Powstanie warszawskie raz jeszcze

Powstanie warszawskie raz jeszcze

Moje powstanie warszawskie to ruiny Warszawy. Nasz dom na Dolnym Mokotowie, na kresach miasta, płynął jak cudem ocalały z tajfunu okręt po wzburzonym morzu czerwonej cegły.
Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że w samo centrum naszych podwórkowych zabaw trafiły na spadochronie zrzuty dla powstania. Dozorca tak mi o tym opowiadał: „Jedno działko spadło tutaj, gdzie stoi trzepak, inne nieco dalej i amunicja też była. Trzy samoloty wtedy Niemcy zbili. Rano chłopcy z powstania przyjechali, konie mieli i pościągali te zrzuty na swoje placówki. A potem przyszli sami do naszego domu. Zajęli drugie piętro, porobili dziury do strzelania w ścianie. A potem zrobili wypad na ulicę Podchorążych. Mówię: Data spokój, chłopaki, bo nas wyśledzą. Biorę od jednego lornetkę, patrzę przez dziury, szkopa wypatruję, bo strzelał. Jak przycelował, to, cholera, o mały figiel żem w same zęby nie dostał. Tylko kurz poszedł. I wymacali nas na całego. Sporo było strzelania przez te dziury. A potem chłopcy poszli zdobywać koszary na Podchorążych. Wyszli wszyscy z naszego domu, z kilku innych placówek też poszli, a wróciło ich tylko trzech”.
No właśnie, jaki to miało sens, skoro nie miało szans?
Film „Powstanie Warszawskie”, przedpremierowy pokaz w stołecznym kinie Atlantic. Będę potem z Arturem Wolskim prowadził spotkanie z twórcami, gośćmi są też Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda.
Ten film to heroiczna próba, jakoś podobna do samego powstania w determinacji walki, by z dokumentu zrobić fabułę. Dzięki fachowcom udało się duchom ludzi przywrócić głos, czytali z ruchu warg, co mówiono, a czego nie notowała niema kamera. Jak jednak zmontować dokumentalne sceny, aby całość nie była sztuczna? Film został potężnie wzmocniony kolorem. Historycy, scenografowie dzielnie pracowali, by zachować wierność historyczną. To doskonała robota. Krew nie jest już czarna jak w dokumentach o powstaniu. I czerwona jest spódniczka martwej dziewczynki, która leży obok matki w kłębowisku ciał pomordowanych przez hitlerowców mieszkańców miasta. To jednak powinno być pokazane w ostatecznym milczeniu, a nie jest.
Jest w filmie fragment budowania barykad. Siedzący obok nas starszy pan trąca moją żonę łokciem, pochyla się i szepce: „Ten chłopak w białej koszuli to ja, miałem 14 lat”.
Jak nie czuć metafizycznego dreszczu? Ginie jeden z braci, kamera upada z nim. Ale ona ocalała i zarejestrowała chwilę.
Dlaczego film, chociaż tak wstrząsający, nie wyciska łez? Porusza i nie porusza? Krystyna Zachwatowicz mówiła, że wzięła chusteczkę do otarcia łez, ale nie użyła jej.
Prowadząc po projekcji spotkanie z twórcami filmu, zadałem pytanie, cytując Karola Irzykowskiego, z czasów, gdy niemy film zaczynał mówić: „Czy kino umrze na słowo?”. Stało się wprost przeciwnie (polecam film „Locke” Steve’a Knighta, jeden aktor, jedno miejsce, tylko słowa, a genialny!). Ale w przypadku „Powstania Warszawskiego” to pytanie jest zasadne. Problem stanowi zupełny brak kontekstu zdarzeń, choćby tego, że powstanie było pożerane przez żelazną machinę niemieckiej armii.
Wajda w roku 1956 przeniósł powstanie do kanałów. Białoszewski opisał je od strony walących się klatek schodowych, piwnic i latryn, które stały tuż obok naszego kina: „Latryna publiczna. Jedna z wielu. Takie grzędy. Z drągów, patyków. Długachne. Nad długimi dołami. A na nich? Jak te kury. W spodniach. Opuszczonych. Na wisząco. Różni. I między nimi Wojciech Bąk. Znany nam z wierszy. Z tomików”.
W „Powstaniu Warszawskim” nie ma latryn, jest wielki, kolorowy teatr, ile w nim piękna i smaku. A siła prawdziwego obrazu bywa taka, że słowa nie przystają i wydają się sztuczne. Tak mi przykro, wiem, że młodzi aktorzy nawet przebierali się za powstańców, że używali dawnych rekwizytów, by czuć i mówić bardziej autentycznie. A brzmi to często sztucznie.
Do powstańczej kroniki filmowej nakręcono 18 godzin żywego materiału, a ocalało godzin sześć. W latach 40. w Urzędzie Bezpieczeństwa wycinano twarze powstańców, aby tych, którzy przeżyli, mieć potem w rejestrze lub w więzieniu.
Już sami z Wajdami w pokoiku biurowym kina: Krystyna wspomina, jak matka żegnała ojca i ją, gdy szli na linię frontu, na noc wracali do domu, pewnej nocy jednak nie wrócili. Co czuła matka? Powinien powstać film o matkach.
Wajda wspomina, jak robił słynny „Kanał”. Wcześniej film o powstaniu był niemożliwy z politycznych powodów. Miał go realizować Munk, brakowało jakiejś lampy i zrezygnował. Tak Wajda stworzył niezwykły film, który wszedł do historii nie tylko polskiego kina. Zgadzam się z nim, kiedy mówi jakby sam do siebie: „Wszystkie inne filmy o powstaniu to bajki, tylko mój jest prawdziwy”. Tak.
Wracając z kina, jadę przez plac Zbawiciela. Piękna jest na nim odtworzona tęcza. Wśród tysięcy znaków tragicznej pamięci jest największym uśmiechem miasta. Dwukrotnie palona ma już swoją martyrologię. Jeśli musimy jej teraz pilnować, by nie została znowu zniszczona, to kolejny znak, że przegraliśmy to powstanie. I przegrywamy je codziennie, też rzucając się sobie do gardeł w naszej podłej i zimnej wojnie domowej.

Wydanie: 20/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy