Orły i orlątka

Orły i orlątka

Z góry proszę o dyspensę, zwłaszcza czytelniczki „Przeglądu”, ale niestety nie potrafiłem oprzeć się pokusie. Stąd ten kolejny tekst o piłce. Bo choć dla kibiców amatorów oglądających mecze od święta mistrzostwa skończyły się wraz z powrotem Polaków, to dla nas, członków potężnej i praktycznie niepoliczalnej międzynarodówki fanatyków futbolu wszystko, co najpiękniejsze, jest dopiero przed nami. Czeka nas jeszcze co najmniej kilka piłkarskich uczt.
Jest też bardziej osobisty powód, dla którego zawracam czytelnikom głowę tym kawałkiem tworzywa sztucznego, który nijak nie chciał wpadać do bramek naszych rywali. Ostatni raz wyszliśmy z grupy na mistrzostwach świata w Meksyku, w 1986 r. Trenerem był wówczas Antoni Piechniczek, a szefem ekipy PZPN niżej podpisany, co daje mi jakie takie podstawy do oceny naszych orłów. A polski orzeł piłkarski jaki jest, każdy widzi. Toż to w większości rachityczne orlątka albo nawet coś pośledniejszego. Szkoda, że po awansie do finałów, który sam w sobie był wielkim sukcesem, zapomnieliśmy o rzeczy najbardziej oczywistej. Czyli o tym, że nie mamy wielkiej drużyny ani wybitnych piłkarzy, rozchwytywanych przez menedżerów najlepszych europejskich klubów.
Nie mamy też trenerów, na których poluje piłkarski świat, byle tylko zechcieli przyjechać i trenować ich kluby czy reprezentacje. A nasz najbardziej pożądany przez świat trener, czyli Henryk Kasperczak, może trafi do takiej potęgi piłkarskiej jak Senegal.
Nie mamy stadionów, boisk treningowych, zaplecza odnowy, a instruktorom, którzy mają szkolić młody narybek, jesteśmy gotowi płacić nawet 500 zł. Miesięcznie. A propos stadionów. Jesienią tego roku, zgodnie z obietnicą ówczesnego prezydenta Warszawy, Lecha Kaczyńskiego, w Warszawie mieliśmy grać na pięknym i supernowoczesnym Stadionie Narodowym. Gdzie ten stadion, panie prezydencie?
Na liście tego, czego nie mamy, by odnosić wielkie sukcesy, są politycy. Zamiast profesjonalistów tworzących mądre ustawy ku rozwojowi sportu i kultury fizycznej, mamy ignorantów, którzy najpierw prześcigali się w robieniu sobie fotek z piłkarzami i obowiązkowym szalikiem na marynarkach, by po przegranym meczu natychmiast zapowiadać kolejną odnowę. Tym razem po odnowie moralnej, kadrowej, ma to być odnowa piłkarska. Jak słyszę te zapowiedzi, to sobie myślę, że nawet najsłabszy piłkarz Janasa byłby orłem w rządzie naszego premiera. Polityków żegnających piłkarzy i zasiadających w lożach w czasie meczów naszej reprezentacji było multum. Witał ich tylko jeden. Wicepremier Lepper.
Tyle o tym, czego nie mamy. Na szczęście są też aktywa. Dla mnie najmilszym zaskoczeniem byli polscy kibice. Mieli pić, grabić i bić, a co pokazali, wszyscy widzieliśmy. Brawa. Tym większe, że to łatwe być ze zwycięzcami. Taki czysty koniunkturalizm pokazali nam politycy. Znacznie gorzej, gdy nie ma formy i piłkarzom nic nie wychodzi. Wtedy zostają prawdziwi kibice, bo politycy już szukają winnych. I robią to zgodnie z duchem tego epizodu historycznego, który teraz mamy. Obowiązująca dziś doktryna nie jest nowa. Lepiej stu niewinnych skazać, niżby jakiś jeden winny miał się gdzieś przemknąć. Nagonka ma już cel. Jest nim Paweł Janas. Nagrzeszył sporo, ale to nie on jest głównym winowajcą przyśpieszonego powrotu do kraju. Gdyby ode mnie zależało, to dałbym mu szansę. Do Euro 2008.

Wydanie: 26/2006

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy