Józef Robotnik

1 maja tego roku przedstawiono nam do wyboru trzy powody do świętowania: Święto Pracy, związane z tradycją walk proletariatu, pierwszą rocznicę wstąpienia Polski do Unii Europejskiej oraz dzień św. Józefa Robotnika.
Przyznam się, że żywię wielką sympatię do Józefa Robotnika. Życie tego cieśli, pochodzącego z królewskiej linii Dawidów – co podkreślał przez sam fakt chociażby, że podczas spisu ludności udał się wraz z ciężarną żoną z Nazaretu do Betlejem, ponieważ tam spisywano potomków Dawidowych (Łk 2, 4) – nie było łatwe. Obarczony niebanalną rodziną, w której w dodatku jego rola nie ojca, lecz tylko opiekuna pierworodnego syna budziła początkowo jego wątpliwości (Mt 1, 19,20,21), żyjący w niepewnych czasach króla Heroda, które zmusiły go wręcz do ucieczki wraz z żoną i dwoma synami (o drugim, Andrzeju, więcej w Dziejach Apostolskich) do Egiptu, nękany też zwykłymi rodzicielskimi lękami (Łk 2, 48) wypełniał solidnie i troskliwie swoje obowiązki żywiciela i opiekuna, nie wydając przy tym ani słowa skargi. We wszystkich Ewangeliach nie znajdziemy bowiem ani jednego zdania wypowiedzianego przez Józefa, choć znajdujemy tam zdania Marii, ani też wzmianki, aby ktoś zwracał się do niego z czymkolwiek, i jedynymi jego rozmówcami są aniołowie, ukazujący mu się w dodatku tylko we śnie, a nie na jawie, jak prezentowali się wówczas wielu innym osobom.
W tradycji folklorystycznej jest zatem Józef synonimem przyzwoitego człowieka, odrobinę nawet safanduły, który uczciwie robi swoje i z którym mało kto się liczy.
Punkt widzenia Józefa Robotnika jest niezłym spojrzeniem na dwa inne powody świętowania 1 Maja. Jako rewolucyjne święto proletariatu 1 Maja wypadł więc tego roku słabo, a to z kilku powodów. Po pierwsze, nie ma już wielkich zakładów przemysłowych, będących bastionami klasy robotniczej, tak jak Stocznia Gdańska czy Żerań, i socjologowie twierdzą, że tradycyjny proletariat przemysłowy jest klasą ginącą. Na jego miejsce pojawia się zaś tzw. salariat, ludzie pracy najemnej z różnych sektorów, od biurokracji po handel, poprzez naukę i kulturę. I chociaż w tym roku nawet w publicystyce „Gazety Wyborczej” pojawił się po raz pierwszy wyraz „wyzysk” w odniesieniu do naszej rzeczywistości, to jednak nikt jeszcze nie wytłumaczył salariatowi, na czym polega stosowany wobec niego wyzysk i co jest jego przyczyną. Powinna tym się zająć lewica polityczna, ale zajęła się obecnie walką frakcyjną, nie bardzo interesując się stosunkami społecznymi, a zwłaszcza gospodarczymi. Nawet Nowa Lewica, najbliższa tym zainteresowaniom, wywiesiła przed 1 Maja plakat z hasłem: „3 x 8: 8 godzin pracy, 8 godzin odpoczynku, 8 godzin snu”. To prawda, że w handlu np. reguła ośmiogodzinnego dnia pracy naruszana jest permanentnie, ale ludzie gotowi są pracować 10 i więcej godzin, aby tylko mieć pracę przy 18-20% powszechnego bezrobocia. A więc nie tu leży pies pogrzebany i lewica będzie jeszcze musiała nieco pomyśleć i poczytać, aby wytłumaczyć Józefowi Robotnikowi, na czym powinny polegać jego postulaty w erze postindustrialnej, a także globalistycznej. Na razie bowiem nie poszedł on na pochód.
I tu już jesteśmy przy pierwszej rocznicy naszej akcesji do Unii Europejskiej. Jest to, według mediów, powód najradośniejszy. Okazuje się bowiem, że w tym roku dostaliśmy od Unii 6 mld euro więcej, niż zapłaciliśmy w formie składek, rolnictwo, któremu wróżono upadek wobec unijnej konkurencji, znalazło sobie w Unii rynki zbytu i polska żywność uchodzi tam za lepszą, niektórzy zdobyli pracę za granicą i polscy hydraulicy okazali się zagrożeniem dla hydraulików francuskich, wreszcie wszyscy podróżują bez paszportów. Nic więc dziwnego, że poparcie Polaków dla Unii sięga 65% opinii, a więc jest takie samo, jakie było w czasie referendum unijnego. Przez rok od akcesji nie nastąpiło rozczarowanie, a to jest sukces.
Ale na krótko. Warto bowiem uświadomić sobie, że jeśli wynik wyborów będzie taki, jakiego się oczekuje, to ta sama opinia publiczna, która popiera nasz udział w Unii Europejskiej, zamierza wybrać większość sejmową złożoną z partii antyunijnych. A więc z braci Kaczyńskich, Samoobrony, Ligi Polskich Rodzin, a także Platformy Obywatelskiej, która niby jest proeuropejska, ale której desygnowany na premiera lider, Jan Maria Rokita, najpierw chce umierać za Niceę, a ostatnio mówi publicznie, że jako „żona” Unii Polska ma prawo powywalać ściany we wspólnym unijnym mieszkaniu.
Jest to nadzwyczajny paradoks i doprawdy nie rozumiem, że wyborcy nie zdają sobie z tego sprawy. Przecież już wkrótce antyunijni posłowie i wybrany przez nich rząd mogą pokrzyżować plany prounijnemu społeczeństwu. Po prostu tak popsuć polskie stosunki z Unią, aby nasze korzyści okazały się znacznie mniejsze niż w tym roku. Stanie się to oczywiście pod hasłem godności narodowej, suwerenności, wyjścia z niewoli brukselskiej, tak jak wyszliśmy z niewoli kremlowskiej, być może także pod hasłem obrony chrześcijaństwa, jako legatu po naszym polskim papieżu, którego w Watykanie zastąpił Niemiec. Niewykluczone, że poczciwy i sumienny Józef Robotnik przyjmie te hasła, nie zastanawiając się nad nimi wiele, chociaż później będzie tego żałował.
Niedawno „Iskry” wznowiły klasyczną książkę Władysława Łętowskiego „Prawem i lewem”, o polskim XVII w., w której znajduje się antologia sloganów polskiego warcholstwa, gotowych do użycia i już będących w użyciu.
Dzieło Łętowskiego dotyczy przy tym, jak wiadomo, Rusi Czerwonej, a więc jest szczególnie przydatne, ponieważ na tym polu odbywają się już wstępne harce nowego sarmatyzmu. Od dwóch co najmniej miesięcy obradujemy więc na serio nad tym, czy nasz prezydent ma, czy też nie ma jechać 9 maja do Moskwy, gdzie jadą Francuzi, Amerykanie, Anglicy, a nawet Niemcy, tyle samo też czasu spieramy się o to, co powinien on powiedzieć na Kremlu, chociaż dobrze wiadomo, że oprócz gospodarza, prezydenta Putina, nikt tam nie będzie nic szczególnego mówił.
Nie przypadkiem, mówiąc o rocznicy Unii, mówię tu o Rosji. Trzeba być bowiem mocno zaczadzonym, aby nie rozumieć, że jeśli Unia Europejska chce – a chce z pewnością – stać się ważnym graczem na szachownicy globalizującego się świata, obok Ameryki, Chin, a niedługo także Indii, to nie może tego osiągnąć bez Rosji. Bez Rosji Europa jest niekompletna. Bez Rosji Europa nie bardzo wie, jak grać z Chinami, bez Rosji wreszcie Europa nie może wzrastać gospodarczo pozbawiona gazu, ropy, surowców, rynków zbytu. Rosja, mimo że nie należy do Unii, jest więc dla Unii Europejskiej ważniejsza niż Polska, co brzmi przykro, ale jest prawdą, tak jak prawdą jest to, że na skutek nieporozumień z Polską już teraz rosyjski ropociąg do Europy układany jest pod Bałtykiem, z pominięciem naszego kraju.
Dla świętego spokoju i pewności unijno-rosyjskich kontaktów.

Wydanie: 19/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy