Z dala od polityki

Z dala od polityki

Kiedy piszę ten tekst, wybory samorządowe są jeszcze przed nami. Numer PRZEGLĄDU z moim felietonem ukazuje się już po wyborach. Poczekajmy na oficjalne wyniki, poczekajmy na drugą turę. Będzie co analizować i komentować.

Na razie spróbujmy choć trochę odpocząć od polityki. W ostatnich tygodniach i tak mieliśmy jej nadmiar.

Ale w Polsce dziś od polityki, jak się okaże, uciec trudno.

Nauka polska jest reformowana! W życie weszła nowa ustawa autorstwa ministra Gowina i jego urzędników, podobno szeroko konsultowana w środowisku naukowym. Wedle zapowiedzi teraz nauka polska ma „wstać z kolan” i poszybować ku wyżynom nauki światowej, by zająć „należne jej miejsce”. Nie wiem, jakie miejsce jest należne nauce polskiej ani jakie potrafi sobie wypracować w ramach marnego budżetu, w dodatku w dużej mierze fatalnie wydawanego przez naukowców, którzy by nie klepać nędzy, chałturzą na potęgę, gdzie się da. To akurat się nie zmieni. Co natomiast się zmieni?

Ano przede wszystkim uczeni przez najbliższe tygodnie, a nawet miesiące, będą się zajmować nie uprawianiem nauki, lecz przeorganizowywaniem struktur. Dotychczas oceniano wydziały na podstawie liczby punktów uzyskanych przez ich pracowników. Teraz będzie się oceniać nie wydziały, lecz dyscypliny naukowe. Utrzymywanie wydziałów (i dziekanów!) traci sens. Zresztą ani wydział, ani dziekan nie mają wedle nowej ustawy żadnych kompetencji. Tak więc poszczególne wydziały, jeśli uprawiano na nich więcej niż jedną dyscyplinę naukową, trzeba będzie dzielić wedle tych dyscyplin na nowe jednostki organizacyjne. Można je sobie nazwać kolegiami, szkołami czy instytutami. Wysiłek organizacyjny duży, pożytek wątpliwy.

Ponieważ w każdej dyscyplinie oceniana będzie tylko określona (wybrana i wskazana) grupa pracowników i tylko ta grupa będzie wypracowywać punkty dla dyscypliny (pośrednio dla uczelni), cała reszta może kompletnie nic nie robić. Teoretycznie ci nic w nauce nierobiący uczeni (?) mogą być przeniesieni na etaty dydaktyczne. Na etatach naukowo-dydaktycznych zostaną jedynie ci, którzy w nauce coś robią i publikują. Dotychczas były tylko dwa stanowiska dydaktyczne: wykładowca i starszy wykładowca. Teraz może być etat dydaktyczny także adiunkta czy profesora. Zgodnie z założeniami ustawy na uczelniach będą zatem profesorowie „naukowo-dydaktyczni” i „dydaktyczni”. Ci ostatni nie muszą uprawiać nauki, nie muszą publikować. Muszą tylko wykładać. Na podstawie cudzego podręcznika albo notatek kolegi. Trochę to dziwne. Dotąd powszechnie akceptowano pogląd, że istotą nauczania akademickiego jest to, że wykładający sam miał twórczy udział w wykładanej przez siebie dyscyplinie. Teraz wystarczy kupić podręcznik kolegi i przeczytać przed wykładem jego fragment. Twórcy nauki zostali tym samym zrównani z „przeżuwaczami nauki”. Nie jestem pewien, czy podniesie to poziom nauki, czy obniży autorytet profesorów. Kto po tytule przed nazwiskiem rozpozna, czy ma do czynienia z twórcą, czy z „przeżuwaczem”?

Na dodatek profesorowie nie będą już – jak dotąd – mianowani, tylko zatrudniani na podstawie umowy o pracę. Obejmie ich zatem powszechny system emerytalny. Dotąd profesor tytularny, gdy chciał, mógł pracować do 70. roku życia. A teraz?

W Polsce ukazuje się ponad 2 tys. czasopism naukowych. Myślę, że więcej niż w Stanach Zjednoczonych. Ale i tu nie sprawdził się marksizm: ilość nie przechodzi w jakość. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego słusznie chce czterokrotnie zmniejszyć liczbę tych czasopism, równocześnie przyjmując na siebie (słusznie!) obowiązek ich dotowania. Te dotowane czasopisma będą dawały po 20 pkt za publikację. Za artykuł opublikowany w innym czasopiśmie autor otrzyma cztery razy mniej punktów. Wydaje się to słuszne. Tkwi w tym jednak pewne niebezpieczeństwo. Minister, arbitralną decyzją, dofinansowując i dając punkty za publikację np. zeszytom naukowym wyższej szkoły zawodowej gdzieś na Podkarpaciu albo pismu wydawanemu przez diecezję, a nie dając ani pieniędzy, ani punktów czasopismu, którego redaktorem naczelnym jest niemiły władzy profesor, lub wydawcą nielubiana przez ministra organizacja, decyduje tym samym, kto jest „wielkim uczonym”, a kto nim nie jest. Bo o „wielkości” decyduje liczba zdobytych punktów.

Cały ten chory od początku system punktacji (i oceniania wedle niej) naukowców i ośrodków naukowych mógł być przy tej okazji poprawiony, ale nie został. Nie uwzględnia on tego, że na różnych etapach kariery naukowej powinien być inny rodzaj aktywności.

Doktor stara się publikować jak najwięcej, bo chce zgromadzić dorobek konieczny do habilitacji. Profesor zwyczajny nie powinien już uganiać się za punktami, tylko organizować naukę innym. Pomagać młodszym, zajmować się doktorantami czy habilitantami. Być promotorem lub recenzentem w przewodach; zajmować się redakcją czasopism naukowych, uczestniczyć w międzynarodowym życiu naukowym, zasiadać w rozmaitych stowarzyszeniach naukowych i akademiach. Jeśli pisać, to jakieś syntezy, albo opisywać rzeczywiste odkrycia lub przemyślenia. To wszystko nie przynosi punktów! Nie dostaje się punktów ani za uzyskanie członkostwa w akademiach, ani za doktorat honoris causa, ani za recenzje w przewodach (doktorskich, habilitacyjnych, profesorskich). Nawet gdyby ktoś dostał w międzyczasie Nagrodę Nobla, punktacja by tego nie uwzględniła.

Za wydanie kilkusetstronicowego podręcznika, będącego syntezą doświadczeń badawczych i dydaktycznych, też nie otrzymuje się żadnychpunktów!

Toteż profesorowie nie mają czasu dla młodszych kolegów, dla doktorantów. Muszą się ścigać w gromadzeniu punktów, a więc próbują pisać dużo, choć niekoniecznie rzeczy wartościowe. Bo i po co mają one być wartościowe? Punktacja zależy przecież nie od wartości dzieła, tylko od jego objętości i miejsca opublikowania. Teraz wszyscy będą chcieli publikować tam, gdzie minister daje 20 pkt za publikację. Tak oto wykreuje się nowe ośrodki naukowe (na Podkarpaciu lub w diecezji) i najwybitniejszych uczonych (tych, którzy zgromadzili najwięcej punktów!).

Już w latach 70. XX w. był podobny pomysł punktowego oceniania dorobku naukowego. Powstał nawet cennik: za skrypt 1,5 pkt, za monografię 2 pkt, za artykuł 1 pkt. Pomysł upadł, bo ktoś przytomnie wyliczył, że Karol Marks za „Kapitał” dostałby 2 pkt, a mgr Kowalski z akademii ekonomicznej za dwa skrypty dostałby 3 pkt i wyszłoby, że jest większym uczonym od Marksa.

Na razie mamy, co mamy. Nic nie wskazuje, by pod rządami ministra Gowina po jego reformie nauka polska poszybowała w górę, ku wyżynom. Obawiam się, że jeśli to wszystko nie skończy się pikowaniem lub niebezpiecznym korkociągiem, będziemy mogli mówić o dużym szczęściu.

Wydanie: 43/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Komentarze

  1. II SORT
    II SORT 21 grudnia, 2018, 09:16

    Cenne uwagi pod rozwagę…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy