Aura

Dosyć już dawno wyzbyłem się wiary w siłę sprawczą zjazdów, kongresów, konferencji i narad. Niemniej jednak nad każdym takim zgromadzeniem unosi się zazwyczaj jakaś aura, która świadczy o tym, co się dzieje.
Otóż za kulisami, a także częściowo w sali Konferencji Mediów Publicznych, która odbyła się właśnie w Krakowie, unosiła się aura oczekiwania na zmiany. Nie personalne, o czym zawsze szemrze się na korytarzach, ale zasadnicze, strategiczne.
„Nieprzymuszony nikt przymusu nie chce” brzmi nieśmiertelna maksyma Bertolta Brechta, którą powtarzam od lat. Cóż więc przymusza telewizję publiczną i publiczne radio, które na oko mają się całkiem nieźle, aby myśleć o zmianach?
Po pierwsze, konkurencja ze strony mediów komercyjnych, które ostatnio przypuściły dość srogi atak na pozycję telewizji publicznej. Cóż innego bowiem leży naprawdę u podstaw tzw. afery Rywina, badań Komisji Śledczej wokół nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji i całego tego zgiełku, który oglądamy na ekranach naszych telewizorów? Po drugie, jest to wizja integracji europejskiej. Po trzecie wreszcie, dostrzegalny już spadek kreatywności ze strony telewizji publicznej, zjawisko nienowe, ale coraz lepiej widoczne.
O potrzebie zachowania silnej pozycji telewizji publicznej na naszym rynku audiowizualnym, zwłaszcza w obliczu ewidentnej katastrofy kulturalnej i edukacyjnej, czego jesteśmy świadkami, pisałem już wielokrotnie, ostatnio także w obszernym artykule w „Trybunie”. Co ciekawsze jednak tego samego zdania są byli prezesi publicznego radia i telewizji, którzy ogłosili w tej sprawie wspólne oświadczenie, a w Krakowie spotkali się z aktualnym kierownictwem Polskiego Radia i TVP przy czymś w rodzaju okrągłego stołu, który naprawdę był prostokątny, ale mimo to mówiono przy nim zgodnie, że próby marginalizowania mediów publicznych mogą być tylko szkodliwe. Niemniej jednak pozostaje kwestia konkurencji ze strony potężniejących przecież mediów komercyjnych, przed którą media publiczne muszą się bronić, aby nie zejść do poziomu imprezy niszowej i hobbistycznej.
Drugim źródłem niepokoju jest, paradoksalnie, zbliżająca się integracja europejska. Wbrew bowiem lansowanemu przekonaniu, że Unia załatwi nam wszystko, w zakresie mediów podstawowe sprawy musimy załatwić sobie sami. W zapisach unijnych bowiem mimo dość licznych dyrektyw zalecających dbałość o prymat repertuaru europejskiego i narodowego w programach telewizji europejskich nie ma wyraźnych wskazań preferujących nadawców publicznych i panuje w tej mierze nawet pewien pesymizm, jeśli idzie o ich szanse na rynku komercyjnym. Równocześnie zaś, nie ukrywajmy, wolny przepływ kapitału w ramach Unii uczyni naszych nadawców komercyjnych łakomym kąskiem do połknięcia przez wielkie międzynarodowe konsorcja medialne. Nie twierdzę, że obecni właściciele TVN, Polsatu czy stacji radiowych należących do Agory chcą się sprzedać Berlusconiemu czy Murdochowi, ale na rynku komercyjnym sentymenty i zasady obowiązują tylko do pewnej ceny. Nie można więc wykluczyć sytuacji, że za jakiś czas media publiczne zostaną u nas jedyną grupą medialną znajdującą się w rękach państwa i jego podatników, zdolną stawić czoła międzynarodowej konkurencji.
Co to jednak znaczy? Znaczy to przede wszystkim nadążanie za oszałamiającym postępem technicznym, szczególnie zaś rozwojem technologii cyfrowych tak w radiu, jak i w telewizji. To kosztuje krocie, ale trzeba je mieć. Stąd też biorą się pomysły, aby na powrót połączyć kapitałowo Polskie Radio i TVP, co wygląda na zmartwychwstanie dawnego Radiokomitetu, ale podobno ma dać znaczne oszczędności finansowe i wzmocnić sektor publiczny. Już słyszę zgiełk, jaki podniósłby się z tej racji w opiniotwórczych gazetach, kto wie jednak, czy nie przyjdzie go przetrzymać, nawet zatykając uszy.
Ale najważniejszym chyba sposobem przetrwania mediów publicznych jest zmiana ich myślenia o programie. Miód lał się na moje serce, kiedy słyszałem w Krakowie deklaracje szefów programu telewizyjnego, że nie osławiona oglądalność, ale jakość i społeczna potrzeba ma stać się decydującym kryterium polityki programowej. Że nie kupowane od obcych firm „formaty” programowe, a więc gotowe formuły kwizów, teleturniejów czy „Big Brotherów”, ale własna kreatywność powinna wyróżniać telewizję publiczną.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Potrzebne są do tego dwa warunki. Po pierwsze – widownia. Czy telewizja publiczna powinna gonić za widownią, jak dzieje się to obecnie, czy też widownia za telewizją publiczną? Otóż – co też już powtarzam od lat – w roku 1946 bodaj największym sukcesem komercyjnym na rynku amerykańskim był film „A Song to Remember”, o młodym Chopinie w Paryżu. Czy jakikolwiek amerykański widz – komentowali ten wypadek socjologowie – zapytany, co chciałby obejrzeć w kinie, mógł odpowiedzieć, że marzy o filmie o młodym kompozytorze z Lechistanu na emigracji we Francji po nieznanym nikomu powstaniu? Ale kiedy mu to pokazano, wpadł w zachwyt. Widz chce po prostu tego, co mu się pokaże i co go zachwyci, nic zaś nie wie na zapas i z góry.
A więc decyduje kreatywność autorów. Mam swoją teorię na temat kreatywności w TVP, którą potwierdzają niepojęte dla wielu i trwające do dzisiaj sukcesy „Czterech pancernych”, kapitana Klossa, „Czterdziestolatka”, seriali Barei, „Kabaretu Starszych Panów”, powtórek spektakli teatralnych itd. Otóż telewizja polska przez 50 bądź co bądź lat swego istnienia dorobiła się całkiem przyzwoitej kadry nie tylko autorów, ale także pomocników, techników i pracowników programowych, której rozwój został gwałtownie przerwany. Był to, z grubsza biorąc, moment inwazji „pampersów”, bystrych nawet młodych ludzi, niemających jednak o tym wszystkim zielonego pojęcia, którzy postanowili zaczynać wszystko od nowa. Złamany został w ten sposób normalny tryb wszelkiej zbiorowej kreatywności, gdzie uczniowie uczą się od mistrzów, aby potem, owszem, wysłać ich na zieloną trawkę, uprzednio jednak wyssawszy do szpiku. Dlatego, na przykład, nie może się do dziś dźwignąć Teatr Telewizji, dlatego w tylu programach zaczynamy od zera umiejętności i wiedzy.
„Jeśli chcemy otrzymać dzieło sztuki, należy w tym celu zaangażować artystę”, mówił swego czasu wielki choreograf Diagilew, co też już cytowałem wielokrotnie. Prościej formułował to były, niewątpliwie kreatywny szef telewizji, Maciej Szczepański, mówiąc na przykład do Pendereckiego: „Słuchajcie, potrzebne mi są wasze szare komórki”.
Może się mylę, ale za kulisami Konferencji Mediów Publicznych unosiła się aura, że może by spróbować szarych komórek. Na próbę, oczywiście.

Wydanie:

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy