Gry z czasem

Gry z czasem

Dawniej nie czytałem w gazetach działu nekrologów. I ze zdumieniem patrzyłem, jak starsi tam zaglądają z wypiekami na twarzy. Kiedy przed 20 laty przeprowadziłem się do Śródmieścia, nowa sąsiadka, starsza pani, podarowała mi wycięty z gazety nekrolog mojego ojca, nieżyjącego już od wielu lat. Kolekcjonowała nekrologi. Zdziwiłem się, gdy w tamtym czasie redaktor „Kultury” Jerzy Giedroyc prosił mnie, abym zaprotegował go w redakcji „Życia Warszawy”, które przestano mu przysyłać. Jak wyjaśnił, zależało mu na tym tytule ze względu na dział nekrologów. Teraz go rozumiem. Ma to bardzo praktyczne znaczenie. Gdy wchodzi się w czas jesienny (młodsi mówią: „Biorą już z naszej półki”), łatwo przegapić, że umarł ktoś znajomy. Trudno o większy nietakt, niż zadzwonić do kogoś, kto już nie żyje, i zapytać o zdrowie. Do niedawna miałem w komórce numery Kapuścińskiego i Szymborskiej. Nie potrafiłem skasować, jakbym musiał unicestwiać ich powtórnie. Wszyscy, dopóki żyjemy, skazani jesteśmy na toczenie swojej gry ze śmiercią. A ta gra więcej określa w życiu, niż nam się zdaje.
Jerzy Giedroyc, mieszkaniec podparyskiego Maisons-Laffitte, nie chciał po roku 1989 przyjechać do Polski. On, który żył dla Polski i tak wiele dla niej zrobił. Tłumaczył się, że nie chce, żeby zostało to wykorzystane politycznie. Nie wierzyłem mu. Kiedy go odwiedziłem we Francji, zapytałem wprost: „Czy nie jest tak, że po prostu boi się pan spotkania z przeszłością? Warszawy czasów pana młodości już nie ma. I nie ma tylu bliskich ludzi”. Spojrzałem w jego niezwykłe oczy, zawsze młodzieńcze. Zakrył je powiekami. „Być może ma pan rację”, odparł.
Giedroyc był bardzo krytyczny wobec przemian po roku 1989. Chociaż zaakceptował Okrągły Stół i wybaczał ludziom dawne grzechy. Ale widział ciemno. I już wtedy niepokoiło go, że odzywa się w nowej Polsce myślenie endeckie czy neoendeckie. Mimo że była to zaledwie zapowiedź tego, co mamy dzisiaj. Giedroyc był człowiekiem „zdrowego rozsądku”, jak Piłsudski. Podobnie jak marszałek nienawidził endecji, uważał, że takie myślenie jest dżumą dla polskiej duszy. Z dala widział wyraźniej, jak odtwarza się dawny podział i powstają dwa narody, o których pisali Dąbrowska i Wańkowicz. Na progu wolności szokiem był mord na pierwszym prezydencie II RP. Piłsudski wiedział, że to on miał zginąć, i nigdy nie wybaczył Polsce katolicko-narodowej. Szczególnie gdy ujrzał, że po straceniu mordercy żal w społeczeństwie jest nie mniejszy niż po śmierci Narutowicza. Gdy zmarł marszałek, nie tylko kler protestował przeciw  chowaniu tego bezbożnika i socjalisty na Wawelu. Po latach podobna formacja umysłowa będzie blokować pochówek Czesława Miłosza w kościele Na Skałce.
Znak mojego czasu, że najchętniej czytam teraz książki, które już czytałem. Wracam do „Roku myśliwego” Miłosza. Widzę, co kiedyś podkreśliłem ołówkiem: „Polska mnie przeraża. Powiedzmy, że przerażała mnie przed wojną, podczas wojny i przeraża mnie całe te dziesięciolecia po wojnie. Jak powinien zachować się schwytany przez nią człowiek (urodzenie się tam czy język), jeżeli chce być rozumny, trzeźwy, spokojny, a przy tym uczciwy? Jeżeli uważa bezustanne ofiary, konspiracje, powstania za zupełny nonsens, po prostu dlatego, że w »normalnych« krajach tego nie ma (…)”.
I dalej pisze Miłosz: „Moje stosunki z panem Jerzym (Giedroyciem) były dobre. Prawdziwych liberałów w Polsce trzeba było liczyć na palcach jednej ręki i był cennym sojusznikiem dla kogoś, kto jak ja nie znosił Polski »narodowej«. Byłem też cennym sojusznikiem dla niego. Jego stosunek do mentalności tradycyjnej, »polsko-katolickiej« wyraża jego bluźniercze powiedzonko o geopolitycznym położeniu Polski »Na szczęście Najjaśniejsza Panienka stworzyła Chińczyków«”.
Teraz już systematycznie przeglądam nekrologi. Zajrzałem, jaka ulga, nareszcie nie ma nikogo, kogo znam, ale na odchodnym nagle dostrzegam: Helena Zaworska. Znany krytyk literacki. Była o kilka lat młodsza od mojej mamy. I miała wielki wpływ na jej, a więc i na moje życie, ale to już prywatna historia. Nasza pamięć musi mieć preteksty, by istnieć. To zwykle są okruszki wspomnień, w nich nagrane scenki.
Wręczam w „Twoim Stylu” 16-letniej Dorocie Masłowskiej nagrodę za dziennik i mówię do zgromadzonych: „To będzie kiedyś znana polska pisarka”. Obecna na uroczystości Zaworska mówi potem: „Ach, z tym to pan mocno przesadził…”.
W im starszym wieku ktoś odchodzi, tym robi to ciszej. Śmierć czasami budzi pamięć, ale tylko na chwilkę. To jak ze Słońcem i z planetami – im dalej od Słońca, tym zimniej i bardziej pusto. Mamy zbiorniki pamięci indywidualne i zbiorowe jako naród. Ale ich pojemność jest ograniczona. Żeby żyć w swoim czasie, musimy zapominać. W przyrodzie dzieje się to jeszcze szybciej. Martwe zwierzę znika błyskawicznie pożerane przez inne zwierzęta, owady i bakterie. Nasza zbiorowa pamięć musi sama się utylizować i wentylować, choćby właśnie poprzez zapomnienie.

Wydanie: 38/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy