Masochizm patriotyczny i narodowy

Masochizm patriotyczny i narodowy

Najpierw rozmaite gnidy, przy wsparciu instytucji państwowych, a wkrótce same te instytucje zadały sobie wiele trudu, by zniszczyć autorytet Lecha Wałęsy. Teraz przyszła kolej na Jana Pawła II i kard. Sapiehę. A wszystko w imię prawdy! Jeden program telewizyjny plus dzieło zagranicznego dziennikarza wstrząsnęły Polską do samego spodu. Jedni, którzy dotąd wierzyli bezkrytycznie esbeckim papierom i byli miłośnikami lustracji, teraz, stając w obronie Sapiehy, odmawiają wszelkiej wartości poznawczej tymże esbeckim papierom. Drudzy chcą już burzyć pomniki Jana Pawła II. Okazało się bowiem, że Karol Wojtyła jeszcze jako kardynał i arcybiskup krakowski „tuszował” przypadki pedofilii wśród podległych mu księży. Jednego księdza za czyny lubieżne z dziećmi najpierw zdegradował ze stanowiska proboszcza i przeniósł do innej parafii jako wikarego, a gdy i tam ów wielebny nie potrafił sobie poradzić ze swoim libido, wysłał za granicę na studia. Innego zaś lubieżnika odsunął od duszpasterstwa w parafii i skierował na stanowisko kapelana do szpitala w odległej miejscowości. Ale, jak czujnie sprawdził autor reportażu, w szpitalu tym był oddział pediatryczny! Trzeciego takiego jegomościa zesłał do diecezji na Pomorzu Zachodnim, na drugi koniec Polski. Na czym więc to „tuszowanie” polegało? Nie zgłosił organom ścigania? Jeden z tych, których sprawy miały być „zatuszowane”, został skazany przez sąd powszechny i odbył karę. Ten wysłany za granicę był konfidentem SB i jego „słabości” nie tylko znane były organom ścigania, ale najprawdopodobniej stały się wręcz podstawą szantażu, a na koniec werbunku w charakterze tajnego współpracownika. No więc chyba nie o „tuszowanie” można mieć do Karola Wojtyły pretensje. Za słabo reagował? Nie wyrzucił ich ze stanu kapłańskiego, a mógł? Tu zdaje się krytycy polskiego papieża nie mają wątpliwości. Popełniają jednak błąd ahistoryczności. Te wydarzenia, które teraz z takim żarem oceniają i chcą burzyć pomniki, miały miejsce w latach 60. i 70. XX w. Kilkadziesiąt lat temu. Inny wtedy był społeczny kontekst, inna obyczajowość, inne granice społecznego przyzwolenia na lubieżne zachowania (pojęcie „molestowania seksualnego” pojawi się znacznie później). Ówczesną obyczajowość wielu środowisk oddaje pochodząca z tego okresu popularna piosenka Kazimierza Grześkowiaka „Chłop żywemu nie przepuści”, zawierająca m.in. taką zwrotkę: „Gdy się kropnie pół siwuchy i z gospody wyjdzie w gali, no to nie ma tu dziewuchy, której byśwa nie szczypali”. Nikogo to nie gorszyło ani nie oburzało, tylko śmieszyło. Tym bardziej nikomu, nawet cenzorom stojącym na straży „socjalistycznej moralności”, nie przychodziło do głowy, aby tę piosenkę ocenzurować, nie odtwarzać przy dzieciach, a Grześkowiakowi postawić zarzut propagowania „molestowania seksualnego”. Kilkadziesiąt lat temu inny był stan nauki, w tym seksuologii. Parafilie (w tym homoseksualizm czy pedofilię) próbowano leczyć, uważano zatem za uleczalne! W podobnych przypadkach identycznie jak kard. Wojtyła postępowali biskupi na całym świecie. Księdza, który, jak wtedy mówiono, „zgrzeszył lubieżnością”, gdy wyspowiadał się przed biskupem i przyrzekł poprawę, traktowano jak Jezus jawnogrzesznicę: „Idź i nie grzesz więcej”. Stosowano przy tym kary kościelne, takie jak kierowanie na inną, gorszą, trudniejszą parafię, odsuwano od pracy z młodzieżą. Dokładnie tak, jak zrobił Karol Wojtyła w opisywanych przypadkach. Dziś patrzymy na nie inaczej. Ale dziś, kilkadziesiąt lat później! Jeśli nawet ówczesna seksuologia wiedziała coś o konsekwencjach, jakie ponoszą dzieci, ofiary czynów lubieżnych, to z całą pewnością wiedza ta nie była powszechna. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Karol Wojtyła miał reagować na opisywane w reportażu przypadki, byłem instruktorem harcerskim. Gdy okazało się, że jeden z drużynowych, skądinąd świetny chłop, wspaniały organizator, znakomity narciarz i turysta, oddany harcerstwu i powszechnie szanowany, ma słabość do młodych chłopców, dyskretnie ich obmacuje, sprawdza, czy mają czyste majtki i czy dobrze się umyli, zaprasza do swojego namiotu, mieliśmy problem. Staraliśmy się pilnować, by nie zostawał sam na sam z jakimś harcerzem, by nigdy na obozie sam nie wchodził do namiotów, by nie miał okazji sprawdzać higieny harcerzy, a równocześnie przez osoby trzecie, których autorytet uznawał, próbowaliśmy wpłynąć na niego, by sam ustąpił z funkcji drużynowego. Co ostatecznie, choć nie od razu, się udało. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, by lecieć z tym do prokuratury, a nawet do władz harcerskich. Nie chcieliśmy ani jemu szkodzić, ani narażać tych kilkunastolatków, którzy padli

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 11/2023, 2023

Kategorie: Felietony, Jan Widacki