Ganchof i Radziwiłł

Ganchof i Radziwiłł

Anonimowy poseł PiS zwierzył się „Faktowi” ze swoich mrocznych wątpliwości: „Ja się zastanawiam nad tym, co takiego Macierewicz ma na prezesa, że absolutnie wszystko mu wolno”. Andrzej Celiński ma inny pogląd: „W opowieści, że ma jakąś tajną wiedzę na temat Kaczyńskiego, nie wierzę. Już bardziej, że Kaczyński ma jakąś wiedzę o Macierewiczu. I dobrze się z tą wiedzą czuje”. Jakkolwiek by patrzeć, zawsze zza węgła wyziera spiskowa wersja świata. Tymczasem sprawa wydaje mi się prosta jak konstrukcja cepa jednokapicowego. Wiadomo każdemu małolatowi, że najładniejsze dziewczyny w klasie uwielbiają się pokazywać w towarzystwie najbrzydszych, najinteligentniejsze – najgłupszych itd. Nie ma w tym żadnego przypadku i zawsze było tak samo. Przypomnijmy tylko, jak Bogusław Radziwiłł przed wieczerzą w Kiejdanach, czekając na Billewiczównę, zaczął rozmawiać z Ganchofem, przy którym oczywiście umyślnie stanął, „ażeby się lepiej wydawać, bo Ganchof był to mąż dziwnie szpetny: twarz miał ciemną i ospą podziobaną, nos krogulczy i zadarte do góry wąsy; wyglądał jak duch ciemności, a Bogusław przy nim jak duch światła”, aż „wszyscy, nie wyłączając księcia Janusza, patrzyli nań z podziwem i uwielbieniem”.

A któżby nie chciał wyglądać jak „duch światła”? Jarosław Kaczyński płochościami dziewczęcymi nie interesował się w młodości, czytał za to Trylogię Henryka Sienkiewicza, gdyż chciał czy nie chciał, była to w środowisku inteligencji żoliborskiej lektura patriotyczna i obowiązkowa. Że zaś chłopcem był, jak wiemy, zmyślnym, zapamiętał i przejął przesłanie.

Są na tym świecie tacy politycy, którzy tworząc rząd, obsadzają go najwierniejszymi z wiernych. Niebezpieczna to ułuda, gdyż historia po stokroć udowodniła, że osobiste ambicje koniec końców zawsze okazują się ważniejsze od wierności. Inni starają się zgromadzić na odpowiednich stanowiskach luminarzy kompetentnych w swoich dziedzinach. To akurat prezesowi do niczego niepotrzebne, gdyż sam wie wszystko lepiej, o czym przez wrodzoną skromność nie napomyka, ale przypomina codziennie jego otoczenie z posłem Brudzińskim i panią premier Beatą Szydło na czele. Jarosław Kaczyński, zgodnie z wyczytanymi w młodości wskazówkami skłania się więc ku sprawdzonej metodzie à la Ganchof.

Ma ona co najmniej dwie niezaprzeczalne zalety. Stanie oto prezes koło ministra Waszczykowskiego – a już cały świat od Papuasów z Nowej Gwinei po mieszkańców Białego Domu modli się, żeby przejął dyplomację w swoje ręce. Stanie obok Błaszczaka – nawet dzieci w kołyskach marzą, żeby zabrał głos zamiast ministra spraw wewnętrznych… Stanie wreszcie ramię w ramię z Macierewiczem, a tu już zgodny się rozlega chór ekspertów i estetów, lewaków i liberałów, nawet dzieci dopiero co poczętych: byle nie on, rządź nami już ty, Jarosławie, duchu światła! To po pierwsze. Równie istotny jest drugi aspekt sprawy. Ciemny lud rosyjski wierzył ślepo w dawnych czasach, że wszystkiemu winni wykonawcy, a nie dobry i nieomylny car. W metodzie à la Ganchof jest to doprowadzone do perfekcji. Wystarczy tylko spojrzeć i porównać. Owszem, czasami przydarzają się carowi wpadki, jakiej drobnej jednak miary.

To nie ON przecież, chce wierzyć prosty poddany, ale minister Szyszko wycina lasy, w których kryć by się mogli partyzanci Macierewicza. Nie ON, ale Ziobro niszczy państwo prawa. Nie JEGO, ale Macierewicza wywiad dowiaduje się o handlowaniu okrętami wojennymi za dolara. Nie ON bodzie na ślepo widelcem i w ramach skuteczności kształcenia kasuje stworzone dla skuteczności kształcenia gimnazja albo zniechęca do nas Europę. ON o tym wszystkim nic nie wie, a tylko przyznaje potrzebującym po 500 zł. Gdyby zaś, broń Boże, sprawy zaszły za daleko, da któremuś z Ganchofów pstryczka w nos, aż cały naród ryknie z radości i błogosławić będzie zbawcę.

W ten sposób, niepostrzeżenie, dokonuje się w Polsce wielka przemiana mentalności. Jeszcze konfederaci barscy śpiewali:
„Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi…”.

Jak Polska Polską zawsze wszystkiemu winni byli królowie. Dzisiaj, podług starej wschodniej tradycji, 30% narodu wierzy w „ducha światła” na tronie. Toteż właściwie ma Jarosław Kaczyński tę jedną troskę, że po kolejnych reorganizacjach rządów – a lud domaga się igrzysk – aż tak doskonałych Ganchofów trudno mu będzie na zamianę znaleźć, nawet w znanej dzielnicy Pruszkowa, podczas gdy pokolenie Misiewiczów dopiero dorasta. No i oczywiście żeby się nie wygadać ze swoją strategią jak Bogusław Radziwiłł Kmicicowi w Pilwiszkach. No ale na to to on już za sprycieńki – jak mówiła moja babcia, która była z Kresów.

Wydanie: 46/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy