Skorumpowana walka z korupcją

Skorumpowana walka z korupcją

Gdy poseł PSL umieści swojego brata na wysokim stanowisku magazyniera w hurtowni pszenicy, prasa uzna to za jeszcze jeden dowód, że ludowcy nagminnie uprawiają nepotyzm. Źle jest widziane, gdy ludowiec przewodzi subsydiowanej albo i nie straży pożarnej, zajmując zarazem urząd państwowy. Łącząc te dwie funkcje – pisze prasa – może popaść w konflikt interesów i narazić kraj na straty. Gdy się przykładów tego rodzaju nieco uzbiera, można ogłosić aferę korupcyjną. Znajdą się wówczas myśliciele, także wśród samych ludowców, którzy postawią tezę, że nepotyzm ma głębokie korzenie w chłopskiej mentalności. Istnieją dwie kultury – powiedzą – wiejska, oparta na zasadzie kumoterstwa, i wielkomiejska, przestrzegająca wysokich standardów. Kwestię należałoby może potraktować nieco bardziej empirycznie i przyjrzeć się partiom reprezentującym wielkomiejskie standardy. Poseł PO, któremu przydziela się nieraz rozstrzyganie delikatnych problemów moralnych, może umieścić na „biorącym” miejscu listy wyborczej swojego pociotka i żadnej gazecie nie przyjdzie ochota nazwania tego nepotyzmem. Premier Tusk w niektórych przypadkach w sposób nagły dymisjonuje polityków na tej podstawie, że znaleźli się – jak to ujął jego rywal – w kręgu podejrzeń, choćby te podejrzenia były czystym albo, jeszcze lepiej, brudnym wymysłem. Ta nagłość reakcji ma wyrobić Tuskowi wizerunek nieubłaganego strażnika wysokich standardów. Ni stąd, ni zowąd zdymisjonował kompetentnego i uczciwego profesora Ćwiąkalskiego ze stanowiska ministra sprawiedliwości i tak samo ni stąd, ni zowąd powołał na to stanowisko poturbowanego przez życie pana Czumę, którego jedyną kwalifikacją na członka rządu jest to, że zamiast przewodzić straży ogniowej, wolał snuć plany wzniecenia pożaru. (Że podpalenie nie doszło do skutku, było winą SB, która wszystko popsuła, a nie pana Czumy). W tej dziwnej nominacji premier Tusk był, zdaje się, stroną bierną, a ministerialne stanowisko załatwił przyjacielowi inny lider PO. Tak czy owak cała sprawa została rozegrana według wielkomiejskich standardów, jakimi kieruje się partia obecnie rządząca. Gdyby ludowcy postąpili podobnie, dopiero byśmy się nasłuchali o chłopskim kumoterstwie!

Donald Tusk jest zupełnie niewiarygodny jako strach na korupcję. Także wtedy, gdy – nie za często – przyobleka maskę moralisty. Największą aferą w istocie korupcyjną w ciągu dwudziestolecia była oparta na fałszerstwach intryga zawiązana w celu uwięzienia urzędującego wicepremiera rządu, chociaż nie dał on żadnych powodów do zastosowania wobec niego takich podstępnych akcji. Cele sejmowej komisji śledczej mającej wyjaśnić tę intrygę zostały tak bałamutnie określone, że do wyjaśnienia nigdy nie dojdzie. Popełnione bezprawie dogadza partiom kolejno rządzącym, bo usunęło ze sceny politycznej kłopotliwego rywala, ale przyzwalająca postawa wobec takich metod odbiera wiarygodność ich gestykulacji antykorupcyjnej.
Pewnikiem bezrefleksyjnie i niemal powszechnie przyjętym jest przekonanie, że do korupcji najczęściej dochodzi na styku polityki i biznesu. Ustawodawstwo antykorupcyjne ma na względzie głównie ten rejon. W rzeczywistości w Polsce korupcja w sensie zepsucia najczęściej zachodzi na styku polityki z polityką. (Barbara Blida, żeby dać przykład najbardziej wymowny, zginęła jako ofiara walki PiS z pozostałościami SLD).
Pomysły premiera Tuska i innych liderów PO mające na celu oddzielenie polityków od przedsiębiorców robią wrażenie zamykania się polityków w swoim własnym półświatku, aby nie było świadków tego, co tam się dzieje. Nie twierdzę, że jest to świadomy zamiar, prawdopodobnie jest on podświadomy. Przedsiębiorcy są równie egoistyczni jak politycy, ale bardziej się liczą z rzeczywistością, mają większą zdolność wykrywania szwindli i odróżniania różnego rodzaju błaznów od ludzi serio. Od dawna powtarzam, że w Polsce przedsiębiorcy i cały gospodarczy, produkcyjny segment społeczeństwa obywatelskiego ma zbyt mały wpływ na kierowanie państwem. I teraz rzekomo w trosce o wielkomiejskie standardy Platforma Obywatelska chce ten wpływ jeszcze pomniejszyć, rezerwując rolę reprezentantów narodu dla zawodowych demagogów.
Również media są niewiarygodne w swoim bardzo selektywnym piętnowaniu korupcji. Nieraz stają na głowie, żeby uzasadnione działania biznesowe przedstawić jako karygodną patologię. O największych jednakże nadużyciach finansowych, prawnych i moralnych, do jakich w Polsce doszło i nadal dochodzi w ramach reprywatyzacji, przeważnie milczą jak zakneblowane. Kto je knebluje? Ideologia, polityka historyczna, Kościół, to z pewnością, kto lub co jeszcze?
Obserwuję z niejaką nadzieją narastające zniecierpliwienie ludzi z powodu nierzetelności mediów. W żadnej dziedzinie życia Polak nie spotyka się tak często z oszustwem jak w kontakcie z prasą i telewizją. Ze swoich umyślnych kłamstw i przeinaczeń dziennikarze we własnym sumieniu czują się usprawiedliwieni, ponieważ w głębi duszy uważają się za agitatorów. Idea, którą agitator wyznaje, usprawiedliwia wszystko, co on głosi. Wytknijcie mu stronniczość, a będzie z siebie jeszcze bardziej dumny, bo przecież o to mu chodzi, żeby być stronniczym na pożytek i chwałę swojego obozu politycznego lub religijnego.

Wydanie: 13/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy