Czerstwa dama

Czerstwa dama

Mama zaszczepiona, wreszcie można było się spotkać. Antoś nie widział babci od jesieni, czyli mniej więcej dziesiątą część swojego życia, to tak, jakbym ja jej nie spotkał, od kiedy rządzi PiS; ciężki szmat czasu. Seniorka rodziny szczęśliwie wkracza w 85. wiosnę żywota, czuje się jak zwykle znakomicie, a im lepiej się czuje, tym bardziej wszystkich straszy, że niedługo umrze. Przez telefon nie sposób zweryfikować tych pogróżek, więc Antek przywykł, że babcia jest jedną nogą w grobie; kiedy w końcu ją zobaczył, traktował jak istotę bliższą już zaświatom. Śpiewał na cały samochód piosenki napisane przez tę drugą, sławną babcię, a kiedy moja mama w zachwycie zapowiedziała, że wszystkim opowie, jaki jej wnuczek muzykalny, Antoś zapytał: „Gdzie powiesz, w niebie?”.

Mama lubi trzymać całą rodzinę w permanentnej gotowości na jej ostateczne odejście, udaje się to jej zdalnie, ale kiedy się spotykamy, okazuje się najzdrowsza z nas wszystkich: serce jak dzwon, umysł jak brzytwa, figura dzierlatki. Następuje radość z cofnięcia czasu, bo z rozmów miesiącami prowadzonych wynikało, że matka jest chora na śmierć i chciałaby ostatni raz się nacieszyć spotkaniem rodzinnym, tymczasem staje przed nami jako czerstwa i żwawa dama. Twierdzi, że tak dobrze wygląda, bo jej godzina wybić może w każdej chwili, więc każdego ranka na wszelki wypadek „robi się” do trumny, chce być ubrana na wieczność w to, co lubi. Nie jest konsekwentna, bo kiedy ją pytam: „Oma, niy ma ci zimno?”, odpowiada, że podczas kremacji ogrzeje się za wszystkie czasy. No to trumna czy urna, mamo, wolelibyśmy wiedzieć – twierdzi, że jeszcze ma czas na decyzję. Ta to ma dobrze, na karb wieku może składać np. niekonsekwencję i nieszczelną pamięć, jako i nieznośność – bywa bowiem nieznośna i czerpie z tego powodu szczególną przyjemność: wreszcie jej wolno. Zadbana, atrakcyjna pani, nikt o zdrowych zmysłach nie powiedziałby o niej per staruszka; ma swój żywy portret Doriana Graya w postaci rówieśnej szwagierki, mieszkającej po sąsiedzku – nie dla obu czas był łaskawy. Ciotka niczego jej nie zawiniła poza tym, że wiek po niej widać – mama, by tak rzec, zerwała z nią relacje wzrokowe z tych samych powodów, dla których nie szukam w mediach społecznościowych dawnych znajomości z podstawówki – pal licho takie zwierciadła metrykalne.

Matka nawet nie udaje, że boi się śmierci; bała się samotnego wdowieństwa, a okazało się atrakcyjniejsze niż wieloletni mariaż, bała się braku pomocy w razie niedołęstwa, ale płodność dzieci i wnuków zapewnia jej zainteresowanie pokaźnego stadka. Powiedzieć, że wszyscy ją sobie wyrywają, byłoby przesadą, bo babcia potrafi dać do wiwatu, ale na osamotnienie narzekać nie może. Wciąż zdrowa, ma zdrowy dystans do swojej metryki, lubi wisielczy humor, cierpi przy tym na całkiem spory zestaw przewlekłych chorób, które tak zamęczyła, że już nie są w stanie jej dopiec. Jedynie hipochondria i nerwica nęka ją – i nas wszystkich za jej pośrednictwem – niezmiennie od lat, ale jest to nerwica w granicach normy, można się przyzwyczaić, rzekłbym nawet jako domorosły diagnosta, że dzięki hipochondrii mama żyje tak długo, lęki i fobie sprawiły, że umierała już tysiąc razy, drobne, lecz liczne dziwactwa nauczyły tolerancji jej bliskich, a ekspresyjne uzewnętrznianie emocji odciążyło jej układ krążenia. Choć może to wszystko zasługa mieszkania na trzecim piętrze bez windy – ilekroć do niej wchodzę, ledwie dyszę, matka wyhodowała sobie kondycję przez pół wieku śmigania po schodach i za nic w świecie nie chce nigdzie się przenieść.

Innym matki się starzeją i umierają, ich starościom i śmierciom zawdzięczamy wybitne dzieła literackie (Bawołek, Bieńczyk, Wicha, Marcinów) – nie zazdroszczę, człowiek nigdy do takiej żałoby nie dojrzeje, nigdy jej nie odczyni ani nie przepracuje. Dobrze, że łamiące serca śmierci matek nie łamią piór, ale sam wolę nie ryzykować – kiedy odejdzie, mogę nie mieć sił, by o niej napisać. Dlatego czynię to teraz, za życia, kiedy się wszystkie zaległe okazje zbiegły na pohybel zdalności i świętujemy razem w kwietniu Dzień Babci, Dzień Matki, imieniny, urodziny i wszystko to, cośmy odkładali od jesieni. Uwaga, mama kichnęła raz i drugi, „Oj, to może być śmierć moja, tak się zaczyna od kataru…”, i już śpieszymy z tłumaczeniem, że to pewnie od kurzu albo pyłków, albo zwykłe przeziębienie, a Antoś mówi z przekonaniem: „Babciu, nie bój się, ty już nigdy nie umarniesz, twoja śmierć umarła ze starości”.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 16/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy