Wystąpić u Triandafyllopoulosa!

Delirium, jak wiadomo, wiąże się ze specyficznym rodzajem picia, później zaś nawet niepicia. Biegające małe, białe gryzonie są symbolem pełnej zależności od przezroczystości. Przeważnie butelka jest przezroczysta, choć są i tacy, co pijają alkohole kolorowe.
Nowa choroba Teledelirka, jest uzależnieniem równie silnym jak gorzałka, choć do niedawna stan upojenia telewizyjnego uchodził za normę. To, że ktoś siedzi osiem do dziesięciu godzin przed telewizorem, uznawano za relaks. Kilkanaście lat temu, gdy sama nie miałam jeszcze telewizora, bardzo mnie dziwiło, że ktoś pędzi do domu, by zdążyć na Kobrę. Potem pojawiły się seriale i nieszczęsna niewolnica Isaura zawładnęła naszym krajem. Wtedy wzrosła ilość zachorowań żeńskich. Coraz więcej osób dostawało delirycznych dreszczy w porach emisji ulubionych programów. Jeszcze gorzej przedstawiała się sprawa, gdy uzależniony osobnik nie mógł obejrzeć odcinka, którego nie powtarzano. Gdyby przeprowadzono badania psychologiczne osób oder-wanych od piersi serialu poprzez uniemożliwienie im rozkoszowania się poplątanymi losami poplątanych bohaterów, okazałoby się, że poziom frustracji podniósł się do sufitu.
Bywały przypadki, że krewki mąż chwytał za siekierę z braku elektronicznego narzędzia i walił obuchem w głowę żony, która mu wyłączyła mecz, by obejrzeć “Dynastię”. Dlatego w wielu rodzinach są dziś dwa lub trzy telewizory. Po to, by każdy mógł oddawać się Teledelirce i by nie dochodziło do konfliktu interesów. Część męska jest bardziej uzależniona od filmów akcji, sportu i filmów porno niż damska, i jest to błędne koło, bo wielogodzinne oglądanie telewizji wpływa bardzo, oj bardzo źle na seksualny popęd. Nie mówiąc już o badaniach nad spadkiem atrakcyjności domowej partnerki, po obejrzeniu filmu z sexy look dziewczyną. A w przypadku kobiety, z jakimś umięśnionym mydłkiem.
Talk-show oraz teleturnieje diametralnie odmieniły telewizyjny pejzaż. Mamy tu do czynienia z prawdziwą pandemią, czyli hiperepidemią. Całe to bractwo siedzące dotąd w czterech zamkniętych ścianach domu, z delirycznymi, wirtualnymi myszkami, nagle zauważyło, że z takich jak oni biorą się bohaterowie mediów. A wtedy władcy telewizji wyszli im naprzeciw i doszło do długiego spięcia, to znaczy do kontaktu podobnego jak w “Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia”, a mianowicie do pokazywania biesiad. Drży ziemia, iskrzy się powietrze i elektryzuje się publika, gdy kamera wyłapuje twarze z tłumu biorącego udział we wspólnym kołysaniu się. Wszystkie gwiazdy telewizji oddały się publiczności. Czy na estradzie śpiewa, szlochając, wybitna piosenkarka, czy też zdziera głos rockman, lewicowiec śpiewa “Godzinki” z prawicowcem, a prawicowiec z lewicowcem “Wyklęty powstań ludu ziemi”, bo wszyscy biorą udział w ogólnonarodowej biesiadzie, wszystko jedno, co by się nie działo, ludność zwana przez wędrownych artystów biesiadnych ludożerką niczego nie słucha, na nic nie patrzy, lecz pilnuje tylko jednego: ZNALEŹĆ SIĘ NA WIZJI. Oczy śledzą monitory i gdy tylko wypatrzą swoją gębę, natychmiast machają ręką jak hollywoodzkie gwiazdy na stopniach samolotu pozdrawiające tłumy wielbicieli.
Ostatnim krzykiem mody zrobiły się seriale z życia wybranych telewidzów zamkniętych w jednym pomieszczeniu, z którego nie wolno im wyjść, zupełnie jak to miało miejsce podczas zarazy w “Dekameronie”. Widzowie nie potrzebują więc już nikogo, sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Żeglują w kierunku ciężkiej Delirki.
Publika występuje w roli Cezara na igrzyskach. Kciuk w górę albo kciuk w dół. “Trafiony, zatopiony” to program, w którym wrzuca się do wody facecika, co się nie spodobał damom. Tak i w naszym serialu z życia, z podglądającym wielkim okiem Opatrzności, jakim jest kamera, widz głosuje, kogo wyrzucić z ekranu. Tu widz ma wpływ na to, czy wyrzucą Jasia, czy Małgosię. Znając życie, można przypuszczać, że wyrzucą Małgosię, nadchodzą wybory parlamentarne, zobaczymy, czy znajdą się na listach Małgosie.
Oglądając programy polityczne, widz tupie i gryzie z wściekłości palce, bo wciąż mu pokazują podziały wzdłużne i poprzeczne komórek AWS, jak i za przeproszeniem jądra komórki oraz jej DNA – samego Krzaklewskiego Mariana. Nie ma na to żadnej rady. Głosowało się, wyrażało się, ale telewizja tylko rękę w łokciu zgina i pokazuje, z jakiego wała powstała. Oczywiście, nikt od razu nie żąda, by usunąć pojedyncze żywe cele (o ile dobrze pamiętam z przysposobienia obronnego, tak enigmatycznie określano żołnierzy do zabicia), ale żeby chociaż wirtualnie, choć na jakiś czas dać odetchnąć, albo przynajmniej nie pokazywać ich jak ostatnio Jana Marię, lub jeszcze kilku innych, w tym samym czasie w dwóch programach, a to w “Kropce nad i” i od razu w “Politycznym graffiti”. Za co, za co oni nam to robią, pytam, nie dość, że dylematy jedności i podziałów są nudne, to jeszcze widzę podwójnie, biegam pilotem raz tu, raz tam, a obraz nie chce zniknąć, istna Teledelirka.
Pandemia obejmuje coraz to nowe obszary wirtualne. Ludzie zrobią dosłownie wszystko, by zaistnieć na ekranie. I to nie tylko u nas, pewien Grek zamordował byłą teściową oraz sąsiada, którego podejrzewał, że zadawał się z jego byłą żoną. Po zemście Grek ów porwał autokar z Japończykami, których miał zamiar powystrzelać. W czasie negocjacji okazało się, że nie będzie rozmawiał z żadnym psychologiem, lecz wyłącznie z facetem o dźwięcznym, choć trochę męczącym nazwisku Makis Triandafyllopoulos, prowadzącym grecki talk-show, któremu musi opowiedzieć własną historię. I opowiedział. Wszystko po kolei. Mówiąc, patrzył na monitor, spełniło się największe marzenie jego życia, a z tego nic dobrego nie może wyniknąć, to jasne. Nie ma po co żyć, bo czy człowieka może spotkać większe szczęście, niż wystąpić na żywo u Makisa Triandafyllopoulosa? Tak więc podwójny morderca i porywacz autokaru wyskoczył z siódmego piętra komendy policji w Atenach i zabił się na śmierć, co sfilmowała telewizja.
Oto jeszcze jeden, bardzo ciężki przypadek Teledelirki, z pewnością, niestety, nie ostatni.

Wydanie: 47/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy