Prawnicy na bocznicy

Prawnicy odgrywali w dawnej Polsce znaczącą rolę. Franciszek Zabłocki, autor żyjący w latach 1752-1821, tak oto pisał o zawodzie jurysty: „Stan prawny, indziej ze zwyczaju i potrzeby cierpiany, zawsze w naszym kraju miał swe poważnie. W tej to niegdyś szkole młódź szlachecka obszerne miała sławy pole. W senacie, w interesach, w izbie i kościele” („Zabobonnik”, 1781).
W dzisiejszej Polsce prawnicy nie mają wpływu na bieg spraw publicznych. Jest tak przede wszystkim dlatego, że w Sejmie i Senacie niewielu jest przedstawicieli tej profesji, nieliczni zaś parlamentarzyści, dyplomowani prawnicy, bardziej o swe partie na ogół dbają niż o jakość tworzonego prawa.
Szczególnie wymownym tego stanu rzeczy przykładem jest zachowanie polityków w sprawie tzw. afery Rywina. Zażarty spór o skład komisji śledczej, którą Sejm powołał do zbadania tej sprawy, pokazał, że poszczególne kluby poselskie chcą reprezentować w tej komisji swe partyjne interesy, a nie dążyć do wykrycia prawdy, całej prawdy i tylko prawdy. Nawet niewygodnej, czy to dla partii rządzącej, czy opozycji.
„Prawa nie mają żadnych namiętności i uwieść się krzywo nie dadzą” (Piotr Skarga). Powinni o tym pamiętać parlamentarzyści, którzy zasiadają w komisji śledczej. Niech nie myślą, że konstytucja pozwala im na stronniczość w działaniach, do których są konstytucyjnie umocowani i związani ustawą z 1999 r., określającą tryb działania komisji śledczej.
Komisja śledcza może badać wyłącznie działalność organów i instytucji publicznych objętych kontrolą Sejmu, nie korzysta natomiast z generalnego upoważnienia do badania wszelkich spraw, niezależnie od tego, czy w danej sprawie są lub były prowadzone postępowania przed innymi organami władzy publicznej. Stwierdził to wyraźnie Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z 14.04.1999 r., K. 9/99.
W sprawie „afery Rywina” śledztwo wszczęła też prokuratura. Postępowania sejmowe i prokuratorskie toczą się więc równolegle. Nie mogłoby się to zdarzyć w czasach, gdy postępowanie przygotowawcze prowadzili sędziowie śledczy, a Sejm ustawodawczy nie mógł wtrącać się w sprawy badane w postępowaniu karnym, zgodnie z zasadą oddzielenia władzy ustawodawczej od sądowniczej.
Działania prokuratorskie mają dla wymiaru sprawiedliwości znaczenie bardzo istotne. Określone są ściśle przez prawo. Postępowanie przed sejmowymi komisjami śledczymi nie może się równać pod względem umiejętności wykrywania prawdy obiektywnej z działaniami prokuratorów, którzy mają w tej materii specjalistyczne przygotowanie. Znajomość procedury śledczej to taka sama profesja jak każda inna. Nie może być uprawiana przez amatorów. Po wojnie mieliśmy prokuratorów z awansu społecznego, którzy po sześciomiesięcznych kursach obejmowali odpowiedzialne stanowiska w prokuraturze. Dzisiaj politycy z komisji śledczej próbują zgłębić tajniki procedury karnej w ciągu kilku dni!
Różnica w działaniach prokuratury i komisji śledczej w sprawie Lwa Rywina jest już widoczna. Prokuratorzy prowadzą sprawę beznamiętnie, nie ujawniają wyników śledztwa. Odwrotnie niż działająca jawnie komisja śledcza, w której temperamenta grają.
Dobro prokuratorskiego śledztwa wymaga, by z gromadzonych w toku tego postępowania materiałów dowodowych nikt przedwcześnie nie mógł korzystać. Sejmowa komisja śledcza pragnie już we wstępnym etapie tego postępowania dysponować wiedzą o jego cząstkowych wynikach. Paradoksalnie ta sama osoba (L. Rywin) jest w jednym postępowaniu podejrzanym, a w drugim, toczącym się równocześnie, świadkiem.
Jawność postępowania przed sejmową komisją śledczą nie musi sprzyjać obiektywnemu dociekaniu prawdy. Przeciwnie przebieg toczącego się postępowania może ulec zniekształceniu, gdy stanie się żerem dla prasy goniącej za sensacją. Parlamentarzyści chcąc uniknąć zarzutu, że ich komisja będzie „sądem kapturowym”, zapewniają, że będą prowadzić śledztwo przy „otwartej kurtynie”.
Źle się stało, że wina aktorów dramatu została de facto przesądzona. Mówi się o największej aferze korupcyjnej w Trzeciej Rzeczypospolitej. Tymczasem kwalifikacja prawna rozmowy, jaką nagrał Adam Michnik, nie jest jeszcze przesądzona. Przestępstwa płatnej protekcji dopuściła się niewątpliwie słynna przed wojną żona jednego z prezesów sądu apelacyjnego, która w zamian za udzieloną jej korzyść majątkową zapewniała, że załatwi sprawę u swego małżonka. Ale czy warszawski cwaniak, który, powołując się na swe rzekome wpływy, obiecuje komuś pomoc w nabyciu kolumny Zygmunta, dopuszcza się takiego przestępstwa czy raczej oszustwa? Nie wiemy jeszcze, czy Rywin miał jakieś szanse załatwienia sprawy oferowanej Michnikowi. Musi to stwierdzić dopiero niezawisły sąd.
Jedno wydaje się dziś pewne. W naszym demokratycznym państwie, mieniącym się państwem prawnym, w impasie znalazła się zasada domniemania niewinności. Wielką karierę robią nieujęte w karby prawne „śledztwa” dziennikarskie. Opinia publiczna chętnie wierzy żurnalistom piętnującym per fas et nefas prawdziwą, a czasem tylko urojoną korupcję.
Są publicyści, którzy kokietują opinię publiczną, że jest jedynym, prawdziwym sędzią w takich sprawach jak nieszczęsna „afera Rywina” Z taką tezą wystąpił np. Marcin Król („Tygodnik Powszechny” nr 2 z 12.01.2003 r.). Jego zdaniem, mass media muszą pomóc opinii publicznej. Sprawa próby przekupstwa, pisze autor, wytoczona przez „Gazetę Wyborczą”, powinna być przez nią doprowadzona do logicznego końca. A więc nie sądy niezawisłe, lecz kapryśna opinia publiczna ma sądzić ludzi w państwie prawnym. Wolałbym przebywać na emigracji, niż żyć w państwie, które nie ufa sądom i odwołuje się do opinii publicznej. Czym były opinie urabiane w PRL-u na wielkich wiecach i masówkach w zakładach pracy, pamiętają dobrze ludzie mego pokolenia. Władza ma nieprzezwyciężoną skłonność do manipulowania opinią publiczną.
Prasa w wolnym, demokratycznym kraju ma niewątpliwie wielką rolę do odegrania. Wtrącając się jednak w sferę zastrzeżoną dla organów wymiaru sprawiedliwości, wyrządza demokracji i państwu prawa niepowetowaną nieraz szkodę. Negatywną ocenę wystawił opinii publicznej przed blisko 150 laty Henryk Sienkiewicz. Ustami bohatera powieści „Bez dogmatu” zwrócił uwagę na „niesłychane zbałamucenie opinii publicznej” wskutek pobieżności informacji i szybkości, z jaką prasa zaznajamia ludzi z wypadkami.
Czas najwyższy dopuścić prawników do autentycznego udziału w tworzeniu i kontroli nad stosowaniem prawa. Władza ustawodawcza uniknie dzięki temu kompromitacji, takiej jak np. uchwalenie wadliwej ustawy o abolicji podatkowej i deklaracjach majątkowych. Dopiero po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego politycy zrozumieli, że stworzyli bubel prawny.
Mądry poseł po szkodzie. Ale chyba nie do końca. Legislacyjne potknięcia rządu to nie lada gratka dla posłów pozycji.

Wydanie: 6/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy