A baca się wahał i wahał

Na początek muszę pokajać się za prognozę jak kulą w płot: dawałam 95 na 100%, że pierwsza dama nie stanie przed komisją orlenowską, bo członkowie komisji z prawej strony zrobią wszystko, by jej nie przesłuchiwać, gdyż ona może zbyt dobrze wypaść i to się im nie opłaci. Tak przypuszczałam, ale nie napisałabym tego, gdybym nie usłyszała tego samego z najważniejszych w tej sprawie ust. Ważna osoba myślała dokładnie tak samo jak ja, wręcz była tego pewna.
W komisji jednak „parcie na szkło” pokonało rozsądek polityczny, co się też, dzięki bogu, na prawej stronie zemściło. Oczywiście obie miałyśmy rację, ponieważ występując przed komisją, J.K. dowiodła, że ma w głowie poukładane, odpowiadała twardo, nie bała się, czyli znów jej akcje na tej specyficznej giełdzie zwyżkują.
Nie zaniosła się płaczem, jak przypuszczali niektórzy dziennikarze, pytający przewodniczącego Aumillera, co zrobi, jeśli pierwsza dama zaniesie się płaczem, na co ten odpowiedział, że zrobi przerwę na poprawienie makijażu.
Zarówno w pytaniu, jak i w odpowiedzi wyraził się w tym stosunek do kobiet, totalna nieznajomość kobiecej psychiki. Stereotyp okazał się wiecznie żywy. Skąd bierze się to głębokie przeświadczenie, że kobiety polityczne będą grały łzawymi emocjami, nie wie nikt, ponieważ na politycznym rynku prawie nie zdarza się, żeby kobieta minister, premier, wicepremier, płakała rzewnymi łzami.
Występ przed komisją był więc sondą przed ogłoszeniem startu nowego kandydata. Prezydentowa pojawiła się jak dżoker, najwyższy atut, który zastępuje również dowolną kartę, i została przewodniczącą honorowego komitetu wyborczego Cimoszewicza, gdy tylko ten z celowo opóźnianym zapłonem wystartował. Zaraz też sondaże poszły w górę, bo elektorat prezydentowej dodał się do elektoratu SLD. To niezła strategia dodać do siebie dwa pierwiastki, kobiecy i męski, naładowane wstrętem do polityki. Lud pożąda obojga, zarówno tego, który się wahał, jak i tej, która jest dobra i piękna.
Co do wahania, przypomniał mi się dowcip o bacy, co siedział pod Giewontem i głową kiwał. A co to, baco, tak głową kiwacie raz w lewo, raz w prawo? A bo się waham, odpowiada baca, iść czy nie iść w sobotę na zabawę, Hankę zgwałcili, mnie pobili, więc tak się wciąż waham i waham.
Niemniej jednak potwierdziło się, że w wieszczeniu należy słuchać tylko głosów wewnętrznych. Wówczas gdy do Rokity zwracano się per „przyszły panie premierze”, gdy Kaczeńcy jeszcze nie dzielili między siebie prezydenta i premiera, ale mieli spore poparcie, gdy zwyżkowała LPR, a tępy upór władców SLD w trwaniu dla samego trwania powodował, że elektorat odwrócił się nieparlamentarną częścią ciała do swej matki partii, prawie nieboszczki, którą prawica usiłowała złożyć do grobu bez świadectwa zgonu, wtedy to właśnie, gdy wszyscy razem sądzili, że wcześniejsze wybory są przesądzone, wówczas wielokrotnie mówiłam (w nieodżałowanej pamięci programie „Co pani na to?”), że wybory odbędą się jesienią.
Marek Borowski odszedł z SLD z grupą ludzi, bo miał już dość aferzystów, baronów, układów, wyszedł jak stał i teraz za to zbiera cięgi. Szanuję go, uważam, że postąpił słusznie, co więcej, uważam, że gdyby tego nie zrobił, SLD trwałby do dziś ze swoimi niezatapialnymi na stanowiskach. Przyczynił się więc do tej „odnowy moralnej”, którą się głosi, oraz do „zmiany pokoleniowej”, zrzucenia starych ze stołka i osadzenia na nich młodych, co było warunkiem kandydowania Cimoszewicza. Sądzę też, że zmiany te wcale nie muszą być trwałe. Przecież ci wszyscy baronowie oraz działacze różnych szczebli, ci umoczeni i przyczajeni nie zniknęli, to oni rządzą prowincją, gminą, oni wciąż mają wpływy. Wiedzą, że jedyną szansą jest niezły wynik w wyborach jesiennych, zarówno tych parlamentarnych, jak i prezydenckich. Kiedy już to się uda, kto wie, czy Olejniczak nie będzie musiał wstać ze stołka – zresztą nie żałujmy go, był świetnym ministrem rolnictwa, poradzi sobie – i ustąpić miejsca komuś doświadczonemu w bojach o rady nadzorcze, stanowiska dla kolegów itd. Tak być nie musi – tak być może.
Gdy wreszcie najbardziej znany myśliwy ogłosił, że startuje, Borowski powiedział, że cieszy się, że jest dwóch kandydatów lewicy. Powiedział także, że przed wyborami prezydenckimi powinien ustąpić ten, który będzie miał słabsze notowania, a jeżeli będzie to Cimoszewicz, to on powinien ustąpić. Cimoszewicz pogroził mu palcem: oj, oj, jeśli tak mówi Borowski, to może stracić elektorat! Jest w tym rodzaj pychy, pewność, że zwycięstwo jest raz na zawsze przesądzone, przecież sondaże idą teraz jak burza. Burza mija, cena nowości spada, nadchodzi zwykła szara pogoda i trzeba się zmagać z komisjami, teczkami, namolnymi dziennikarzami.
Nowy kandydat nie powinien zapominać o tym, że SdPl nie spada poniżej progu wyborczego, notowania ma wyższe niż SLD.
Trzeba być przyjaznym ludziom na co dzień. Młodzi przywódcy, koledzy z SLD plus młodzieżówka skandują co prawda: dzię-ku-je-my, dzię-ku-je-my! I robią to szczerze, wdzięczni za to, że kandydat wybrał ludzi, a nie żubry, ale to nie jest cała prawda o zapleczu. Pałac jest oczywiście za. Ordynacka? Być może, częściowo. W samym mateczniku SLD zwolenników Cimoszki nie ma tak wielu, jak się to przedstawia.
Być może moi drodzy czytelnicy zauważyli, że od niedawna występuję w nowej roli, a mianowicie wiceprzewodniczącej komitetu wyborczego Marka Borowskiego. Oczywiście teraz, kiedy wreszcie zgodził się kandydować wyczekiwany długo jak Mesjasz Włodzimierz Cimoszewicz, układ sił się zmienił. Ja tak samo jak Borowski uważam, że to dobrze, że jest dwóch kandydatów, więcej, że są dwie lewice. Odpowiada mi program Borowskiego. Jego stosunek do państwa, imponuje także to, że wyszedł z układu. Nie mówi, że jest kandydatem ponadpartyjnym, bo to jest po prostu śmieszne.
Moim zdaniem, które wyraziłam w „Forum” u Doroty Gawryluk, gdy przebiłam się do głosu – udział w prawdziwym, politycznym programie to materiał na osobny felieton – kandydat może stać się ponadpartyjny wówczas, gdy zostanie prezydentem. Wtedy powinien się identyfikować z narodem, państwem, powinien obejmować zainteresowaniem i opieką jak największą część społeczeństwa. Nawet tych, którzy byli lub są mu niechętni. To jest możliwe, co zresztą udowodnił Aleksander Kwaśniewski.
Poza tym sądzę, że obie lewice mają szansę wejść do parlamentu i zająć pokaźną liczbę miejsc. Do tego potrzebna jest umiarkowana kampania, debaty, programy, a nie kamienie.

Wydanie: 28/2005

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy