Strzeż się funduszy

Strzeż się funduszy

Kto by pomyślał, że życie funduszy emerytalnych może być jak wielka literatura? A jednak. Gdy premier Tusk spotkał się z przedstawicielami Otwartych Funduszy Emerytalnych, miałem wrażenie, że nad salą unosi się duch Ernesta Hemingwaya. I pytanie: komu bije dzwon? Dla obserwatorów jawnego i utajnionego życia OFE, a zwłaszcza dla przyszłych emerytów, od dawna jest oczywiste, że ten dzwon bije dla potworka, który urodził się dziesięć lat temu. Wtedy to powołano do życia 14 funduszy i częściowo sprywatyzowano system emerytalny. Nie tylko zresztą w Polsce. Tyle że inne kraje bądź z tego eksperymentu zrezygnowały, bądź ograniczyły jego zakres i skalę. Właścicielami tych funduszy są przeważnie zagraniczne banki, zakłady ubezpieczeniowe i fundusze inwestycyjne. Dla nich jest to najlepszy interes na świecie. Dziś w funduszach jest bowiem 180 mld zł ściągniętych od ponad 14 mln pracujących Polaków. Bez żadnego wysiłku i ryzyka fundusze z tytułów opłat zgarnęły dla siebie ok. 15 mld zł.
Z 3 mld zł czystego zysku ponad 1 mld 200 mln zł pojechało za granicę do właścicieli funduszy. Żyć, nie umierać! Tyle że to, co jest świetnym interesem dla OFE, jest katastrofą dla budżetu państwa i zapowiedzią głodowych emerytur, jeśli w ogóle takie będą, dla tych, których przymusowo do tego systemu przypisano.
Przez lata media obficie czerpiące z funduszy reklamowych OFE budowały mit rzekomego dobrodziejstwa, jakie czeka polskiego emeryta dzięki zaradności funduszu, który sam sobie wybrał, oglądając reklamówkę z rajskiej wyspy, na którą niebawem pojedzie. Sen o Bali prysł jak bańka mydlana. Nie będzie egzotycznych wysp, bo nawet na wyspę Uznam emerytury nie wystarczy. Ta gorzka prawda przebiła już się do szerszej opinii za sprawą Jolanty Fedak, minister pracy i polityki społecznej, która choć długo osamotniona, z wielką determinacją walczyła o zmianę tych fatalnych praktyk i poprawę efektywności funduszy. Zaciekle i bezwzględnie atakowana przez lobbystów bankowych i towarzystw ubezpieczeniowych, nie uległa presji ultraliberalnych ekspertów i dziennikarzy. Pokazała, że walczące z nią towarzystwa kierują się wyłącznie obroną swoich gigantycznych zysków. A w OFE absurd goni absurd. Weźmy choćby to, w jaki sposób fundusze przyciągają do siebie ludzi. Ponad 450 mln zł rocznie wydaje się na namawianie do tego, by przechodzić z jednego funduszu do drugiego. Oczywiście te reklamowe pieniądze też są z puli przyszłych emerytur. Zarobki twórców tego tak świetnie pomyślanego i dochodowego biznesu są niejawne, choć wiadomo, że plasują się między 40 a 60 tys. zł miesięcznie w przypadku członków zarządu i są odpowiednio wyższe dla prezesów.
Czy przy takim stanie rzeczy może kogoś zdziwić, że pierwsza emerytura wypłacona z OFE w lutym 2009 r. wyniosła całe 23 złote i 65 groszy.
Po co więc z tymi cudotwórcami spotykał się premier Tusk? Chce przerwać impas? Szuka kompromisu między fatalną rzeczywistością a propozycjami minister Fedak? Liczy na dobrą wolę funduszy i ich zdolność do reformy systemu?
Z pewnością premier czuje na plecach oddech emerytów i siłę ich głosu w nadchodzących wyborach. Bo przecież dzwon bije każdemu, choć politykom głośniej.

Wydanie: 35/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy