Po świętach

Po świętach

Ale się dzieje! Przez całe święta w telewizji, internecie, przy wielu rodzinnych stołach dyskusje o lex TVN. I o tym, co zrobi prezydent. Podpisze? Zawetuje? Skieruje do Trybunału Julii Przyłębskiej? W noc wigilijną kilku biskupów wreszcie w kazaniach na pasterce delikatnie dawało do zrozumienia, że dziś Betlejem być może jest gdzieś w lasach przy granicy białoruskiej. Jeden abp Jędraszewski pozostał nieugięty i wierny swoim poglądom. Przyjechał do Ludźmierza odprawić pasterkę góralom. Przy okazji wygłosił kazanie. Generalnie było o tym, że niedobra Unia chce nas pozbawić Boga. Szczuł więc na Unię i tych, którzy ją popierają. Nawet w noc wigilijną nie przemówił ludzkim głosem! Dręczony obsesjami „tęczowej zarazy”, gender, aborcji razem z in vitro i bezbożnej Unii, nie zdaje sobie sprawy, że swoim działaniem, swoją paplaniną, nienawistnym szczuciem, brakiem empatii dla potrzebujących, kostyczny i nadęty, oddala młode pokolenie od Kościoła o wiele skuteczniej, niż byłaby to w stanie zrobić Unia opanowana przez liberalną lewicę.

Tymczasem młode pokolenie, niekiedy nawet o tym nie wiedząc, uprawia chrześcijaństwo poza Kościołem. Ot, choćby taki przykład. Wolontariuszki Fundacji Wolno Nam zrealizowały program pod hasłem „Zaproś Wędrowca do Stołu”. Wynajęły autobus, sprowadziły na święta do Krakowa 26 osób z ośrodka dla uchodźców w Łukowie, rozdzieliły po rodzinach. Tak to imigranci z Czeczenii i Afganistanu, od kilku lat czekający na wyjaśnienie swojego statusu i prawo osiedlenia się w Polsce, spędzili Wigilię w krakowskich rodzinach, zobaczyli Kraków, a w pierwszy dzień świąt wspólnie z opiekunami zasiedli przy świątecznym stole w Centrum Sztuki Współczesnej „Wiewiórka”. Po raz pierwszy poczuli się wędrowcami, którzy znaleźli gościnę, życzliwość, zostali potraktowani jak ludzie, nie jak natręci. Dla gospodarzy w wielu wypadkach pusty talerz przy wigilijnym stole po raz pierwszy nie był czymś abstrakcyjnym.

Tak jak goście poznali polskie zwyczaje, zobaczyli polskie święta, tak i gospodarze dowiedzieli się o sprawach, o których na ogół nie mieli pojęcia. Na przykład o tym, że nasze procedury wobec uchodźców trwają latami, że czasem po kilku latach pobytu w Polsce, gdy dziecko z Czeczenii lub Afganistanu nauczy się już polskiego, skończy parę klas polskiej szkoły i znajdzie tu przyjaciół, bezduszną decyzją urzędnika zostaje wraz z rodzicami wydalone. Czy ktoś czuje tragedię tych dzieci? Tak nasze państwo zabiera tym dzieciom dzieciństwo. A gdy ktoś ma to szczęście i dostaje zgodę na pobyt w Polsce, opuszcza ośrodek po kilku latach, trafiając w społeczną pustkę. Zostawiany jest sam sobie. Musi znaleźć mieszkanie, pracę, szkołę dla dzieci… Co prawda, w ośrodku uchodźcy są przygotowywani do życia w polskim społeczeństwie. W ramach tych przygotowań państwo oferuje im naukę języka polskiego w wymiarze… godziny tygodniowo. Nie jesteśmy bogatym krajem, może rzeczywiście na więcej państwa nie stać. Ale tu aż się prosi o pomoc organizacji pozarządowych. Ludzi dobrej woli nie brakuje. Wystarczy wskazać problem i pozwolić działać.

Te osobiste spotkania krakowskie pokazały też małe dramaty poszczególnych dzieci. Na przykład Amiry. Uczy się fryzjerstwa w szkole zawodowej, choć jej marzeniem były studia. Nie dostała się do liceum, bo miała za słabe stopnie. A stopnie miała słabe, bo uczyła się częściowo u siebie w kraju, częściowo w Polsce. W Polsce została finalistką olimpiady języka rosyjskiego, ale z matematyki była słaba. I nici z marzeń. Będzie fryzjerką!

Można było się dowiedzieć, jak obcych przyjmują Polacy w małych miasteczkach. Rozpiętość postaw jest ogromna. Od nauczycielek siłaczek, które bez wynagrodzenia potrafią po godzinach uczyć czeczeńskie dzieci polskiego i pomagać im w nauce, po małych głupoli nacjonalistów. Jeden taki stanął przed kilkunastolatką w hidżabie i krzyknął jej w twarz: „Polska dla Polaków!”. Na szczęście świadkiem sceny była nauczycielka, niepodzielająca patriotycznych uniesień małego narodowca. Zwróciła mu uwagę, że dziewczynka, choć w hidżabie, ma większy zasób polskich słów od niego i prędzej zasługuje na miano Polki niż on.

Aby „polska tolerancja”, z której jesteśmy tak dumni, nie była równie abstrakcyjna jak puste nakrycie przy wigilijnym stole, może warto do programów szkół wprowadzić przedmiot, dzięki któremu uczniowie dowiedzą się czegoś o innych – o tych przybyszach z Afganistanu, Czeczenii, Syrii i tylu innych miejsc. O ich kulturze, religii, o sytuacji w ich krajach i o tym, dlaczego chcą je opuścić. Jeśli będziemy o nich więcej wiedzieć, może nie będą już dla nas tak obcy? Może łatwiej zobaczymy w nich bliźniego (w nauczaniu polskiego Kościoła też bardzo abstrakcyjną figurę)?

A może warto zachęcić publicystów do szerszego zajęcia się tym tematem? Spopularyzowania go? Może wtedy politycy zrobią coś, by usprawnić i uczynić mniej bezdusznymi procedury, którym poddajemy cudzoziemców, podejrzewając w kilkuletnich dzieciach potencjalnych terrorystów?

Na koniec akcent pozytywny. Prezydent Duda zawetował lex TVN. Co prawda, uzasadnił to bardziej obawą o stosunki z Ameryką niż troską o wolność mediów w Polsce, ale nie czepiajmy się. Łatwo przewidzieć, co teraz będzie się działo na prawicy. Ziobro i jego towarzysze będą się radykalizować, próbując przeciągnąć na swoją stronę jeśli nie część polityków PiS, to na pewno część jego elektoratu. Dla ratowania pozycji Morawiecki musi wymyślić coś bardzo patriotycznego, co spodoba się skrajnemu elektoratowi. Na przykład będzie degradował generałów nieboszczyków albo zrobi coś równie mądrego i mocnego.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Więcej o Fundacji Wolno Nam w tekście Anny Mączki

Wydanie: 2/2022

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy