Politycy ze skansenu

Politycy ze skansenu

Bez czerwonego wina bardzo trudno pojąć zmienność nastrojów prezydenta Kaczyńskiego. A jeszcze trudniej przychodzi dostrzec logikę w jego kolejnych decyzjach. Nie tak dawno obowiązywała przecież doktryna sukcesu. Prezydent pojechał na szczyt do Lizbony i zwyciężył. Ograł wszystkich i wynegocjował zapisy w traktacie najkorzystniejsze dla Polski.
O nadzwyczajnych talentach dyplomatycznych prezydenta szczegółowo informowały propisowskie gazety. Tyle że z postawy Lecha Kaczyńskiego w Lizbonie nie była zadowolona znaczna część pisowskiego elektoratu, nie mówiąc o dużej grupie polityków PiS, których najdelikatniej można określić jako eurosceptyków. Bracia Kaczyńscy musieli się więc mocno nagimnastykować, by im się partia nie podzieliła. Byli za, a nawet przeciw traktatowi lizbońskiemu w zależności od tego, do kogo mówili. Koniec końców prezydent Kaczyński obiecał, że traktat podpisze.
I pewnie tak by się stało, gdyby nie wynik referendum w Irlandii. Sukces tamtejszych eurosceptyków spadł Kaczyńskim jak manna z nieba! Dostali pretekst do kokietowania tych środowisk, które stanowią ich zaplecze. A które się coraz wyraźniej od polityki Kaczyńskich dystansowały. Lech Kaczyński stanął zdecydowanie po stronie tych Irlandczyków, którzy głosowali przeciwko traktatowi, i zdystansował się wobec własnych, wcześniejszych deklaracji. Dla Polaków taka wolta nie jest niczym zaskakującym. Europa też się już przyzwyczaiła do tych specyficznych zachowań. Chyba jeszcze tylko prezydent Francji Nicolas Sarkozy wierzy, że prezydent Kaczyński dotrzymuje słowa.
Owszem, zdarza się, że dotrzymuje, tyle że nie w sprawach Unii. Konsekwentny jest, gdy chodzi o słowo dane Amerykanom, że tarcza antyrakietowa u nas będzie! Nawet gdyby Polska musiała, jak to już bywało w relacjach z USA, dopłacić do tego interesu. Nieważne dla Kaczyńskiego jest to, że nasz kraj do niczego tej tarczy nie potrzebuje. Że jest ona wyłącznie w interesie USA i że nawet amerykański Kongres nie dał na nią pieniędzy. I pewnie nie da. Prezydent nie tylko znosi upokarzające naciski i namolność Amerykanów, lecz także próbuje rozgrywać negocjacje poprzez swojego ministra. Na jego tle premier ze swoją zdroworozsądkową polityką prezentuje się zdecydowanie korzystniej. Ma przede wszystkim tę zaletę, że zadał sobie dwa pytania. Czy Polacy są przeciw traktatowi lizbońskiemu? I czy Polacy chcą instalacji tarczy antyrakietowej? Odpowiedź jest oczywista. Za traktatem lizbońskim. I przeciw tarczy. I to zdecydowanie. Donald Tusk wie, że uprawianie polityki zagranicznej wbrew własnemu narodowi jest możliwe tylko na krótką metę. Szkopuł niestety w tym, że straty poniesione w wyniku obsesji polityków PiS mogą być długoterminowe. Z jednej strony, Lech Kaczyński swoimi działaniami pogłębia trudności Unii i dystansuje się od wspólnoty, a z drugiej, przyjmuje postawę czysto roszczeniową. Domaga się od Unii nowych dotacji, wsparcia i ulg. Taka postawa jest na dłuższą metę nie do przyjęcia.
Rację ma francuski polityk Cohn-Bendit, który głosi, że czekanie na pełną jednomyślność w Unii jest czystym szaleństwem. Jeśli Irlandia, która dzięki pieniądzom Unii osiągnęła tak wielki sukces gospodarczy, nie aprobuje już dziś nowego projektu politycznego wspólnoty europejskiej, to ma prawo wystąpić. I niech wystąpi. To samo dotyczy Polski. Tyle że Polacy chcą być w Unii i mają wystarczająco wielu polityków, którzy to rozumieją! Nie jesteśmy skazani na ludzi ze skansenu, opowiadających swoje przedpotopowe historyjki.

Wydanie: 28/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy