Dał nam przykład Balcerowicz

Dał nam przykład Balcerowicz

Przeciwnicy polityczni Leszka Balcerowicza chcą go postawić przed sejmową komisją śledczą nie po to, by cokolwiek wyjaśnić, lecz aby pomniejszyć jego prestiż i upokorzyć przed telewizyjną widownią. Poprzednie komisje wystarczająco pokazały, że coś takiego jak oczyszczenie się z zarzutów wbrew woli choćby tylko mniejszości komisji jest niemożliwe. Formalnie biorąc, wzywa się świadków, ale faktycznie traktuje się ich jak oskarżonych. Początkowo ofiary były tak zaskoczone sytuacją, że pokornie godziły się na narzucony im status i nie protestowały, gdy posłowie śledczy deptali ich prawa obywatelskie. Pierwszy bodajże Jan Kulczyk starał się wyegzekwować swoje prawa, ale mimo to nie wyszedł z przesłuchań bez strat prestiżowych.
Balcerowicz oświadczył, że nie zjawi się przed komisją, jeżeli Trybunał Konstytucyjny nie potwierdzi jej legalności. Gdyby ludzie wiedzieli, czym grozi rozszerzanie władzy Sejmu poza konstytucyjnie wyznaczone mu granice, i gdyby jeszcze zdawali sobie sprawę, że władza Sejmu de facto jest władzą sztabu partii rządzącej, opinia publiczna opowiedziałaby się po stronie Balcerowicza; społeczeństwo tego jednak nie wie i dlatego głosy będą podzielone.
Wrogowie polityczni prezesa NBP będą krzyczeć, że stawia się on ponad prawem, i to samo będą powtarzać ciągle głodni widowisk dziennikarze. „Żałuję – pisze Monika Olejnik w „Gazecie Wyborczej” – że prof. Leszek Balcerowicz nie miał odwagi i determinacji, żeby wykazać grzechy Arturowi Zawiszy”. Odwagą jest stawienie się na wezwanie PiS-owskiej komisji, a odmowa jest brakiem odwagi. Odwrócenie znaczeń jak u Orwella. Zaraz obok inny dziennikarz pisze: „Zawiódł mnie i inny autorytet. (…) Wiem, że tę komisję powołano głównie po to, by Leszka Balcerowicza obrzucić błotem. Nie zmienia to jednak faktu, że jak każdy obywatel powinien stawić jej czoło”. Red. Mrozowski dotknął jednego z najbardziej charakterystycznych rysów polskiej demokracji, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy z jego sensu. Wiadomo, że państwo polskie powołuje różne komisje, sporządza listy, wydaje ustawy, których celem jest głównie obrzucanie błotem swoich obywateli. Nie przychodzi jednak do głowy dziennikarzom, że może wobec takich praktyk państwa obywatelowi przysługuje prawo sprzeciwu. Potępia się teraz, a często sądzi i skazuje ludzi, którzy w poprzednim ustroju „zgrzeszyli” (częstotliwość występowania tego słowa w mediach świadczy o postępującej klerykalizacji już nawet języka) posłuszeństwem wobec niesłusznego prawa, ścisłym jego przestrzeganiem. Co więcej, takie postępowanie IPN może zakwalifikować jako zbrodnię. Jednocześnie wymaga się od nich, aby „odważnie” podporządkowali się aktualnemu prawu wprowadzonemu po to, aby obrzucać ich błotem.
Nie głoszę idei „obywatelskiego nieposłuszeństwa”, bo jest ona ogólnikowa i nie wiem, w jakich warunkach i w jakich granicach dałaby się zastosować, nie powodując „obywatelskiej klęski”. Opowiadam się natomiast za umocnieniem prawa obrony koniecznej i poszerzeniem go o prawo obrony przed agresją psychiczną, jaką jest „obrzucanie błotem” w majestacie uchwał i ustaw sejmowych. Prawo podstępne nie jest prawem.
Toczy się już dwa wieki spór między demokratami i liberałami. Konsekwentni demokraci twierdzą, że jeśli władza pochodzi od ludu, to może ona nie mieć granic; jeśli lud chce sobie zrobić krzywdę, to wolno mu (Rousseau). Liberałowie przekonują, że każda władza jest niebezpieczna i władza większości także powinna być ograniczona. Kompromisem, albo syntezą, jest demokracja liberalna, w której wola większości musi się liczyć z prawami człowieka. Jednym z praw człowieka najbardziej niewątpliwych jest obrona przed obrzucaniem błotem. Tej obrony z pewnością państwo polskie nie zapewnia, przeciwnie, zarówno III RP, jak i IV RP (podobno już jest) intensywnie i w ponurym majestacie swojego „prawa”, z błogosławieństwem biskupów i arcybiskupów ten proceder uprawia.
Nasze państwo nie tylko nie jest liberalne, ale nie jest też demokratyczne. 60 procent obywateli dało jednoznacznie do zrozumienia, że ono ich nie interesuje. Parlament wybrany przez 40 procent jest legalny pod względem proceduralnym, ale nie może uchodzić za wyraz woli ludu i umowy społecznej. Jego legitymizm jest wątpliwy. Podstawa proceduralna jest wystarczająca do administrowania krajem, ale nie daje prawa do wprowadzania „reform” i ustanawiania urzędów, których większość nie chce. Niektórymi krajami z powodzeniem administrują rządy mniejszościowe, ale one nie robią rewolucji i nie obrzucają nikogo błotem. A jeśli robią rewolucję, to kończy się to dyktaturą. Kto słyszał, żeby gdzieś rząd demokratyczny snuł plany pozbawienia praw obywatelskich polityka, który był dwukrotnie demokratycznie wybranym prezydentem. W Polsce są takie plany.

 

Wydanie: 38/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy