestwa wolności”, 1996).
Ale marksizm na serio przeżywa dzisiaj dziwne przygody i – jak sądzę – nie dzieje się to przypadkiem. Oto na przykład w wydanym niedawno „Słowniku XXI wieku” francuski autor, Jacques Attali, pisze pod hasłem „marksizm”:
„Czasy nowożytne zapewniły nam dwóch wielkich portrecistów historii: Szekspira i Marksa. Zainteresowanie zarówno jednym, jak i drugim pojawi się na nowo. Uzna się marksizm za jedną z najwłaściwszych metod analizy i prognozy rozwoju społeczeństw, przedstawianych jako nagromadzenie konfliktów, które mogą zostać rozwiązane tylko przez jednego z dwóch protagonistów. Pozwoli to zrozumieć, dlaczego ta teoria mogła doprowadzić do największych zbrodni XX wieku, a jednocześnie jasno przewidzieć, co czeka kapitalizm, gdy opanuje całą planetę”.
Oczywiście, można uznać, że Attali w całym swoim słowniku żartuje futurologicznie i prowadzi przewrotną grę intelektualną, chociaż już dzisiaj widać, że na przykład marksowska prognoza koncentracji maksimum bogactw w ręku minimum posiadaczy, przy pauperyzacji całej reszty, wygląda na realną w skali całego globu. Sam Domosławski cytuje, że 1% najbogatszych Amerykanów skupia dziś w swym ręku 40% wszystkich nieruchomości i inwestycji finansowych.
Jeszcze śmieszniejsze zaś sytuacje dzieją się na co dzień. Niedawno, dla porządku, streściłem studentom pogląd Marksa na pracę jako towar, a także na wartość dodatkową, czyli niezapłacony czas pracy, jako podstawowe źródło mnożenia się kapitału i oczywiście nie mogło obejść się bez pytań, a właściwie przekonania z ich strony, że prawa te działają i dzisiaj u nas, wyjaśniając m.in. to, co dzieje się na obecnym rynku pracy i czego wszyscy doświadczamy.
Podobne przekonania nie są obce nie tylko nauce akademickiej, ale i polemice społecznej w krajach Zachodu. Fakt, że marksizm jako instrument analizy społecznej i zbiór – to prawda, że dokonanych półtora wieku temu – opisów faktycznie istniejących sytuacji nie został tam, tak jak u nas, pogrzebany, bierze się oczywiście z tego, że nie stał się on tam nigdy legitymacją dla działań politycznych o występnym charakterze. U nas jednakże ciążąca nad nim anatema stanowi niewątpliwe zubożenie życia umysłowego i praktyki społecznej. To coś takiego, jakby odrzucić wynalazek maszyny parowej dlatego, że sporo ludzi wpadło pod pociąg, a także lokomotywy parowe wiozły skazańców na Syberię. Można oczywiście powiedzieć, że maszyny parowe zostały dziś zastąpione przez o wiele doskonalsze urządzenia elektroniczne. Ale co w myśli społecznej zastąpiło teorię walki klas, widocznej przecież gołym okiem? I co gorsza, wyjaśniającej niejeden nasz konflikt?
Wybory, przed którymi stoimy dzisiaj i o których pisze rozsądnie Artur Domosławski, są zbyt poważne, aby wyrzekać się jakichkolwiek instrumentów pomagających rozświetlić sytuację.
Dokładnie tak samo jak nie zawsze przejrzyste manewry polityczne „Gazety Wyborczej” nie zwalniają od obowiązku czytania tego, co na jej łamach stanowi ożywczy nurt życia umysłowego.

Wydanie: 8/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy