Domniemania polskie

Domniemania polskie

Widma domniemań krążą nad krajem nazywanym Polską. Domniemywanie miało, przynajmniej dla mnie, dość dobrą aurę, reagowałem ciepło i ze zrozumieniem, bo pierwsze, co mi przychodziło do głowy, to uzupełnienie domniemania niewinnością, taką sądowo-procesowo-karną niewinnością, żeby nie było nieporozumień. Domniemanie niewinności było (i wciąż jest) fundamentem rudymentarnego poczucia bezpieczeństwa i uczciwości państwa wobec nas – ludzi, zwanych obywatelami. Dopóki ktoś nie zostanie skazany prawomocnym wyrokiem sądu, jest w świetle prawa niewinny. Ale ostatnio sfery domniemań zaczęły się niepokojąco rozszerzać, rozchodzić coraz dalej jak kręgi na wodzie.

Domniemanie katolickości. W krytycznej opowieści o historii Kościoła katolickiego wracają (są stale obecne) wyprawy krzyżowe, inkwizycja, palenie na stosie, indeksy ksiąg zakazanych, anatemy, wyklęcia, potępienia, egzorcyzmy, ekskomuniki i w ogóle pasmo grzechów, których sprawcami tylko z rzadka mieli być ludzie z samego Kościoła, a żeby hierarchowie, to już najrzadsza rzadkość. Rozdawał więc Kościół przez stulecia wykluczenia, robił to zamaszyście, bezwzględnie, wcześniej systematycznie patrząc, gdzie tu jakieś zło niewiary albo co gorsza tzw. zgorszenia, o ateizmie nie wspominając, kiełkuje. I jak je zdeptać w niejakim zarodku. Ale od dawna cisza, wykluczeń coraz mniej, bo coraz częściej ludzie sami idą, dokąd chcą, i jest to kierunek odwrotny niż ten oczekiwany przez świątynnych. Jeśli więc przez wieki niewyobrażalną karą było eksmitowanie ze wspólnoty, to dzisiaj mamy brak zgody na opuszczenie Kościoła, przytrzymywanie opornych i niewierzących, grzeszników i heretyków, obojętniaków i walczących ateistów. Wyjścia nie ma! Wyjście wzbronione! Jakżeś wlazł – nie wyleziesz. Żadnych apostazji, żadnych odstępstw, wystąpień, żadnych potępień. Kiedyś ogień stosu za ułamek tego, co gadają, a dzisiaj – głuchota i przytrzymanie. I pomaga w tym Kościołowi polskie państwo.

Dziewięcioletnia dziewczynka mieszka z tatą, trwa proces pozbawienia lub ograniczenia praw rodzicielskich mamy. Proces się przeciąga, pojawia się problem chodzenia przez dziewczynkę na lekcje religii, na które ona chodzić nie chce, ojciec ją wspiera – albo ojciec naciska, a ona się z nim zgadza – oponuje matka, której zależy, żeby dziewczynka chodziła. Sąd, nie wyrabiając się z wyrokiem, postanawia dokonać tzw. zabezpieczenia, co oznacza, że do czasu wydania wyroku dziewczynka ma chodzić na religię. Ponieważ sąd uważa, że to niemożliwe, żeby dziewczynka nie wierzyła, skoro wszystkie dziatki wierzą. Co gorsza, podczas rozmów dziewczynka powołała się na konkretny artykuł Kodeksu karnego, a dziecko nie może znać Kodeksu karnego. Poza tym sąd uważa, że dziewczynka robi to, czego chce ojciec, z którym mieszka, a powinna robić to, czego chce matka, która z nią nie mieszka. Poza tym dziewczynka jest cicha i nieśmiała, więc sąd uważa, że nie powinna być na dodatek odmieńczynią, która nie chodzi na religię, bo to ją będzie wykluczać.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 6/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 6/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy